Własną karierę zbudowała na karkołomnym połączeniu religijnej symboliki z ostrą, choć nie do przesady, erotyką. Nie ma znaczenia, że od dawna Madonna nie nagrała znaczącego albumu. Ważne, że ze swojej muzyki stworzyła synonim współczesnej sztuki popu, zrozumiałej dla wszystkich.

W czasie gdy Madonna pokonywała kolejne stopnie wtajemniczenia w show-biznesie, narodzili się wybitniejsi od niej artyści. Z pomysłami na nowocześniejsze przeboje, bardziej charyzmatyczni i lepiej śpiewający. Jednak żadnemu z nich nie udało się wymyślić niczego, co tak jak wizja Madonny oddziaływałoby na fanów. Fenomen Madonny w całości opiera się na manipulowaniu obrazem. Od czasu skandalizującego "Like A Prayer" Madonna jest i będzie królową teledysku. Ale przede wszystkim jest władczynią migawki, cesarzową sesji fotograficznych, które w milionach egzemplarzy obiegają kulę ziemską wraz z kolejnymi egzemplarzami sprzedanych krążków. Artystka zmienia po mistrzowsku wizerunek samej siebie, tworząc odbicie Madonny, której nigdy nie poznamy.

Oto, co polscy fani robią dla Madonny >>>

Jej kariera to kalejdoskop klipów, na który składają się kolejne wcielenia Madonny: punkówy w sznurowanych rękawiczkach, Matki Boskiej i Jezusa, platynowowłosej Marilyn, skromnej Evity, niewolnicy w metalowym biustonoszu, symbolu wyuzdania i uwolnienia od stereotypów, kowbojki, a wreszcie – matki.

Ustrzel Madonnę na Bemowie - wygraj płytę >>>

Docieranie do istoty sztuki Madonny przypomina obieranie cebuli. Zdzieranie kolejnych warstw makijażu, farby, lateksu nie sprawi jednak, że poznamy prawdziwą twarz piosenkarki. Bo uczyniła z siebie produkt doskonały, co oznacza, że prawdziwej Madonny nie ma i nie było, a im bardziej chcemy ją poznać, tym szybciej ona nam się wymyka. Madonna o tym wie, ponieważ doskonale opanowała elementarz ikonografii show-biznesu i sztukę medialnej mimikry. Planując swoje teledyski-arcydzieła, przejęła pałeczkę od Andy’ego Warhola, Davida Bowiego i Jean-Michela Basquiata i stworzyła dziedzinę, która reprezentuje dziś jedyną sztukę dostępną masom – pop.

Tak Madonna zaprzepaściła karierę filmową >>>

Kolejnym paradoksem, którym żongluje do perfekcji, jest połączenie feminizmu i przemocy. Mówi się o niej często, że jest pierwszą feministką popu, ale na początku kariery była znienawidzona przez feministki. I nic dziwnego: jej teledysk do "Justify My Love" i trasa koncertowa z 1993 roku "The Girlie Show Tour" gloryfikowały przemoc, którą ten nurt się brzydzi. Z drugiej strony były to pierwsze klipy, w których kobieta czuje się na tyle wyemancypowana, że otwarcie pokazuje, czego pragnie.

Bemowo wznosi scenę dla Madonny >>>

Jednak Madonna w swoich w teledyskach wcale nie walczy z mężczyznami – ona ich kocha i ulega im, nawet jeśli jednocześnie uważa się za kobietę wyzwoloną. W ten sposób artystka, która była zaprzeczeniem buntu wobec stereotypowych ról społecznych, stworzyła pod koniec lat 80. mit, któremu uległy miliony kobiet.

Tyle że, jak większość mitów, ten też jest nieprawdziwy. Bohaterka Madonny, ulegając facetom i zwyciężając ich zarazem, chce być jak ktoś, kto zjada ciastko i nadal je ma. W latach 90. właśnie takie chciały być naśladujące ją fanki.

Dzięki tym albumom Madonna podbiła świat >>>

Teledyskami do "Like A Virgin” i "True Blue", a później także rolą drwiącej z szowinistów szalonej kobietki w "Kim jest ta dziewczyna" (1987) Madonnie udało się ukuć coś na kształt ruchu feministycznego pierwszej generacji pokolenia MTV. Dzięki temu prądowi w pierwszej telewizji muzycznej dekadę później mogły zaistnieć Britney Spears, Christina Aguilera i Spice Girls. Tylko że "feministkom" nie chodziło tym razem o ideologię, lecz o to, by za sprawą modnego stroju zakwalifikować się do grupy. Narzędziem walki o pozycję były dla młodych kobiet ciuchy. W dwa lata po debiucie Madonny nagle wszystkie dziewczyny nosiły spódniczki z tiulem, skórzane kurtki i sznurowane rękawiczki. Żuły gumę i miały odwagę, by powtarzać za swoją nową idolką: "Tato, nie praw mi kazań" ("Papa, Don’t Preach").

Takich coverów Madonny powinni zabronić! >>>

Madonna odkryła dla świata popu gejów i transwestytów. Androgyniczni tancerze, gejowscy aktorzy i sama Madonna w ich objęciach w "Vogue", "Like A Prayer", "Justify My Love", "Erotice" w symboliczny sposób oznaczają zejście najbardziej kontrowersyjnej piosenkarki w dziejach popu do undergroundu. 51-letnia dziś gwiazda zbudowała swój image na seksie i skojarzeniach seksualnych. Zaczyna się starzeć, więc coraz trudniej będzie jej adaptować wciąż nowe, kontrowersyjne wątki erotyczne. Wyobraźmy sobie 60-letnią Madonnę w teledysku takim jak "Justify My Love". Czy będzie to koniec Madonny?

Chyba sama jest tego świadoma, bo od czasu "Confessions On A Dance Floor" unika bezpośrednich mocnych nawiązań do seksu, wyuzdania i erotyki w stylu, jakim zaskoczyła wszystkich na początku lat 90. Jednak, jeśli chodzi o muzykę, wiadomo, że po 'Hard Candy" Madonna nas już niczym nie zaskoczy.

Szkoda, że od kilku lat to trendy w popie zmieniają oblicze Madonny, a nie odwrotnie. Artystka za wszelką cenę chce udowodnić, że jest lepsza od Britney. Publicysta Rich Cohen, który rozmawiał z Madonną przed premierą płyty "Hard Candy", pisał, że wydaje mu się, iż całując publicznie Britney Spears w usta podczas MTV Music Awards, Madonna wyssała duszę Britney i jej muzyczny styl. Dlatego jej ostatnie trzy płyty brzmią, jakby nagrywała je hybryda: połączona w jedno Britney, Nelly Furtado, Shakira i Missy Elliott.

Ale dla ikony takiej jak Madonna etykietki nie mają i jak sama mówi, nigdy nie miały znaczenia. W trwającej właśnie trasie koncertowej nieważna jest muzyka. Najistotniejsza jest ona sama. Madonna.