Swój debiutancki krążek, przepełniony rockową dynamiką i zadziornością, "Helicopters" wydałeś ponad 30 lat temu. Zaledwie dwa lata później, wraz z Krzysztofem Ścierańskim i Jose Torresem, nagrałeś płytę "China Disco", którą w recenzjach z tamtych lat nazywano twoim odejściem od rocka. Od tamtej pory nie zrobiłeś już jednak tak mocnej rewolty od tego gatunku. Najnowsza płyta "Honey Trap" to kolejny mocny obraz twojej rockowej duszy.
John Porter: Mój nowy album jest pewną kontynuacją poprzedniej płyty "Back in Town". Był podobnie nagrywany, na analogowym sprzęcie, na setkę. Współproducentem jest ponownie mój przyjaciel Phill Brown, który pracował z gigantami rocka pokroju Led Zeppelin. Jesteśmy w tym samym wieku i nagrywanie, które polega na tym, że leci taśma rejestrująca, a ty po prostu grasz, dopóki czujesz chemię albo dopóki taśma się nie skończy, bardzo nam pasuje. To staroświeckie w pewnym sensie podejście dodało też krążkowi surowości i mrocznego klimatu. Takie brzmienie znakomicie sprawdzi się na winylu, na którym "Honey Trap" też ma się ukazać. A wracając do "China Disco". To była jednorazowa próba, swoisty eksperyment, z którego szczerze mówiąc, nie jestem do końca zadowolony. Za to "Honey Trap" to już w pełni świadoma droga i styl.

Mocno osadzony w amerykańskim klimacie, także bluesowym, czego dowodem kompozycja "Black with the Blues" ze specyficznym zakończeniem.
Chodzi o odgłosy pociągu? Tak, to odniesienie do ważnej roli pociągu w bluesie. Do piosenek grywanych w więzieniach, o ciężkim życiu osadzonych. Często takie dźwięki były jedynymi, jakie do nich dochodziły z zewnętrznego świata. To taka moja parafraza pociągu do nieba, do lepszego świata, mój ukłon w stronę bluesa.

Do "Back in Town" dołożyłeś motto z Jamesa Ellroya, z kolei "Honey Trap" otwiera piosenka o tytule "My Dark Places", dokładnie takim jak jedna z książek mistrza kryminału.
Jestem fanem amerykańskich kryminałów i pomysł na tę płytę był też taki, żeby przypominała trochę kryminał stylu retro. Zarówno w sferze lirycznej oraz poprzez okładkę. Stąd pomysł na autora, znakomitego ilustratora Gregory'ego Manchessa. Chciałem, żeby okładka "Honey Trap" wyglądało jak książki kryminalne z mojego dzieciństwa, takie klasyczne mroczne opowieści.

Nie brakuje tu też retro instrumentów, chociażby klawiszów jak z płyt The Doors.
Szczerze mówiąc, nie umiem grać na klawiszach, potrafię jednak znaleźć akordy. To wystarczyło, by nagrać solówkę w kompozycji "Love Didn't Save You".  

Mocno zmieniasz piosenki od wersji demo do ostatecznej, tej zarejestrowanej na płycie?
Bywa, że tak. Przykładem "Dreaming of Drowning". Tutaj melodia jest zupełnie inna niż w jej pierwszych wersjach. Podczas nagrywania bębniarz bardzo chciał grać prosty bit. Metodą prób i błędów doszliśmy to tego, że może warto w ogóle zrezygnować z perkusji. To ważne, że taka zmiana pasowała też do samego tekstu piosenki. Cieszę się, jak numery żyją w taki sposób. Proces pracy, czyli wymyślenie piosenki, jej pierwsze demo i wreszcie nagranie bardzo mnie ekscytuje. Kompozycja żyje własnym życiem, powoli przestaje być twoja i to jest bardzo fajne. Czasami też dużo dłużej pracuje się nad tekstem numeru niż melodią. Tak było w przypadku "Night Smoke". Muzycznie kompozycja jest bardzo prosta, jednak już z dopasowaniem słów nie było łatwo. Ale ja lubię takie wyzwania, wyobrażam sobie, myślę obrazowo o tym, o czym ma być numer, i później próbuję ubrać to w słowa, odpowiednio wyrazić.

Domyślam się, że pewnie łatwiej byłoby sprzedać wytwórni zestaw ballad podpisanych duetem Porter-Lipnicka niż solowy album Portera wypełniony mrocznymi piosenkami w stylu Marka Lanegana?
Całe szczęście wydawca od razu wziął mój materiał. Bez pytania, już po odsłuchaniu pierwszego demo. Mimo że wydawca i ja zresztą też zdajemy sobie sprawę, że krążek nie pobije rekordów sprzedaży, trzeba się z tym pogodzić. Funkcjonuję poza mainstreamem i to mi pasuje.

Zaskoczył cię kierunek, w którym poszedł krążek, kiedy urodził się na niego konkretny pomysł?
Myślę, że poszedł w bezkompromisową stronę, przynajmniej dla mnie. Bardzo się cieszę, że jest tak surowy, że tak brzmi. Pomysł urodził się mniej więcej w połowie materiału. Całość pisałem przez jakieś pół roku. Kiedy miałem około 18 piosenek, zacząłem wybierać. Zostało mi 12 i już wiedziałem, jaki będzie muzycznie i lirycznie, bo te sprawy podczas komponowania się u mnie łączą. Jak już mam zarys piosenki, dokładam słowa i wraz z nimi dochodzę do finału kompozycji.

Funkcjonujesz poza mainstreamem, czy wobec tego zaprzątasz sobie głowę recenzjami płyt?
Na ogół ich nie czytam. Wiem, co zrobiłem, nikt mi nie musi wyjaśniać, o co mi chodzi. A czy się komuś podoba, czy nie, to kwestia gustu. Ja robię swoje. Dopóki mogę nagrywać, wydać płytę i parę ludzi ją kupi, to jest OK. Wydaje mi się, że moi fani kupują mnie trochę w ciemno, wiedząc, czego się mniej więcej spodziewać. Tak jak ja kupuję krążki Marka Lanegana czy PJ Harvey. Może nie każdą ich płytę uznam za wybitną, ale na pewno będę miał ją w swoich zbiorach. Wiem, co oni prezentują i na jakim są poziomie. Mam nadzieję, że podobnie jest ze mną.

Jaki jest John Porter w studio? To z powodu trudnego charakteru nagrywasz na Wyspach, a nie u nas?
To nie chodzi o mnie. Trzeba pamiętać, że w studio nie ma demokracji. Ja to podpisuję swoim nazwiskiem, ja płacę i ma być tak, jak ja chcę. W Anglii nie ma z tym problemu, ale czasami pojawia się u nas. W studio musi być hierarchia. Oczywiście każdy muzyk może mieć swoje propozycje, ale do mnie należą wybór i decyzje. U nas często właścicielowi studia wydaje się, że jest jego panem i w nim rządzi także, kiedy ja w nim nagrywam, a to absolutnie nie jest tak. On ma robić tak, żebym ja się dobrze czuł. W przypadku Philla nie było z tym problemu.

"Honey Trap" nagrałeś z doskonałymi muzykami, którzy pracowali chociażby z Mickiem Jaggerem i Talk Talk. Jest szansa, żeby Mikey Rowe, Martyn Barker czy Simon Edwards pojawili się na koncertach w Polsce?
To faktycznie genialni instrumentaliści, z którymi pracowałem już wcześniej i świetnie się rozumiemy, ale takie koncerty się raczej nie odbędą. Koszty przekraczają możliwości. I nie chodzi o honorarium, bo to z tymi muzykami na pewno doszlibyśmy do porozumienia, ale tu dochodzą przeloty, hotele. Z tego powodu na koncertach będą muzycy stąd. To zresztą nic dziwnego, że inni instrumentaliści pracują w studio, a inni na koncertach.

Podobno kiedy pojawiasz się po dłuższej przerwie w Anglii, masz problemy z dogadaniem się po angielsku?
Wiesz, angielski to dynamiczny język, bardzo się zmienia. W kraju jest dużo imigrantów, panuje też moda na mówienie skrótami. Zresztą w Polsce jest podobnie. Faktycznie "native speaker" operujący starym stylem mówienia jak ja ma czasami problem. Ale tego już nie zmienię, tak samo, można powiedzieć anachronicznie, mówię i piszę i tak pewnie już pozostanie. Możliwe, że za 20 lat nikt z moich tekstów nic nie zrozumie (śmiech).

Szkocja niedawno omal nie przegłosowała oderwania od Zjednoczonego Królestwa. Czy w twojej rodzimej Walii też daje się odczuć głosy chęci separacji?
Jesteśmy podobnie uzależnieni ekonomicznie i z jednej strony rozumiem separacyjne dążenia, bo fatalnie, że ktoś z innego kraju decyduje za ciebie, ale z drugiej czy sami Szkoci daliby radę? Nie sądzę. To w ogóle silny obecnie trend. Unia Europejska nas uniformizuje, a my szukamy własnej tożsamości. Nie do końca chcemy tej globalizacji. Oby tylko się nie okazało, że zaraz Kraków albo na przykład warszawska dzielnica Ochota będą chciały ogłosić niepodległości (śmiech).

Wiem, że poza literaturą kryminalną jesteś też fanem kultury właśnie chińskiej. Tytuł "Honey Trap" też nawiązuje do tamtej kultury, do skandalu, kiedy urzędnicy chińscy byli szantażowani po korzystaniu z usług pań do towarzystwa.
To prawda, chińska literatura to moja wielka pasja. Mam całe półki książek historycznych, o sztuce. Tamtejsza literatura jest też niezwykle bogata w fikcje, niestety na razie u nas ubogo prezentowaną. Choć za sprawą takich wydarzeń jak literacki Nobel sprzed dwóch lat dla Mo Yana na pewno poznaje ją coraz więcej osób.  

Czy jest jeszcze w ogóle szansa, że John Porter będzie eksperymentował ze swoją muzyką jak na "China Disco", że pójdziesz w zupełnie inną stronę?
Eksperymenty są ważne i mam taki jeden w planie, ale tej kolaboracji jeszcze nie mogę zdradzić. Mimo wszystko jednak nie pozbędę się korzeni rockowych. Przecież to, co gram z Anitą, też jest bliskie muzyce rockowej. Nie ucieknę od tradycji, która mnie ukształtowała, i tego nie chcę.