Pytaniem, które dręczyło Jerry'ego Lee Lewisa przez całe życie było: czy ktoś, kto gra rock and rolla – muzykę grzechu, może być zbawiony? Lewis miał wątpliwości. W swojej autobiografii Johnny Cash wspomina wspólne wyjazdy samochodowe na koncerty na potańcówki w małych amerykańskich miasteczek w latach 50. W samochodzie siedzieli "królowie rock and rolla": Elvis Presley, Johnny Cash, Roy Orbison i Jerry Lee Lewis. Ten ostatni nie przestawał zadręczać kolegów: wszyscy zmierzamy prosto do piekła.

Żarliwą wiarę i pewność piekielnego ognia łączył z beatnikowską obyczajowością. Jerry Lee Lewis – któremu nadano pseudonim "Killer", zabójca – porywał wyobraźnię amerykańskich nastolatków swoimi pełnymi pasji występami, podczas których podpalał fortepian, co chwila podrywał się z krzesła przy instrumencie i wybijał na klawiszach szaleńczy rytm "diabelskiej muzyki". Porywał tłumy swoją grą, rozkochiwał dziewczyny swoją blond fryzurą, garniturami w paski i aurą wyjętego spod prawa rockandrollowego bon vivanta.

Lewis zdobył sobie opinię "złego" wśród rockandrollowych pionierów. Być może to jego, nie Elvisa, tytułowano by dziś "królem", gdyby nie skandale, które złamały mu karierę. W 1958 roku, u szczytu popularności, jaką przyniosły mu piosenki "Great Balls Of Fire", "Whole Lotta Shakin' Goin' On" czy "Breathless", brytyjska prasa opisała małżeństwo muzyka z Myrą Brown, jego 13-letnią kuzynką.

Skandal obyczajowy wybuchł także w Ameryce. Lewis nie mógł już usłyszeć swoich przebojów w radio, bajońskie pensje, jakie otrzymywał za występy w największych salach koncertowych zmieniły się w garść dolarów, za grę w podrzędnej knajpie.

"Królem" został Elvis. Którejś nocy Lewis upił się i pojechał odwiedzić Presleya w jego posiadłości Graceland. Podjechał pod bramę z pistoletem, leżącym na desce rozdzielczej jego Lincolna Continental i domagał się walki z Elvisem. Pojedynku, który raz na zawsze rozstrzygnąłby, kto jest "królem"?

Innym razem postrzelił w klatkę piersiową swojego basistę Butcha Owensa. Upierał się, że niechcący. W tajemniczych, jak twierdziły gazety, okolicznościach zmarły także dwie żony słynnego pianisty. Pasmo tragicznych wydarzeń i śmierci w życiu Lewisa miało swój początek, gdy przyszły muzyk miał ledwie 7 lat. Wówczas pod kołami samochodu zginął jego brat, ponoć niezwykle uzdolniony muzycznie.

Rodzice poświęcili wiele, by talent drugiego syna mógł się rozwinąć. Zastawili dom, by kupić fortepian. Według legendy, 7-letni Jerry Lee jedynie przyjrzał się instrumentowi, a po chwili już na nim grał. Pianino do dziś stoi w salonie posiadłości państwa Lewisów. Nocami, Lewis zakradał się do lokalnych klubów, by w ukryciu słuchać bluesa i jazzu.

W jego życiu od najmłodszych lat ścierały się dwie frakcje, nie do pogodzenia: strach przed boskim gniewem i miłość do rock and rolla, muzyki wolności. Ze strachu niemal porzucił grania i został pastorem, ale muzyka wygrała. Gdy zaczął grać kościelne pieśni do rytmu boogie-woogie, został wyproszony ze wspólnoty.

Wychowany w obawie przed ogniem piekielnym i potępieniem wiecznym nie potrafił oprzeć się diabelskiej muzyce. Gdy skończył 20 lat przyjechał do Memphis, usiadł w fotelu poczekalni w wytwórni Sun i oświadczył, że nigdzie się nie ruszy dopóki Sam Philips, szef wytwórni i legendarny producent, go nie posłucha. W 1958 roku był już międzynarodową sensacją, idolem nastolatków.

Z tej pozycji strąciła go prasa i amerykańskie społeczeństwo, potępiające muzyka za małżeństwo z kuzynką i za rzekomą wulgarność jego piosenek. Zarabiający niedawno 10 tysięcy za występ Lewis musiał zadowolić się, jeśli ktoś chciał mu zapłacić 200. Zbawienie przyszło dopiero w latach 60., wraz z rosnącą popularnością muzyki country. Jerry Lee Lewis porzucił hulaszcze życie, diabelską muzykę i śpiewał ballady o miłości i wierze.

Na zawsze stał się jednak symbolem utraconego "dzikiego" rock and rolla. Jego okresu pierwotnego, najszczerszego, zanim rynek zalały produkty wielkich firm płytowych, w rodzaju Frankiego Avalona czy Fabiana – zanim rock and roll stał się dochodowym interesem.

Życie i muzyka Lewisa okazały się również wdzięcznym materiałem filmowym – w 1989 roku Jim McBride nakręcił "Wielkie kule ognia", z Dennisem Quaidem w roli kontrowersyjnego muzyka i Winoną Ryder w roli Myry Brown.

Książka "Jerry'ego Lee Lewisa opowieść o własnym życiu" Ricka Bragga ukazała się w "Serii amerykańskiej" wydawnictwa Czarne.