Czego mogą spodziewać się fani, którzy przyjdą na twój wtorkowy koncert w warszawskiej Dekadzie?

Andrzej Smolik: Dla tych, którzy widzieli nas na scenie jakiś czas temu, obecne koncerty mogą być zaskakujące, bo trochę zmieniliśmy ich formułę. Rzeczy, które ludzie znają z płyt, gramy w innych aranżacjach. Wprowadziliśmy w nie więcej dynamiki. Czasami okazywało się, że koncerty są zbyt statyczne, że muzyka w jednym tempie przez półtorej godzinny mogła wydawać się zbyt homogeniczna. Teraz mamy zróżnicowane tempo: część bardzo wolną i bardzo szybką. Sam skład koncertowy skrystalizował się już jakiś czas temu z grupą podstawowych wokalistów na czele: Kasią Kurzawską i Sqbassem. Jak zwykle jednak w zależności od tego, gdzie gramy, w jakim mieście, pojawią się gościnnie inni wokaliści i tak na pewno będzie w Warszawie. Możliwe, że jednym z nich będzie Brytyjczyk Kev Fox, który zaśpiewał na mojej ostatniej płycie.

Występujesz na scenie już 20 lat. Jak zmieniał się rynek koncertowy na przestrzeni dwóch dekad? Badania, które ostatnio opublikowano, są dosyć przerażające. Wynika z nich, że tylko 19 proc. Polaków było w zeszłym roku kilka razy na koncercie, co stanowi mniejszy procent od tych, którzy przeczytali kilka książek. Poza tym ponad 50 proc. Polaków deklaruje, że w ogóle nie chodzi do kina, teatru czy na koncerty.

Rynek zmienił się bardzo mocno. 20 lat temu było u nas 20 razy mniej koncertów, w tym niemal żadnych z importu. Atrakcyjny wydawał się polski artysta, bo z małymi wyjątkami był jedyną alternatywą. W tej chwili mamy z kolei zbyt wielką podaż wobec naszych możliwości. Nasi artyści nie są eksportowani nigdzie, nikt im nie pomaga. Importujemy za to wszystkich, niektórzy przyjeżdżają trzy razy do roku i wyprzedają koncerty. To z punktu widzenia polskiego muzyka i przemysłu strzelanie sobie w stopę. Jak zwykle bardziej cenimy to co z zagranicy niż nasze. Nawet jak ostatnio kupowałem ziemniaki, to okazało się, że są tylko importowane z Hiszpanii. To tak absurdalne jak import prawdziwków z Afryki. Wracając do koncertów, ogromna ilość artystów z zagranicy powoduje większą konkurencję i przez to mniejszą publiczność na występach polskich wykonawców.

Ale jednocześnie publika staje się bardziej wyrafinowana.

Oczywiście. Nie ma przypadkowych osób. Każdy zastanowi się, zanim wyda kilkadziesiąt złoty na bilet. Dzięki temu ludzie wiedzą, po co przyszli. Są świetni na koncertach, w pełni je pochłaniają, nie gadają, nie rzucają butelkami.

Podczas niedawnego zlotu blogerów w Gdańsku zaprezentowałeś swój specjalny utwór. Grałeś też na gali Blog Roku 2010. Sam nie prowadzisz bloga, pewnie m.in. z braku czasu, ale może masz jakieś, które przeglądasz, z których czerpiesz inspiracje, gdzie znajdujesz nowe interesujące dźwięki?

Czas na szukanie muzyki to muszę znaleźć chociażby z powodu cotygodniowej audycji w Chilli Zet. Niespecjalnie jednak wykorzystuję do tego blogi. Niemal non stop – na Facebooku, przy obiedzie – poruszam się w środowisku muzyków i to oni są moją bazą danych o muzycznych perełkach i wydarzeniach.

Utwór na ten zlot opowiada o wolności. Czy przyjmując takie zlecenia jak opracowanie motywu muzycznego Faktów TVN, nie ograniczasz sobie jej trochę?

W żaden sposób to zlecenie nie godzi w moje artystyczne ego. To jest wybór, a nie ograniczenie wolności. Oczywiście poruszam się tu w pewnej konwencji narzuconej przez rzeczywistość. To są niusy, konkretnie się kojarzą i nie wyobrażam sobie kompletnego odejścia od tego, co było. Nie chciałem zabijać czegoś, co ma już swoją silną markę, tylko zrobić lekki lifting.

Co z twoim nowym, póki co bardzo tajemniczym multimedialnym projektem The Trip, na jakim jest etapie?

Właśnie jestem podczas masteringu. Podejmujemy ostateczne decyzje. Wynik będzie można poznać już wkrótce.

Lada dzień ukaże się też nowa płyta Wilków. Jak zespół po 20 latach podchodzi do nowego materiału? Chce zadowolić starych fanów, znaleźć nowych?

Nie jestem w tej chwili oficjalnym członkiem zespołu, nie jeżdżę z nimi na koncerty. Uczestniczyłem jednak w nagraniach nowej płyty i ze swojej perspektywy mogę powiedzieć, że to cały czas są Wilki, które fani znają od lat. Robert Gawliński pisze charakterystyczne piosenki, brzmienie jego zespołu nie ewoluuje radykalnie, co nie jest wcale cechą ujemną. Część ludzi je od lat ceni, a część nie, i tak pewnie będzie z tą płytą.

SMOLIK | Warszawa, klub Dekada | wtorek, godz. 21