Wściekłość na Trumpa

Trudno wyobrazić sobie lepsze festiwalowe wejście i scenografię do koncertu niż mieli Rolling Blackouts Coastal Fever. Indierockowy zespół z Australii właśnie wydał debiutancki album „Hope Downs” w legendarnej wytwórni Sub Pop. Kiedy grali numery z tej płyty nad Doliną Trzech Stawów pojawiły się cztery małe samoloty. Piloci dali niesamowity pokaz akrobatyczny wykonując różne beczki, mijanki i przeloty nisko nad ziemią, po czym wylądowali na pasie tuż obok festiwalu. Nie jestem przekonany czy takie loty nad festiwalową publicznością są do końca bezpieczne, pewnie nie, ale stworzyło to niesamowitą dekorację dla koncertu Rolling Blackouts Coastal Fever. O tym zespole może być jeszcze głośno.

Głośno było za to potem na Scenie Leśnej. To za sprawą Unsane, nowojorskiego bandu, którego początki sięgają lat 80. Może nie był to hałas na miarę Swans, ale mocno nagłośniony występ dawał się we znaki wprowadzając wnętrzności w drgania. Zresztą perkusista Vincent Signorelli przed laty grał ze Swans. Teraz ubrany w koszulkę z podobizną Donalda Trumpa i hiszpańskim podpisem „dupek” ostro bębni w Unsane. Wokalista i gitarzysta Chris Spencer dołożył do tego pełne wściekłości teksty i wraz z basistą Dave'em Curranem pokazali, że we trójkę można stworzyć solidny hałas.

Ekipa Jacka Sparrowa i miniorkiestry

Idealny na ugaszenie wściekłych emocji wydawał się koncert norweskich punkrockowych przebierańców z Turbonegro na Scenie Głównej. I tak było. Muzycy wyglądający jak połączenie szalonych marynarzy Jacka Sparrowa z amerykańskimi redneckami wykonali autorskie kawałki, ale też na przykład pobawili się klasykiem QueenBohemian Rhapsody”. Fanom w marynarskich czapeczkach z napisem Turbonegro nie przeszkadzała przechodząca wtedy nad festiwalem mała ulewa.

Po norweskich szaleńcach szybki powrót na Scenę Leśną. Tam teksański indierockowy …And You Will Know Us by the Trail of Dead zagrali materiał ze swojego najsłynniejszego albumu “Source Tags & Codes”. Być może, kiedy został wydany w 2002 roku brzmiał świeżo i miał prawo przyciągnąć masę fanów mieszanki brudnego i na zmianę melancholijnego rocka. Jednak poza ultra fanami na Offie mam wrażenie niespecjalnie rozbił bank. Zresztą sam zespół miał momentami problemy z zagraniem starych kawałków. Irytujący wokal …And You Will Know Us by the Trail of Dead wygonił mnie na stoiska niszowych polskich wydawców. Po przejrzeniu płytowych skarbów z Requiem Records, Anteny Krzyku, Gustaff Records czy Lado ABC trafiłem na połowę koncertu Adama Struga na Scenie Eksperymentalnej i od razu żałowałem, że nie byłem na nim od początku. Jego mini orkiestra rozbujała szczelnie wypełniony namiot. Szkoda, że nie trafili na Scenę Leśną, bo przepełniony folkiem występ na pewno przyciągnąłby jeszcze większą publikę.

Porywający głos z kreskówki i finał

Idąc na Adama Struga niestety minąłem występującego właśnie na mini scenie Legendarnego Afrojaksa. Wysyp wulgaryzmów skutecznie mnie od jego koncertu odciągnął. Chyba na festiwalu, gdzie bywają rodziny z dziećmi takie nawoływania jakie padały ze sceny podczas jego koncertu nie są, mówiąc delikatnie, na miejscu, ale na szczęście można było szybko przemknąć na inną scenę. Na przykład na główną, żeby zobaczyć Skalpel Big Band. Duet powrócił na Off-a i dał pokaz genialnego nu-jazzu. Miałem jednak wrażenie, że pokrętła głośności mogły powędrować nieco wyżej. Poza tym, chyba lepiej pasowaliby na Scenę Leśną. Ale i tak było to jeden z ciekawszych występów tego dnia.

Tak jak koncert norweskiej wokalistki Aurora. Niesamowite było zderzenie siły wokalu tej młodej Norweżki z jej głosem w przerwach między piosenkami, kiedy rozmawiała z publiką, m.in. wspominając jej pierwszy polski koncert sprzed dwóch lat. Wtedy niski naturalny głosik Aurory przypominał nieco piskliwe głosy postaci z kreskówek. Kiedy jednak zaczynała śpiewać potrafiła tak potężnie przeszyć swoim wokalem teren festiwalu, jakby korzystała z innych płuc. Widać było, że była wzruszona przyjęciem i liczbą fanów pod sceną. Myślę, że spokojnie sprawdziłaby się również na Scenie Głównej.

Na niej ze swoim zespołem ustawiła się headlinerka dzisiejszego dnia Charlotte Gainsbourg. Ubrana w jeansową kurtkę, w towarzystwie scenografii złożonej z rozświetlonych elementów dała intymny występ, który był przeciwieństwem piątkowego show M.I.A. Charlotte jednak porwała nim publikę, choć ponownie odniosłem wrażenie, że nagłośnienie na głównej scenie nie zostało wykorzystane w stu procentach. A szkoda. To był bardzo udany dzień na Offie.

Dziś m.in. Grizzly Bear, Ariel Pink, Zola Jesus i Big Freedia. To może być wybuchowa mieszanka i genialne zwieńczenie festiwalu.