Wieczór rozpoczął polski raper AbraDab. Autor słynnego "Rapowego ziarna” na scenie zjawił się w towarzystwie... kontrabasu. A swoim występem tak skutecznie rozbawił publiczność, że ta długo nie chciała go wypuścić. "Jeszcze jeden!” – wołano, gdy muzyk wykonał swój ostatni kawałek "Miasto jest nasze”.

Jako pierwsi zagraniczni goście na głównej scenie zjawili się artyści z norweskiego duetu Madcon. "Jesteśmy tu pierwszy raz, więc obiecujemy, że po koncercie koszulki każdego z was będą morke” – zapewniali i dotrzymali słowa. Dwaj muzycy afrykańskiego pochodzenia zagrali energetyzującą mieszankę hip-hopu, funku, reggae i muzyki afrykańskiej. Nie obyło się bez największego przeboju formacji "Beggin”.

Aż trudno uwierzyć, że starszawy już pan, który czternaście lat temu wdarł się na listy przebojów hitem "Boombastic” wciąż kipi tak niespożytą energią. Występ Shaggy’ego, który na Coke Live Music gościł już po raz drugi, zrobił istną furorę. Jamajczyk zaprezentował składankę swoich największych przebojów: od wspomnianego "Boombastic”, po słynne "Oh, Carolina”, "Angel” czy "Hey Sexy Lady”. Nie przeszkodził mu nawet coraz silniej padający deszcz. "Przyjechałem przywieźć wam z Jamajki trochę słońca” – wołał zagrzewając publiczność do zabawy.

Na gwiazdę wieczoru wszyscy czekali z niecierpliwością, zwłaszcza po wczorajszym występie innego słynnego nowojorskiego rapera – 50 Centa. Nas miał jednak nierówne szanse w tej rozgrywce. Jego występ zakłóciła nasilająca się ulewa, a jako artysta bardziej introwertyczny i zaangażowany, jest mniej skory do zabaw z publicznością niż wspomniany Curtis Jackson. Występ Nasa wydawał się jednak ciekawszy i muzycznie bardziej różnorodny. Artysta rapował przy akompaniamencie m.in. trąbki i afrykańskich bębnów ("to od nich dawno temu zaczęła się muzyka” – mówił). Swój występ zaczął od utworu z przedostatniej płyty "Hip-hop is dead”, nie zabrakło też miejsca na największe przeboje artysty, w tym "I Can” i "Hero”.

Na Coke Stage zagrali z kolei najważniejsi wykonawcy sceny reggae i ragga: Vavamuffin z Warszawy, rewelacyjni na żywo EastWest Rockers oraz pierwsza dama polskiego reggae - Marika. Pojawił się też Ten Typ Mes z 2cztery7.

Czytaj, jak przebiegły pozostałe dni festiwalu:

Piątek (21 sierpnia)

Pierwszą część głośno zapowiadanego pojedynku pomiędzy dwoma słynnymi nowojorskimi raperami: 50 Centem a Nasem mamy już za sobą. Na krakowskiej scenie wystąpił właśnie Curtis Jackson. Wkrótce starcia ciąg dalszy: w sobotni wieczór na tej samej scenie i o tej samej porze pojawi się Nas.

Drugiego dnia festiwalu odbył się imponujący hiphopowo-reggae'owy maraton. Na początek solidną rozgrzewkę dał publiczności najpopularniejszy raper i producent z rodzimego podwórka - O.S.T.R.

Jako pierwsza zagraniczna gwiazda tuż po 19.00 wystąpił dobrze znany nadwiślańskim fanom reggae i dancehall Niemiec - Gentleman. Ten ostani wprawdzie nie przyswoił sobie polszczyzny w tak imponującym stopniu, jak występujący poprzedniego dnia Mike Skinner, ale w podobnie jak muzyk The Streets nie szczędził sił, by tchnąć w publiczność sporą dawkę pozytywnej energii. "Czuję od was bardzo pozytywne wibracje, Polska!" - wołał ze sceny.

Po godzinie warto było opuścić Gentlemana dla występujących na Coke Stage Łąk Łan. Warto choćby dla niecodziennej maskarady, jaką urządzili poprzebierani za owady artyści i absolutnie nieprzewidywalnego muzycznie koncertu. Funkujący ekscentrycy na scenie doskonale się bawili, a ich dobry nastrój w mig udzielił się publice. Tłumy zgromadził też występ zespołu Junior Stress, o którym mówi się jako o najciekawszym tegorocznym debiucie z okolic reggae. Członkowie zespołu zapewnili słuchaczom m.in. błyskawiczną lekcję tańca z tegoroczną vicemistrzynią dancehall Ulą Afro.

Tymczasem na dużej scenie zainstalował się Lupe Fiasco i z całą pewnością można powiedzieć, że jego występ fiaskiem się nie zakończył. Młodego rapera z Chicago nazywa się nadzieją współczesnego hip-hopu i chwali się za błyskotliwe, zaangażowane teksty. Artysta zaprezentował m.in materiał z powstającego trzeciego krążka "Lasers".

50 Cent przed festiwalową publicznością stawił się na godzinę przed północą, a jego występ był... wystrzałowy. Nie tylko dlatego, że raperowi bez trudu udało się rozbujać setki fanów zgromadzonych pod sceną, ale i ze względu na powplatane w kolejne kawałki odgłosy strzałów, przypominające, że swojego czasu, jeden najbogatszych dziś artystów hiphopowych świata, popadł w na tyle duże tarapaty, że ledwo uszedł z życiem. Fifty dawał z siebie sporo, by to jemu przypadł tytuł "króla rapu". Stroje i nakrycia głowy zmieniał z częstotliwością, której nie powstydziłaby się Madonna. Chętnie też żartował i przekomarzał się z publicznością. "To nie było wystarczająco dobre" - kokietował przy kolejnych utworach, zachęcając do aplauzu. Nie mogło się obyć bez sztandarowych utworów rapera, w tym "Get Up" i "Ayo Technology". Muzyk zeprezentował też kawałki z nadchodzącego krążka "Before I Self Destruct".

Wieczór zamknął występ Warszafskiego Deszczu. Powrót na scenę legendarnej formacji został entuzjastycznie przyjęty przez publiczność.

Czwartek, 20 sierpnia

"Dziękuję. Jestem Mike Skinner" - powiedział (prawie) płynną polszczyzną muzyk jednoosobowej formacji The Streets. Tak zaczął się występ pierwszej zagranicznej gwiazdy wieczoru. Mike dwoił się i troił, by wbrew stawianym mu zarzutom udowodnić, że mimo skończonej trzydziestki nie stracił młodzieńczej werwy ani na jotę. A przy okazji skutecznie rozgrzał publiczność, wydając fanom rozmaite komendy (w pewnym momencie kazał wszystkim nawet odwrócić sie tyłem do sceny) i zachęcając do wzajemnego wyznawania sobie miłości. "Niedługo zjawią się tu The Killers, muszę więc was rozruszać" - żartował Skinner. Prócz energetyzującego koncertu, muzyk dał popis kilku doskonale wyuczonych polskich zwrotów, a w międzyczasie wychwalał zalety naszej wódki.

Nieco bardziej melancholijnie i transowo zrobiło się, gdy na scenie zjawili się muzycy grupy James. Ci panowie to już prawdziwi weterani rockowej sceny. O ich sile niech świadczy fakt, że kiedyś supportowały ich takie gwiazdy jak Nirvana, Radiohead, Coldplay czy Happy Mondays. Artyści reaktywowali się po kilkuletniej przerwie, wracając z nową płytą "Hey Ma". A na krakowskiej scenie dali show, które trudno będzie zapomnieć. Kto nie widział, jak na gitarze gra się za pomocą perkusyjnych pałeczek, powinien zobaczyć Jamesa na żywo. Warto też dodać, że wokalista grupy Tim Booth to mistrz iście szmańskich wygibasów.

Parę minut po 23:00 na scenie pojawiła się gwiazda wieczoru. Ci, którzy z niecierpliwością wyczekiwali występu The Killers, nie zawiedli się. Amerykanie nie na darmo szczycą się opinią jednego z najlepszych zespołów koncertowych świata. Było więc wszystko, co w porządnym rockowym koncercie znaleźć się powinno: szczypta U2, odrobina Freddy'ego Mercury'ego, trochę New Order i Davida Bowiego. A wszystko podane w atrakcyjnej wizualnie oprawie.Ten przepis się sprawdza. Najlepszy dowód to trzy miliony sprzdanych egzemplarzy płyty "Day & Age" w ciągu zaledwie czterech miesięcy od jej ukazania się. Ubrany na czarno Brandon Flowers pozował trochę na Davida Gahana z Depeche Mode. Aha, i skomplementował urodę Polek.

Sprawdź harmonogram koncertów Coke Live Music Festival 2009 >

W międzyczasie na mniejszej Coke Stage wystapiły formacje: Coma - jeden z najbardziej popularnych zespołów rockowych w Polsce, którego ostatni album już w pierwszym tygodniu trafił na pierwsze miejsce sprzedaży, szybko pokrywając się złotem, znany ze znakomitych i wielokrotnie wyprzedanych koncertów, Kumka Olik - ostatnimi czasy jeden z najgłośniejszych rodzimych debiutów oraz We Call It a Sound - niezwykle interesujący zwycięzca programu Coke Live Fresh Noise.

Oto gwiazdy światowego hip-hopu na Coke Live Music Festival >>>