No cóż, Ozzy w jakiej kondycji jest, każdy fan wie. Książę Ciemności, jeden z najważniejszych wokalistów ostrego rocka, hard rocka i heavy metalu przećpał i przepił życie. Ten gość ledwo chodzi. I to od lat, co można było oglądać w "Rodzinie Osbourne’ów" emitowanej na MTV w latach 2002-2005. To było 13 lat temu!

Ozzy ma status międzynarodowego celebryty, nie tylko ze względu na swoje solowe dokonania, ale przede wszystkim karierę w Black Sabbath. Tyle tylko, że nie ma nic za darmo: ledwo chodzi, ciężko myśli. A co dopiero powiedzieć o śpiewaniu.

Ja byłem optymistą, bo widziałem, co potrafi podczas koncertu Sabbathów w Atlas Arenie w Łodzi w 2016 roku, a potem w Krakowie na pożegnalnej trasie legendy w 2017 roku w Tauron Arenie. Skaczący "Pan Żabka" trzymał się wtedy statywu, podskakiwał, publiczność zagadywał głównie Osbourne’owskim "I can’t f... hear you". Ale to był TEN Ozzy, ten głos.

W Krakowie Ozzy solowo wystąpił po raz trzeci w Polsce. Ostatni raz grał u nas siedem lat temu, ale - jak wspomniałem - był potem jeszcze dwukrotnie z Black Sabbath. Także ktoś, kto chciał go zobaczyć, mógł. Tyle tylko, że na legendę trzeba jechać, tym bardziej, że trasa nazywa się "No More Tours 2". Może to rzeczywiście ostatni raz?

Koncert był… perfekcyjny! Jasne, Ozzy to zombie. Ale jego "danie rady" zostało zorganizowane - wystąpił w ramach Impact Festivalu. Przed nim zagrały dwa zespoły Galactic Empire (grają kawałki Johna Williamsa, który stworzył muzykę do "Star Wars") i modny Bullet For My Valentine. One nieco zmęczyły publikę.

Sam Ozzy wszedł punktualnie o 21.00. Jak w zegarku. I zaczęło się szaleństwo, które Książę sam zresztą zapowiedział. Pierwszy kawałek ("Bark at the Moon") zabrzmiał fatalnie, publiczność popatrywała na siebie nerwowo, ale nagłośnieniowcy szybko zadziałali. I już następny "Mr. Crowley" pozwolił usłyszeć głównego gwiazdora.

Potem rozbrzmiały fantastyczne "I Don’t Know" i "Fairies Wear Boots" Sabbathów. Ozzy poderwał publikę, podskakiwał jak żabka, publiczność była bardzo zadowolona i z entuzjazmem wyła, gdy Ozzy oznajmiał, że "I can’t f...  hear you".

Czy na pewno był jedynym gwiazdorem? Nie! Bez Zakka Wylde’a, który odciążył staruszka, gdy ten niedomagał, to by nie było to samo. Dlatego twierdzę, że zorganizowanie wszystkiego było idealne. Środek ciężkości przesuwał się na Wylde’a bardzo często. Twórca Black Label Society i wieloletni współpracownik Ozzy’ego grał jak natchniony - to była jedna wielka solówka (czasami zagrana za plecami, czasami językiem) przeplatana naprawdę ciężkimi riffami. Swoje dołożył też perkusista Tommy Clufetos (grał z Sabbathami w Łodzi), którego solo nie było może genialne techniczne, ale jakże wspaniale przyjęte przez publiczność. Plus obaj panowie dawali Ozzy’emu odpocząć.

I właśnie dlatego Książę Ciemności mógł śpiewać przez półtorej godziny z przerwami hity takie jak "No More Tears", "War Pigs", "Crazy Train", "Mama, I’m Coming Home" czy finałowe "Paranoid". Ludzie w każdym wieku, od nastolatków, po równolatków Ozzy’ego (3 grudnia kończy 70 lat) szaleli.

Sama oprawa wizualna koncertu – dwa wielkie i dwa mniejsze telebimy, które wyświetlały bądź to muzyków, bądź Ozzy’ego, bądź ilustracje do muzyki – była fantastyczna. Lasery też nie przeszkadzały i nie miało się wrażenia, że technika przyćmiewa muzykę i muzyków.

Ozzy, żyj wiecznie i dawaj radę! Czekamy na "No More Tours 3".

autor: Marcin Klimkowski