Mówi się, że druga płyta jest prawdziwym sprawdzianem dla artysty. W twoim przypadku "Annoyance and Disappointment" to tak naprawdę trzecia, po jednej wspólnej z zespołem Curly Heads. Nie bałeś się jej? Po ogromnym sukcesie debiutu oczekiwania są ogromne, nie tylko fanów, ale też zapewne wytwórni, mediów?
Dawid Podsiadło:
Jeżeli była presja, to ja zupełnie jej nie czułem. Nad drugą solową płytą pracowałem bez specjalnego spięcia, bez stresu, realizowałem swoją wizję. Zresztą zespół muzyków, którzy uczestniczyli w jej nagraniu, miał podobną, więc wszystko udało się zrobić tak, jak sobie wyobrażaliśmy. Na pewno pomógł w tym duży komfort pracy. Nikt nie ingerował w materiał, sami decydowaliśmy o muzycznych aspektach, co ma być singlem itp. Wytwórnia nie ingerowała też zresztą przy pierwszej płycie, a jej efekt był znakomity, także teraz nie mieli powodu, by działać inaczej. Oczywiście, to nie było tak, że działaliśmy na czuja i bez myślenia o efekcie końcowym. Producenci Bogdan Kondracki wraz z Danielem Walczakiem mieli wizję spójnego materiału. Sami narzucali ograniczenia, tempo pracy, charakter materiału. Byli protektorami tego, żeby "Annoyance and Disappointment" było spójną całością.

Jak wyglądała praca w studiu? Jesteś ugodowy czy zdarzyło się, że wyszedłeś wkurzony ze studia?
Były wzloty i upadki, ale one wynikały raczej z napiętych terminów, a nie braku porozumienia. Nie było łatwo, szczególnie pod koniec pracy w studiu, bo miałem jeszcze koncerty z Curly Heads, brałem gościnnie udział w projekcie Ani Rusowicz. Sporo się działo. Jak już byłem na nagraniach, to wychodziłem ze studia tylko na górne piętro, żeby popracować nad tekstem. Wyglądało to tak, że dzień wcześniej wybieraliśmy numer, nad którym mieliśmy pracować kolejnego dnia. Rano spotykaliśmy się wspólnie, omawialiśmy go. Potem każdy łapał za swój instrument i pracowaliśmy. Jak muzycy grali w studio, to ja, nad nim, pracowałem nad tekstami, pomysłami na wokale. Wieczorem wracałem i dogrywałem wokale do muzyki. Oczywiście bywało, że schodziłem w ciągu dnia, nasłuchując, jak im idzie. Sprawdzaliśmy, co działa z wokalem, a co nie, czego brakuje. Bardziej jednak skupiałem się nad tekstami i moim instrumencie.

To są wszystko świeże kompozycje powstałe specjalnie na "Annoyance and Disappointment"?
Tak, choć pierwsze kompozycje powstały w zasadzie zaraz po premierze pierwszej solowej płyty. Pomysły rodziły się w różnych podgrupach. Pracowałem z gitarzystą Olkiem Świerkotem, z Danielem Walczakiem, z całym zespołem, sam. Różne były konfiguracje. Przed wejściem do studia wybraliśmy 15 najmocniejszych numerów z blisko 30 pomysłów i nad nimi pracowaliśmy. Ciekawe, że ostatnim zarejestrowanym numerem był "Byrd", czyli kawałek, który powstał najwcześniej. Na początku nie byliśmy go pewni, ale jak zostało nam trochę czasu w studio, postanowiliśmy do niego wrócić i wyszedł znakomity numer.

Skąd ten dziwny tytuł? Zresztą więcej jest tu podobnych zagwozdek, chociażby numer nazwany "Cashew/161644".
Przy pierwszej płycie sporo myślałem o tytułach, zmieniały się w zależności od rozwoju kompozycji. Na "Annoyance and Disappointment" jest inaczej. Są one często zapisem pewnych chwil, sytuacji, wymyślone już na etapie demówek. Przypadku piosenki "Byrd" już nie pamiętam, ale "Cashew/161644" wziął się z połączenia dwóch spraw. Na początku, pisząc tekst, chciałem, żeby była to ballada o przemijaniu. Chciałem do niej znaleźć informację o tym, ilu ludzi statystycznie w ciągu dnia odchodzi z tego świata. I znalazłem liczbę 161 644. Później trochę zmienił się temat piosenki, ale w tytule chciałem ten motyw przemijania zostawić. Z kolei słowo "cashew" wzięło się z jedzenia. Często w studio zamawialiśmy tajskie jedzenie, głównie kurczaka w nerkowcach (ang. cashew).

Z tego, co wiem, w studio nie brakowało spontanicznych akcji. Jedną z nich było szukanie skrzypaczek z sopockiego deptaku, zwanego Monciakiem.
Jeszcze przed wejściem do studia zobaczył je Bogdan Kondracki. Stały na Monciaku i zaskoczyły go, bo bardzo czysto grały, co w takich miejscach nie jest wcale oczywiste. Powiedział, że nagrywa płytę, i zapytał, czy byłyby chętne wpaść do studia, gdybyśmy potrzebowali skrzypiec. Nie mówił przy tym, o jaką płytę chodzi. Jedna z nich dała mu swój numer, ale później przez wiele dni nie odbierała telefonu. Okazało się, że to był numer do jej starej karty. Zrobiliśmy akcję poszukiwawczą na Facebooku. Wielu ludzi się odzywało, że widziało je na Monciaku, wielu oferowało też swoje usługi muzyczne – nam chodziło jednak o tę historię. Kiedy już się do nas zgłosiły, opowiadały, że podchodzili do nich ludzie i mówili: "Hej, Podsiadło was szuka". Przyjechały więc do studia i nagrały swoje partie. To było fajne doświadczenie, bo dziewczyny miały do tego duży dystans, podeszły do nas bardzo neutralnie, co oczywiście trochę uderzyło w nasze ego (śmiech), ale wyszło super.

Twój głos bywa na płycie momentami nie do rozpoznania, przykładem numer "Eight". Jak uzyskaliście taki efekt?
Kiedy pracowaliśmy nad tym kawałkiem, bawiłem się butelką po soku. Po wypiciu zacząłem przez nią mówić. Słysząc fajny efekt, wpadłem na pomysł, żeby spróbować przez nią zarejestrować mój wokal. Butelka nadała mu trochę metaliczny dźwięk, niektóre wyrazy giną, jest duży pogłos. W efekcie nagraliśmy "Eight" na setkę ze mną śpiewającym do szklanej butelki.

W kompozycji "Son of Analog" poszalał z kolei zespół. Muzycy poczekali, aż wyjdziesz ze studia, żeby sobie pofolgować na instrumentach, czy to była wasza wspólna improwizowana akcja?
Akurat przy tym numerze byliśmy w studio wszyscy. Jako jedyny powstał już w studio, nie był oparty na pomyśle sprzed rejestracji nagrań. Najpierw wymyśliliśmy numer "Analog", który był bardzo przebojowy, miał mocny refren. Mnie się bardzo podobał, ale producenci byli nastawieni sceptyczne, nie podobało im się, że jest aż tak hitowy. Został więc przerobiony na inny utwór, właśnie "Son of Analog", który de facto nie ma nic z poprzedniej wersji.

Na singiel wybrałeś "W dobrą stronę" z tekstem poruszającym m.in. problem różnicy poglądów, braku tolerancji. Powstał do tego mocny klip. Nie bałeś się skrajnych reakcji na ten numer? Tekst wydaje się bardzo aktualny przy dzisiejszym rozwarstwieniu politycznym, podziałach.
Tekst powstał już jakiś czas temu i mimo wszystko nie jest polityczny. Ja nie chcę być tym, który dyktuje innym, jak powinno wyglądać ich życie, postawy. Przeszkadza mi jednak przemoc wobec innych, dyskryminacja ze względu na przeróżne czynniki, agresja psychiczna i fizyczna, brak tolerancji. Zresztą tak było już, jak wychowałem się na blokowisku w Dąbrowie Górniczej, które było sypialnią Huty Katowice. Rodziny miały tam ciężką sytuację życiową. Rodzice ciężko pracowali, dzieciaki cały dzień latały na podwórku. Wielu moich rówieśników wybrało różne, nie najlepsze życiowe drogi. Ja, wraz z rodzeństwem, miałem to szczęście, że wychowywany tylko przez mamę nigdy nie czułem się zaniedbywany. Mama dbała, żeby złe wpływy otoczenia, na ile to możliwe, nas omijały. Czułem od niej ogromne wsparcie i miłość, i przez to też szanowaliśmy zasady, które panowały w naszym domu. Oczywiście w niektórych rzeczach, delikatnie mówiąc, nieodpowiednich, brałem z kolegami udział, ale wydaje mi się, że odróżniałem dobro od zła. Zawsze najważniejsza była dla mnie zasada, by nie krzywdzić drugiego człowieka i nie ograniczać jego wolności. Niestety, to się cały czas dzieje, i to nie tylko u nas. To mi przeszkadza. O tym też jest ten tekst. Jeżeli czegoś nie rozumiesz albo wykracza to poza twój światopogląd, zostaw to, bo to niekoniecznie jest złe. Zajmij się swoim światem, swoimi problemami, a nie walcz o to, żeby każdy był taki jak ty. Obserwuję wiele komentarzy na swój temat, w których teoretycznie anonimowe osoby wylewają cały swój ból na moją muzykę czy osobowość, kompletnie mnie przecież nie znając. Przecież nie muszą wchodzić na mój profil na Facebooku ani słuchać mojej muzyki. Mogą usunąć mnie ze swojego życia i skupić się na nim. I o to mi też chodzi. Żeby ulepszać świat dookoła, a nie go niszczyć.

Ktoś nie zrozumiał teledysku, w którym jesteś oblewany biało-czerwoną farbą, używasz przekleństwa i śpiewasz o nietolerancji. Spotkałeś się z inną interpretacją, niezgodną z twoją intencją?
Nie, i to mnie w sumie zaskoczyło. Nie było głosów urażenia ani takich, że niepotrzebnie mówię o polityce, ważnych rzeczach, które nas dotykają. Spodziewałem się kontrowersji wynikającej z niezrozumienia, a udało się wyjść z tego "bez ofiar".

Jednak wielu wykonawców boi się dzisiaj poruszać podobne problemy, boją się swojego zdania, szczerości, bo przez to mogą potem nie zagrać jakichś koncertów, nie zostaną zaproszeni na dni miasta czy jakieś święta.
Jest na pewno strefa bezpieczeństwa i tematy uniwersalne, które można poruszać i nikt się do nich nie przyczepi, ale ja po prostu doszedłem do pewnego etapu, w którym chciałem o tym powiedzieć. A ponieważ muzyce mogę stuprocentowo oddać swoje emocje i powiedzieć, o co mi chodzi, to piszę o tym piosenki. To też, z drugiej strony, nie jest tak, że artyści, którzy nie poruszają poważnych tematów, robią źle. Może czują, że ich muzyka nie jest do tego. Poruszają tematy z innych sfer i to też jest OK. Na pewno jednak nie można bać się swojego zdania i argumentów na jego obronę. Nie ma powodów, żeby zaprzeczać temu, co się samemu myśli. Oczywiście nie chodzi o to, żeby epatować poglądami i nawoływać do nich innych. Ale w sztuce, jakiejkolwiek, czy to jest muzyka, film, czy malarstwo, nie powinno się analizować tego, jaki to będzie miało wpływ na wizerunek. Artysta o tym nie powinien myśleć, niech to zostawi menedżerowi, wytwórni. Artysta ma być sobą, wtedy jest najprawdziwszy.

Teraz, po sukcesie debiutu, na pewno łatwiej ci o to walczyć, ale czy nagrywając "Comfort and Happiness", też czułeś podobnie? Wielu laureatów programów telewizyjnych wydaje płyty bezpieczne, jakby bali się w pełni ujawnić.
Pierwszą płytę chciałem nagrać po prostu tak, jak ją czuję. Oczywiście miałem świadomość, że wychodzi wiele znakomitych płyt, i nie chciałbym, żeby moja utonęła w natłoku, żeby o niej po roku zapomniano. Wiedziałem jednak, że dla dobrej i szczerej muzyki zawsze znajdzie się miejsce. Ludzie to wyczuwają w sekundę, w każdej dziedzinie sztuki. Ja staram się nie ściemniać. Mam świadomość, że niezwykle trudno dziś o oryginalność, ale chcę pokazać, że to, co robię, jest szczere i jestem z tego zadowolony. Ktoś mi powiedział, że jeżeli sam artysta wątpi w to, co śpiewa, to odbiorca odbierze to 10 razy mocniej. To prawda. Jeżeli jesteś pewien tego, co śpiewasz, to zadziała, nawet jak tekst albo muzyka nie są przejawem geniuszu. Musisz w to wierzyć i to przekazać.

Kiedy po raz pierwszy poczułeś, że fajnie śpiewasz, że coś w tym jest i chcesz zostać muzykiem?
Już w domu słyszałem dużo przyjemnych słów, ale wiadomo, że w domu to co innego. Tak na poważnie to na pewno pomógł mi program. Miło było od wielu ludzi usłyszeć wtedy pochwałę. Ale głównym momentem przełomowym, takim, że wiedziałem, że chcę to robić i że muzyka jest dla mnie kierunkiem, było narodzenie się zespołu Curly Heads. To mój pierwszy zespół w życiu i do tego powstał w fajnym okresie, w znakomitym liceum, gdzie poznałem wielu świetnych ludzi. Na próbach tworzenie muzyki z niczego przez kilku gości, których niewiele łączy w życiu, było wyjątkowe. Miałem jakiś plan B, ale wiedziałem, że muzyka jest dla mnie najważniejsza.

Przeczytałem, że w Dąbrowie Górniczej działa 10 klubów piłkarskich. Nie ciągnęło cię do piłki, sportu? Może to był twój plan B?
Kiedyś sporo grałem w piłkę. Byłem jednak drobny i często stawałem na bramce, czego nie lubiłem. Teraz gram dużo rzadziej, chociaż do tej pory uwielbiam piłkę. Mamy nawet grupę w Dąbrowie, z którą zdarza mi się grać. Na szczęście teraz jestem bardziej pomocnikiem i napastnikiem, do czego ewidentnie bardziej się nadaję. Świetnie się mnie odpala i świetnie finiszuje. Jestem dobry w wykończeniu (śmiech). Grałem też kilka lat w badmintona, uczestniczyłem w zawodach, zdobyłem jakieś nagrody. Byłem całkiem dobry, bo raczej nie odpuszczam, i myślę, że to fajna cecha zarówno dla sportowca, jak i muzyka. Oddaniem i sercem można dużo zyskać, tak było w badmintonie, tak jest w muzyce. Ale o sporcie jako planie B nigdy poważnie nie myślałem.

Co cię wychowało muzycznie w Dąbrowie Górniczej?
Wokół były różne środowiska, hip-hopowe, grunge'owe. Mój brat wprowadzał do domu głównie ten ostatni klimat. Miał też etap szkoły muzycznej, podczas którego do domu sprowadzał dużo klasyki. Także w domu w telewizorze królowali Ich Troje, w moim pokoju dzielonym z bratem – Pearl Jam, Alice In Chains albo Mozart. Taki rozstrzał na pewno mi pomógł w muzycznym rozwoju.

Gdybyś dzisiaj mógł wybrać kilka płyt ze sklepu z winylami, nowymi i starymi, to jakie by to były albumy?
Jak wreszcie uda mi się podłączyć gramofon, który dostałem od przyjaciół na urodziny, to pewnie kupiłbym wszystkie płyty The Strokes. Do tego coś Dylana, Joy Division, Kings Of Convenience, Radiohead. Prawdopodobnie w przyszłym roku na winylu ma być też "Annoyance and Disappointment". Myślę, że będzie dobrze brzmiał, bo jest na nim sporo ciepłych analogowych brzmień.

Zaraz czekają cię koncerty promujące płytę. Ćwiczysz jakoś swój głos?
Od czasu do czasu chodzę do foniatry, sprawdzam, w jakim stanie jest moje gardło. Wiem, że powinienem bardziej o nie dbać, ale tymczasem ćwiczę głównie przed koncertami. Przed nimi się rozśpiewuję. Używam do tego filmiku z YouTube z rozśpiewką, nagranego przez pewną panią. Zamykam się w łazience i kilkanaście minut ćwiczę, zaczynając od słów tej pani: "Dzień dobry, moi drodzy uczniowie, oto wzorcowa rozśpiewka dla was. To jest Paweł, będzie realizował ćwiczenia". No i ja śpiewam z Pawłem (śmiech). Chyba muszę tej pani oficjalnie podziękować.

Jak będą wyglądały koncerty, na których będziesz grał nowy materiał na żywo?
Wiele rzeczy z "Annoyance and Disappointment" dałoby się zagrać tak samo, jak brzmią na płycie, jednak chcemy ten materiał trochę pozmieniać. Staramy się rezygnować i odchodzić od komputerów, ewentualnie zostawimy jakieś samplery i loopy. Nie wiem też, czy będzie butelka z "Eight", bo ten utwór przearanżujemy. Głównym instrumentem będzie w nim klawisz, a nie gitara.

Od dłuższego czasu mówi się o twojej karierze zagranicznej. Masz na nią jakiś pomysł, plan? Nie czujesz, że w Polsce osiągnąłeś już niemal maksimum tego, co jest możliwe?
Nie mam specjalnego planu. Bardzo bym chciał wyjść szerzej, ale mam podejście takie, że skupiam się na tym, co mam robić tutaj, nie myślę "co by było, gdyby". Zresztą tymi rzeczami zajmuje się kto inny. Jak będzie czas na to, będę myślał intensywniej. Na razie czuję, że mam jeszcze bardzo dużo do zrobienia tutaj. W specjalnym miejscu, w rodzinnym domu, mam jeszcze miejsce na kolejnego Fryderyka.

Wyobrażasz sobie moment, w którym będziesz musiał zrezygnować ze śpiewania, w którym pozostanie ci odcinanie kuponów od przeszłości?
Nie wyobrażam sobie, że kiedyś usiądę i powiem sobie: "No dobra, to już koniec, wystarczy tego śpiewania". Nawet jeżeli już nikt nie będzie mnie rozumiał, to i tak pewnie będę tworzył, bo od dłuższego czasu wiem, że muzyka jest dla mnie bardzo prawdziwym miejscem, w którym czuję się najlepiej. Tyle od niej dostaję i tyle mogę jej dać – to niezwykła relacja i ja czuję się w niej spełniony. Nie sądzę, że się tym znudzę. Jak będzie mi ciężko mówić i śpiewać, to jak Johnny Cash – i tak będę to robił dalej.