Rok temu powiedziałeś w wywiadzie, że w zasadzie dopiero niedawno uświadomiłeś sobie, że twoje piosenki raczej smutne są i nie do końca ci dobrze z tego powodu. Słuchając "Soundtrack" trudno powiedzieć, żebyś coś z tym zrobił?

Hubert "Spięty" Dobaczewski: Chciałem "Soundtrackiem" to zmienić. Wyrwać się z melancholii, która mi towarzyszy od lat, ale jak siadam do pisania, to zamiast planowanego wznoszenia w górę, wpadam w dół. Nie nazwałbym jednak tego materiału depresyjnym. Użyłbym raczej określeń: napięty, niepokojący. Na co dzień nie jestem taki non stop, ale miewam stany depresyjne. Mam takie zjazdy nastroju, w których wszystko jest problemem. Jak widać, zdarza się to podczas pisania. Szybko mi to jednak mija.

"Soundtrack" zaczynacie numerem "Wimbledon Branch, Westbound, At Putney Bridge" z dźwiękiem londyńskiego metra. Polskie nie wydaje tak interesujących brzmień?

Płyta była miksowana w niskobudżetowym studio Eddiego Stevensa. Mieści się ono w małej, klimatycznej kanciapie w XIX-wiecznej, ceglanej estakadzie metra w dzielnicy Fulham. Tam co kilka minut przejeżdża metro. Stąd właśnie wziął się ten ambientowy dźwięk, którym chcieliśmy zasugerować początek naszej nowej podróży.

W filmowych materiałach z tego studia widać, że gracie m.in. na kieliszkach z wodą. Sample, których używaliście na poprzedniej płycie "Prąd stały/Prąd zmienny", już wam nie wystarczą?

Tutaj też używaliśmy sporo sampli z naszych bibliotek. Na przykład we wstępie "Zombi!" słychać ścinki z filmów grozy z lat 40. Z kieliszkami to był przypadek. W wersji demo chłopaki nagrali propozycję czegoś na wzór ksylofonu, dzwonków czy cymbałek. Eddie wpadł na to, by na płycie zastąpić je kieliszkami. Nalał wody, podstroił i Maciek "Trocki" Dzierżanowski na tym zagrał. Reszta instrumentów na "Soundtracku" jest tradycyjna.

Słuchając płyty, czuć, że bliżej wam do soundtracków Nicka Cave'a czy Trenta Reznora niż Johna Williamsa, który zresztą napisał muzykę do "Indiana Jones i świątynia zagłady", w którym pojawia się bohater, od którego wzięliście nazwę?

Przed nagrywaniem płyty rozmawialiśmy o ulubionych sountrackach i duży wpływ na nasz na pewno miały te do filmów Quentina Tarantino. On stworzył specyficzny paradoks. Do scen grozy daje wesołą muzyczkę. To nadaje scenom zupełnie inny wyraz. Między innymi dzięki niemu ludzie zaczęli słuchać soundtracków po prostu jako dobrej płyty z fragmentami monologów. My za bardzo nie chcieliśmy nimi wypełniać naszej płyty. Przewinął się taki pomysł, ale skoro nie ma do niego obrazu, to użyliśmy więcej ambientu, dźwięków. Jak właśnie ten z metrem z pierwszego numeru. Wracając do soudtracków Tarantino, chcieliśmy też nasz skonstruować w podobny sposób jak on. Czyli złożyć opowieść z muzyki różnych artystów. My każdy numer staraliśmy się zagrać jak inny zespół.

Fragment monologu pojawia się jednak w numerze "Jestem psem".

To głos jednej dziewczyny ze studia Eddiego. Czyta adres studia i SMS-a, którego dostaliśmy od Eddiego. Na końcu mówi polskie "tak", co jak się dowiedzieliśmy, jest teraz modą w Londynie. Brytyjczycy lubują się w naszym "tak".

W innym numerze "Dym" już sam wypowiadasz słowa "rzuciłem palenie i Kościół też". Z czym było ci łatwiej?

W tej piosence najpierw powstały śmieszne rymy o paleniu. Potem pojawiła się tam religia. Kiedy tekst pokazałem żonie, powiedziała, że to fajne, ale brakuje czegoś głębszego. Jest zabawa słowem, ale bez treści. Potem pojawił mi się dym, jako coś, co spaja. Ja sam mam z paleniem problem, bo po dwóch latach niepalenia potrafię się rzucić na papierosy jak dziki. Mój stosunek do nich jest jak sinusoida. Ten dym mnie wabi, nęka, a potem porzuca. Z Kościołem mam podobny problem. Z jednej strony chciałbym w nim być, a z drugiej nie jestem w stanie tego związku kontynuować. Teraz kiedy mam dzieci, jest jeszcze trudniej. Tracę dystans. Marzę, że któregoś dnia wstanę i albo pójdę w pełni świadomy do Kościoła, albo się przekonam, że niepotrzebna jest mi ta forma czczenia Boga. I tak go czuję na każdym kroku.

Fani podkreślają, że lubią szukać w twoich tekstach drugiego dna. Ty jednak w jednym z wywiadów powiedziałeś, że pisząc teksty na "Prąd stały/prąd zmienny" pragnąłeś, żeby nie miały drugiego dna.

Chciałem wtedy trochę poeksperymentować. Męczyło mnie, że ludzie podkreślają, że jest drugie dno, że gościu kombinuje. Zaczęło mnie to z jednej strony łechtać, ale też denerwować, że to takie przewidywalne: trochę ironii, zabawy słowem, wiedzą. Dlatego zacząłem pisać abstrakcyjnie. Na „Soundtracku” jest różnie. Jest abstrakcyjne "Zombi!", ale są też poważne rzeczy, bez ironii, bardziej refleksyjne.

Jak wygląda twoja biblioteka, skąd bierzesz inspiracje do akurat takiego operowania słowem?

Wstydzę się tego, ale bardzo mało czytam, od zawsze. Miałem epizody z książkami, rok, dwa powiedzmy, a potem zupełnie je odstawiałem. Zmagam się z tym. Nie pamiętam, którą książkę bym skończył. Wynika to z problemów z koncentracją. Dlatego też słucham bardzo mało muzyki. Ciężko mi się skupić. Nie jestem w stanie jak moja żona puścić sobie czegoś i się krzątać, i wyłapywać przy tym wszystkie muzyczne niuanse. Ja muszę siedzieć w słuchawkach, nic mnie nie może dekoncentrować. Wstyd mi, że tak mało poszukuję, ale taką mam naturę. I tak już dużo poszukuję samą głową. Na dodatkowe stymulacje nie starcza mi miejsca. Powinienem traktować to jako rozrywkę, żeby głowa odpoczęła od myśli i pytań, ale nie mogę znaleźć dystansu.

Wspominając swoje młodzieżowe fascynacje metalem, powiedziałeś: "Słów nie rozumiałem. Słowa nie były ważne". Kiedy ci się to zmieniło?

Chyba przy "Ostatecznym krachu systemu korporacji" Kultu bardzo zwróciłem uwagę na teksty. Zaczęły do mnie trafiać. Wcześniej traktowałem je inaczej, nie zależało mi na słowach. Teraz bardzo na mnie działają. Zresztą generalnie silnie odbieram rzeczy, więc nie może być tego za dużo. Jak coś mnie trafia, to nic innego przez dłuższy czas mnie nie pochłania.

Jakiego tematu byś nie poruszył w tekstach?

Nie chcę pisać o czymś, o czym nie mam wiele do powiedzenia. Tematy damsko-męskie są na przykład dla mnie ciężkie. Udało mi się na nie zejść na solowych "Antyszantach", ale tylko w kwestii kobiecych piersi.

Jakimi gatunkami będziecie się bawić na kolejnych płytach Lao Che?

Trudno powiedzieć. Dzisiaj na przykład puszczaliśmy sobie "Buena Vista Social Club" i stwierdziliśmy, że to jest tak potężne w swojej prostocie, że miażdży wszystkie metalowe załogi tego świata. Cały czas szukamy nowych pomysłów i tak jest nam dobrze.