Swojej płycie daliście tytuł  "W siódmym niebie". Czy tak właśnie czuliście się pracując nad albumem?

Anita Lipnicka: Chcieliśmy, żeby tytuł oddawał klimat płyty. My nazywamy ten projekt "płytą antykryzysową", bo rzeczywiście jest ona bardzo pozytywna. Ta muzyka ma podobną moc oddziaływania jak filmy Woody'ego Allena: słuchając jej, zaczynasz odczuwać coś w rodzaju błogiej przyjemności. W naszym życiu coraz częściej brakuje pozytywnych impulsów, propozycja Voice Bandu jest taką pigułą dobrego nastroju, którą można sobie zaaplikować w szary dzień.

Co w takim razie znajduje się na płycie?

Arek Lipnicki: Jest tam 14 znakomitych piosenek, napisanych przez starych mistrzów lat 30., czyli Tuwima, Warsa, Hemara, czy Irvinga Berlina. To twórcy, których chcemy przypomnieć albo przedstawić na nowo współczesnej publiczności. Wiele z ich utworów, to numery uniwersalne, które się nigdy nie starzeją. Odkąd istnieje fonografia ludzie zawsze chcieli słuchać piosenek o miłości, radości, smutku – o rzeczach, które dotyczą każdego z nas. Aranżerki Ula Borkowska i Agnieszka Widlarz zadbały o to, by warstwa muzyczna była atrakcyjna dla współczesnego słuchacza.

Dla starszego pokolenia te utwory w większości będą znane, albo chociaż rozpoznawalne. Jednak dla młodych zapewne będzie to kompletnie coś nowego. Zastanawialiście się, do kogo kierujecie ten album?

Anita Lipnicka: Do ludzi o podobnej wrażliwości do naszej. Zrobiliśmy coś, na co mieliśmy wielką ochotę od lat. Szczególnie Arek, który założył Voice Band, a ja uwierzyłam w jego potencjał. Zrobiliśmy te płytę głównie dla siebie i dla własnej satysfakcji. Mamy nadzieję, że nasz entuzjazm dla tej muzyki udzieli się słuchaczom.

Arek Lipnicki: Osoby z pokolenia naszych rodziców czy dziadków śpiewają z nami te piosenki. Oni pamiętają je jeszcze z czasów młodości. Natomiast dla młodych jest to coś świeżego i oryginalnego. Pytają często, kto dla nas pisze. Najbardziej cieszy mnie właśnie to, że wśród ludzi młodych jest tak dobry odbiór tego typu muzyki.

Nie tylko Voice Band zwraca się do twórczości z początku minionego wieku. Największym zwycięzcą tegorocznej gali rozdania Oscarów był "Artysta" – niemy film stworzony na wzór tych z lat 20. Czyżbyśmy zaczęli tęsknić za dawnymi czasami?

Anita Lipnicka: Jest jakaś tęsknota za minionym światem... Im bardziej ten nasz współczesny wydaje się nam wariować, tym bardziej zwracamy się do tego, co było dawniej. To przychodzi naturalnie.

Czy bez pomocy Anity trudniej byłoby Voice Bandowi zaistnieć na rynku?

Arek Lipnicki: Byłoby to bardzo trudne... Żeby zaistnieć w świadomości szerszej publiczności już nie tylko producencki udział Anity w tym przedsięwzięciu, ale również wizerunkowy, był po prostu konieczny.

Anita Lipnicka: Początkowo stałam z boku. Chłopcy założyli ten zespół a ja obiecałam im, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby im pomóc w nagraniu i wydaniu płyty. Zespół Voice Band, to czterech wokalistów i akordeonista. Natomiast w końcowej fazie nagrań płyty podjęliśmy decyzję, żeby jednak rozbudować instrumentarium i dodać głos żeński. Z początku nawet nie myśleliśmy, że ja miałabym śpiewać. Rozważaliśmy różne możliwości. Jednak ostatecznie padło na mnie (śmiech). I mamy: dwa tenory, baryton, bas i Lipnicka raz! Żeby zaistnieć na dzisiejszym rynku bez wsparcia w postaci znanego nazwiska jest po prostu ciężko. Świadomi tego, użyliśmy mojej osoby z pewną premedytacją, aczkolwiek nie jest to w żadnym stopniu współpraca sztuczna, czy wymuszona, raczej naturalna konsekwencja mojego szczególnego zainteresowania projektem.

Od utworów, jakie śpiewacie, poprzez samą ideę męskiego zespołu śpiewającego na głosy, na sposobie, w jaki powstał Voice Band kończąc – wszystko jest tu zupełnie niedzisiejsze. Podobno Arek kompletując zespół dał ogłoszenie do gazety?

Arek Lipnicki: Nie ja, nasza mama.

Anita Lipnicka: Dyskutowaliśmy o zespole w naszym domu rodzinnym. Mówiłam Arkowi, że skoro marzy mu się taki zespół, to powinien do tego dążyć. Przecież szkoda życia, żeby nie zrealizować marzenia... Arek miał wątpliwości, czy znajdzie się ktoś, kto będzie chciał śpiewać takie stare piosenki, nie wiedział gdzie takich muzyków znaleźć. A mama przysłuchując się naszej rozmowie, zaproponowała, że da ogłoszenie do gazety. My oczywiście zaczęliśmy się śmiać z tego pomysłu, ale ona to zrobiła i naprawdę zadziałało.

Arek Lipnicki: Odbierałem potem wiele telefonów, w większości od panów na emeryturze, którzy bardzo lubili piosenki z czasów swojej młodości i tłumnie zgłaszali się na wokalistów. Jednak z tego "castingu" ostał się ostatecznie jeden człowiek i to wystarczyło. Był nim Grzesiek Żołyniak, który śpiewa barytonem i on przyprowadził pozostałych chłopaków, prawdziwe skarby - Tomka Warmijaka, który został naszym kierownikiem muzycznym i Piotrka Widlarza, dysponującym tak niskim głosem, że większość basów na świecie może tylko pomarzyć.

Szykujecie trasę koncertową?

Anita Lipnicka: Oczywiście. Jak na razie za wcześnie jest na mówienie o konkretach, bo płyta dopiero pojawi się w sklepach. Musi minąć trochę czasu, aby ocenić, jakie jest zainteresowanie publiczności i kontrahentów. Ale liczymy na to, że wszystko dobrze pójdzie i jesteśmy przygotowani do występów.

Arek Lipnicki: Promocyjny koncert będziemy grać 24 kwietnia w Muzeum Powstania Warszawskiego. Będzie tam specjalnie przygotowana scena, kącik międzywojennej kawiarni i mam nadzieję, że stworzymy klimat sprzyjający utworom sprzed dziesiątek lat.

Anita Lipnicka to piosenkarka i autorka tekstów znana z działalności w zespole Varius Manx, z którym wylansowała wiele niezapomnianych utworów, jak "Zanim zrozumiesz", "Piosenka księżycowa", czy "Zabij mnie". Popularność zyskała również dzięki nagraniom z mężem, piosenkarzem Johnem Porterem. Ma na koncie również cztery solowe albumy.

Arek Lipnicki to artysta kabaretowy związany z Grupą Rafała Kmity. W programie "Szymon Majewski Show" grał rolę Romana Giertycha. Jest założycielem zespołu Voice Band.