"Były takie momenty, że myślałam, że ta płyta mnie wykończy" – powiedziałaś o "I Awake". Praca nad każdym nowym materiałem jest dla ciebie katorgą?
Sarah Blasko: Nie będę ukrywała, że nie jestem fanką pracy w studiu. To oczywiście bardzo twórczy czas dla muzyka, ale też wykańczający.

Czyli po skończeniu pracy nad "I Awake" odetchnęłaś z ulgą?
Tak, spadł mi kamień z serca. Ale było warto. Jestem bardzo dumna z efektu końcowego i jednocześnie ciekawa, jak odbiorą album słuchacze na całym świecie. Myślę, że będzie im trudniej wejść w nią niż w poprzednie płyty. "I Awake" potrzebuje więcej czasu na oswojenie się z nią, muzycznie i tekstowo.

Co najbardziej determinuje twoje teksty?
Na pewno sporo jest w nich mojego życia i moich spostrzeżeń. Piosenka "An Arrow" jest na przykład o zagadce życia, o tym, jak każdy z nas inaczej widzi rzeczywistość. Jak powierzchowność może zmylić. Świat jest po prostu bardziej skomplikowany, niż się wydaje. Tak samo jak trudno określić uczucia pomiędzy ludźmi. Granica między przyjaźnią a miłością może być bardzo cienka. Piszę też o tym, co i kto mnie denerwuje, a na pewno zaliczają się do tego ludzie samolubni, którzy nie chcą słuchać innych.

Sama wyprodukowałaś tę płytę. Brakowało ci nowych bodźców, wyzwań?
Czułam, że wiem, co chcę osiągnąć tym albumem. Wolałam więc poświęcić czas na pracę nad doskonaleniem aranżacji, a nie tłumaczenie efektu, jaki chcę osiągnąć, komuś innemu. Może to też kwestia starzenia się. Chcę, żeby płyta bardziej zależała ode mnie, odpowiadała moim wyobrażeniom. Poza tym muszę przyznać, że ciężko mi się współpracuje z innymi.

Z tego, co mówisz, nie wynika, żebyś przepadała za byciem częścią muzycznego show-biznesu?
Dla mnie muzyka to ciężki kawałek chleba. Kocham to i jednocześnie nienawidzę. To naprawdę stresujące i męczące zajęcie. Czasami chciałabym, żeby wszystko było bardziej poukładane, jak w normalnej pracy. Po robocie w określonych godzinach odcinasz się od tego, masz swoje życie, a bycie muzykiem to praca 24 godziny na dobę.

Która część bycia muzykiem ci najbardziej odpowiada?
Koncerty. Szczególnie jak wiesz, że nie jest rejestrowany. One dają wolność, nikt ci nic nie powie, jak popełnisz błąd. Są momenty, które się już nie powtórzą. Reakcje ludzi zawsze są zaskakujące i niewyreżyserowane.

Czego możemy się spodziewać po twoim polskim koncercie?
Przede wszystkim materiału z ostatnich dwóch płyt, może też dwóch piosenek z pierwszych moich wydawnictw. Na scenie będzie mi towarzyszył zespół, z którym gram od dłuższego czasu. Niestety zaproszenie Bułgarskiej Orkiestry Symfonicznej, która zagościła na "I Awake", nie było możliwe do zrealizowania.

Z Bułgarską Orkiestrą Symfoniczną nagrywałaś w Sofii, resztę materiału w Sztokholmie. Zdaje się, że żadnej swojej płyty nie nagrałaś w rodzinnej Australii.
To prawda, ale nie zrobiłam tego z premedytacją. Uważam, że tworzenie w innym kraju pomaga, pozwala spojrzeć na materiał z innej perspektywy. Daje możliwość pracy z ludźmi, którzy nie do końca znają moje muzyczne korzenie, nie odnoszą się za bardzo do tego, co robiłam wcześniej. Pogoda też wpływa na tworzenie. W Anglii, gdzie pisałam większość materiału, jest deszczowo, w Sztokholmie, gdzie nagrywałam, śnieżnie, to determinuje pewien nastrój tego albumu.

Opowiedz o okładce "I Awake", czyja to twarz?
Najciekawsze i zaskakujące dla mnie jest to, że wiele osób nie dostrzega tu wcale twarzy. To obraz, który widziałam kilkakrotnie na wystawie w Sztokholmie podczas nagrywania płyty. Wydał mi się do niej idealną ilustracją, bo ciężko jednoznacznie określić ekspresję tej twarzy. Nie wiemy, czy śpiewa, a może wyje z bólu, czy się budzi, jest w ekstazie, a może zmarła. To dobrze oddaje różne skomplikowanie emocje na tej płycie, jej słodko-gorzki świat. Są piosenki o miłości, ale też nienawiści, smutku, bólu.

Wracając do pracy w studiu. W dokumencie "Sound City" o legendarnym studiu nagraniowym w Los Angeles muzycy, którzy tam nagrywali, mówili, że ważne było jego surowe, nie do końca perfekcyjne brzmienie. Ty też dajesz muzyce pole do niedoskonałości, czy jesteś perfekcjonistką?
W przeszłości chciałam się zbliżyć do doskonałości. Grałam jeden motyw wielokrotnie, do znudzenia. Szczególnie wkurzało to perkusistę, z którym nagrałam dwa ostatnie albumy. Ma korzenie jazzowe, więc raczej nie zdarza mu się zagranie tego samego motywu identycznie. Nie znosił grać za dużo razy tego samego i ja teraz też tak mam. Staram się nie przesadzać z czystością numerów, lubię, jak są troszkę surowe. Nawet błędy potrafią dodać do piosenki element magii. Fajnie to słychać w starych nagraniach. Nie ma tam zbytniej doskonałości, właśnie błędy uczłowieczają muzykę. Określają też muzyka, dodają mu charakteru. Dzisiaj wszystko jest za dobrze wyprodukowane, brzmi podobnie, co jest po prostu nudne.

Z tego, co wiem, lubisz nie tylko retro dźwięki, ale też modę.
Lubię rzeczy z duszą, tajemnicą. Takie, które przy tworzeniu wymagały pracy, zaangażowania. Nie chodzi tu tylko o stroje, ale też na przykład meble. Szczególnie te z lat 40. i 50. minionego wieku. To dla mnie magiczna era. Wszystko było piękne: samochody, moda, jazz, kino.

Jazzem interesowałaś się już w liceum, kiedy założyłaś z siostrą zespół jazzowo-bluesowy. To ciekawe, bo raczej młode dzieciaki szukają buntu w mocnych dźwiękach, zakładają punkowe kapele.
Może to jeszcze przede mną. A z siostrą to tak naprawdę miałyśmy zespół folkowy, ale tylko przez kilka miesięcy.

Są jakieś piosenki, których zazdrościsz innym?
Na pewno wiele utworów Beatlesów. "Blackbird" czy "Eleanor Rigby" to genialne przykłady prostych, trwałych numerów z duszą. Skłamałaby, gdybym powiedziała, że nie chciałabym napisać takich idealnych, popowych piosenek, zrozumiałych dla całego świata. Ale mam świadomość, że to wyjątkowo trudne.