Na pierwszy rzut oka "Shape Shifter" wygląda jak płyta nagrana kilkadziesiąt lat temu. To zasługa twoich klasycznych gitar, ale też w dużej mierze organów Hammonda Chestera Thompsona. Od początku chciałeś temu albumowi nadać sznytu retro?

Carlos Santana: Moje gitary i klawisze Thompsona tworzą znakomitą parę od początku lat 80., kiedy zaczęliśmy wspólnie grać. Jego hammond dodał do mojej gitary elementy funku i bluesa. Na "Shape Shifter" nasze instrumenty znowu zagrały niezwykle spójnie. Niespecjalnie chcieliśmy cofać się kilkadziesiąt lat wstecz. Po prostu hammond to kwintesencja retrobrzmienia.

"Shape Shifter" to zbiór numerów, które od lat leżały w twojej szufladzie. Tylko jeden z nich został nagrany z wokalem. Przy innych nie kusiło cię, by dodać głos jakiejś zaproszonej gwiazdy?

Nie potrzebuję głosu i tekstu, żeby opowiedzieć historię. Każdy z tych numerów, nawet bez słów, to opowieść. Ja zawsze lepiej czułem się w kompozycjach instrumentalnych. Łatwiej się je pisze. Nie ogranicza mnie aspekt słów, proces tworzenia i grania jest wtedy bardziej naturalny. Dlatego zresztą dawno temu mój brat Jorge nazwał mnie "Melody Man".

Jeden z numerów, "Mr. Szabo", to hołd dla węgierskiego muzyka Gábora Szabó. Inny nazwałeś "Macumba in Budapest". Skąd te odwołania do Węgier?

Dorastałem, słuchając Johnny'ego Lee Hookera i Jimmy’ego Reeda. Kiedy Gábor zaczynał przygodę z gitarą, kolega puścił mi jego nagrania. Do dzisiaj fascynują mnie jego dokonania. Tak samo zresztą jak Budapeszt, gdzie się urodził, i wszechobecna tam muzyka cygańska. Pierwszy raz byłem tam, jeszcze jak działał w Berlinie checkpoint "Charlie", na początku lat 80. Czuło się w nim imigrancki, cygański klimat, to było miasto z duszą. Dlatego w tytule piosenki połączyłem je ze słowem "macumba", które w Afryce oznacza duchowe obrządki związane z muzyką. To połączenie wydało mi się w tym przypadku logiczne.

W Polsce byłeś pierwszy raz już po upadku muru berlińskiego, w 1994 roku.

To był wspaniały czas. Czuć było ducha zmian. Widać było w oczach ludzi chęć poszukiwania nowej przyszłości. Lubię takie oczekiwanie na lepsze.

Jesteś więc optymistą?

Tak.

Szczególnie w tym roku, kiedy wielu przewiduje koniec świata, musi być ci ciężko?

Wręcz przeciwnie. Wierzę, że właśnie w tym roku nadejdzie początek czegoś nowego, że przezwyciężymy pogoń za pieniądzem, strach świata przed samym sobą. Dlatego też "Shape Shifter" zadedykowałem rdzennym mieszkańcom Ameryki. Przetrwali wiele klęsk i przeciwności. Jako przodkowie mieli swoje racje i prawa, za które zostali wykluczeni.

Kilka lat temu jednak prezydent Barack Obama podpisał rezolucje potępiającą niegodziwe działania rządu wobec rdzennych mieszkańców. Tak samo zrobił rząd Australii wobec Aborygenów.

Właśnie. Mój optymizm się więc potwierdza.

Czy wobec tego masz optymistyczne wiadomości dla polskich fanów odnośnie do swojego koncertu w Polsce?

Na razie gram serię koncertów w Las Vegas, gdzie przeprowadziłem się dwa lata temu. Na ten rok nie przewiduję wizyty w waszym kraju, ale mam nadzieję, że uda się już w przyszłym.