Lady Pank od 30 lat jest na scenie. Piękny wiek...

Janusz Panasewicz: Stąd piękna płyta – ładnie wydana, symfoniczna, dość niezwykła. Prócz wielu naszych utworów jest na niej sporo fantastycznych utworów muzyki klasycznej. To zestawienie – naszej muzyki i klasyki na pewno wiele osób zaskoczy.

Płyta jest symfoniczna, a więc i nieco nobliwa. Przez wzgląd na wiek zdecydowaliście się na taki krążek?

Nie napinaliśmy się, żeby wydać płytę symfoniczną. A już na pewno nie z okazji jubileuszu. Wyszło przez przypadek – nasz znajomy jest menedżerem filharmoników gdańskich, z którymi zrobiliśmy ten krążek. Kilka lat temu rzucił pomysł na to, żeby z nimi zagrać. Na początku trochę się ociągaliśmy, bo jakoś trudno nam było sobie to wszystko wyobrazić, ale wysłaliśmy do Gdańska ze czterdzieści naszych utworów na próbę. Propozycja ze strony orkiestry, była dość nietypowa. Zaproponowali nie klasyczne poszerzanie piosenek o smyki i inne, tylko dość zabawne zestawienie naszych utworów z klasykami. Pomysł był z jajem i wbił nas w fotele. Chłopcy zestawili na przykład "Kryzysową narzeczoną" z "Wesołą wdówką" albo "Marchewkowe pole" z "Summertime" Gershwina.

Na płycie "Lady Pank Symfonicznie" jest też jeden nowy utwór – "Chłopak z mokrą głową". Sądząc po tekście to prztyczek wobec wszystkich tych, którzy wieszczą wasz koniec

Właśnie tak, napisałem ten tekst z premedytacją. Tekst drugiej zwrotki był trochę zmieniany. Pierwotnie pojawił się w nim tytuł konkretnego tabloidu, który co jakiś czas pisze, że się kończymy. Ale doszliśmy do wniosku, że bardziej ogólne sformułowanie będzie lepsze. Poza tym – po co tej gazecie robić reklamę. Z drugiej strony ta piosenka to też ukłon w stronę fanów - są w niej słowa o tym, że "jestem chłopakiem z mokrą głową, co pije miłość z waszych ust".

Wasza płyta wychodzi też w części nakładu m.in. z koszulką czy przypinką Lady Pank. To powrót do czasów, kiedy na koncertach mieliście swój kramik z gadżetami? Podobno zarabialiście na nich krocie.

Szły znakomicie! To były początki kapitalizmu w Polsce, czyli czas, kiedy sprzedawało się wszystko i wychodził każdy biznes. A że jako artyści zarabialiśmy wtedy tak sobie, to na gadżetach całkiem nieźle dorabialiśmy do muzycznej pensyjki. Z plakietek, koszulek, plakatów i innych gadżetów mieliśmy czasem nawet dwa razy tyle, co z grania. Zresztą - nie tylko my zarabialiśmy, ale i na nas zarabiali. Były trampki z naszą nazwą i logo, a ktoś w Poznaniu wypuścił perfumy Lady Pank. Sprzedawał je, za naszym błogosławieństwem. Pachniały wcale nieobrzydliwie. Trochę jak popularny wtedy zapach "Być może" (śmiech). Nasz box dodany teraz do płyty symfonicznej w porównaniu z gadżetami z tamtych czasów jest skromny (śmiech), za to ładnie opakowany. Jak prezent, i takim właśnie prezentem jest. Raczej dla wąskiej grupy, bo nakład z dodatkami jest niewielki.

Niedawno w Polsce odbył się koncert Madonny. Nie żałujecie, że kiedyś odmówiliście jej supportowania?

Trochę żałujemy (śmiech). To było w 1986 roku w USA podczas naszego pierwszego wyjazdu zagranicznego. Oszołomił nas wtedy Zachód w porównaniu z szarzyzną tamtejszej Polski. Byliśmy w dużym klubie w Los Angeles na zamkniętym przesłuchaniu dla dziennikarzy. Pamiętam, że był tam również Wojtek Mann. Madonna, która wtedy nie była jeszcze zbyt znana, wydała właśnie kolejny krążek. Jej menedżer stwierdził, że nasza muzyka i image mu pasują i chciałby, żebyśmy ją supportowali na całej, trzy czy czteromiesięcznej trasie. No, ale nasz tamtejszy opiekun, Amerykanin, uznał, że jesteśmy zbyt poważnym zespołem, żeby grać przed jakąś Madonną. Nie przewidział jej kariery, która się szybko i mocno rozwinęła. A my dziś trochę żałujemy – choćby tego, że w tych kolorowych Stanach nie pograliśmy wtedy kilku miesięcy dłużej.

Wróciliście do szarego PRL-u.

Bez żalu. W tym PRL-u mieliśmy wszystko – fanów, którzy nas słuchali. Poza tym chyba nie byliśmy gotowi na taki show-biznes, jaki był w Ameryce. W Polsce wszystko samo obracało się w złoto. Co piosenka, to przebój, na koncertach tysiące ludzi. W Stanach trzeba byłoby budować to od nowa i nie było gwarancji na sukces. Nie za bardzo też mieliśmy ochotę na ciężką pracę, z jaką się tam zetknęliśmy. Trzeba było wstawać rano, chodzić po studiach, na spotkania. Odpuściliśmy Amerykę trochę też z lenistwa.

Płytą "Strach się bać" komentowaliście rzeczywistość. Za starych czasów też pisaliście społeczne songi, np. "Mniej niż zero". Nie macie potrzeby, żeby dziś muzyką zmieniać rzeczywistości. Albo działać jak Kukiz, który rozkręcił akcję "Zmieleni" na rzecz jednomandatowych okręgów wyborczych?

Trzeba się takim urodzić i to lubić, żeby tak działać. Paweł czuje się w takich akcjach jak ryba w wodzie, znakomicie się w tym porusza. My nie bardzo to czujemy. Teksty, które kiedyś pisaliśmy, same wręcz stawały się protest songami. Taka była rzeczywistość – jakikolwiek komentarz ideologicznie odbiegający od linii partii był traktowany jak hymn dla tych, co mieli dość tamtych czasów. "Strach się bać" to był nasz ostatni muzyczny zryw i nadzieja, że nasze granie może coś zmieni. Teraz nam się już nie chce. Gardło można sobie zedrzeć, a i tak się nic nie dzieje. Polityka to jeden z najbardziej okropnych i słabych moralnie zawodów. Jest smutna i straszna. Obserwując ją nie wiem już nawet, kto, kogo, dlaczego i na jakim polu oszukuje. Nie chcę więc sobie zawracać nią głowy. A śpiewanie powinno dawać przyjemność.

Wracając do jubileuszu – jak wygląda po trzydziestce na scenie realizacja w waszym wykonaniu rock'n'rollowej filozofii sex, drugs & rock'n'roll?

Ze wszystkim, poza drugs, jest okey (śmiech). Narkotyki nigdy mnie specjalnie nie interesowały, choć oczywiście kilka razy w życiu jointa zapaliłem. Ale to tyle. Rock'n'roll nadal nam gra we krwi. A w kwestii sex – mam dwóch małych chłopaków-bliźniaków i to jest mój świat. Fanek nie brakuje, ale wszystko kończy się i zaczyna na wspólnych zdjęciach.

Janusz Panasewicz – wokalista i autor tekstów m.in. takich piosenek jak "Znowu pada deszcz" czy "Młode orły", jeden z liderów zespołu Lady Pank, do którego dołączył w 1982 r. W roku 2008 wydał solową płytę zatytułowaną po prostu "Panasewicz".