Twoja nowa płyta "Bang!" ukazuje się aż siedem lat po poprzedniej. W muzyce to niemal cała epoka.

Reni Jusis: Prawda, mamy teraz trochę inne czasy niż wtedy, gdy ukazał się mój poprzedni krążek, nowe media, nowe technologie. Przez ten cały czas obserwowałam z boku nasz rynek muzyczny i to nie jest tak, że wracam z nicnierobienia. Czas między płytami minął mi bardzo szybko, wcale się nie nudziłam. Głównie wypełniły mi go opieka nad dziećmi i działalność proekologiczna. Obiecuję, że następną płytę nagram szybciej.

Bardzo się zmieniłaś przez ten czas?

Na pewno zmieniły się mój sposób pracy i podejście do pracy w zespole. Wcześniej nie dopuszczałam nawet możliwości takiej współpracy jak na "Bang!", byłam dość despotyczna. Trochę wzięło się to stąd, że wyrastałam w środowisku akademii muzycznej, gdzie panuje dyscyplina, i to mnie na pewno w dużej mierze ukształtowało. Opowiadający o stresogennej nauce w szkole muzycznej film "Whiplash" jest mi bardzo bliski. Podczas powstawania moich poprzednich płyt było dużo stresujących sytuacji. To mogło być nie do zniesienia dla innych, choć wydawało mi się, że byłam po prostu bezkompromisowa. Miałam przeświadczenie, że ma być tak, jak ja chcę, albo wcale. Na szczęście ostatnie siedem lat nauczyło mnie innej pracy z ludźmi. Byłam introwertyczką, teraz się otworzyłam. Na pewno pomogła w tym bardzo przeprowadzka nad morze. Tam poczułam potrzebę kontaktu z innymi, aktywizowania się w małej społeczności, wyszłam do ludzi.

Po tym jak niespodziewanie ogłosiłaś, że wydajesz nowy krążek, nie usłyszałaś: "Po co w ogóle 40-letnia ekomama chce jeszcze uprawiać muzykę klubową"?

Nie, ale czy jest jakiś limit wiekowy na uprawianie jakichś gatunków muzycznych? Mam tyle lat i taka mnie interesuje muzyka, choć nazywanie jej klubową jest uproszczeniem, bo to gatunkowy miszmasz. Zawsze byłoby się do czego przyczepić. Jakbym nagrała coś z orkiestrą smyczkową, też ktoś mógłby to skrytykować. Może przed laty bym się tym przejmowała, dziś już nie robi to na mnie wrażenia. Robię swoje.

Zaskoczyłaś płytą fanów, ale chyba samą siebie również?

W pewnym sensie tak, materiał został nagrany nadspodziewanie szybko. Zupełnie inaczej niż poprzednie. Bezpośrednim bodźcem było spotkanie z trójmiejskim producentem, który tworzy pod pseudonimem Stendek. Przyprowadził go mój perkusista i powiedział, że ma przeczucie, że jego muzyka może mi się spodobać. Faktycznie, od razu znaleźliśmy wspólny język i zaczęliśmy pracę. Jest bardzo wyciszonym, skromnym chłopakiem, skończył malarstwo na ASP. Mamy wspólne fascynacje, słuchamy sporo elektroniki i hip-hopu. Brakowało mi takiego nieekspansywnego podejścia w muzyce. Ta współpraca była odświeżająca. Wcześniej było mi trudno zachować dystans do tego, co robię. Potrafiłam przez rok pracować nad jakimś materiałem, a potem i tak wrzucić go do kosza, bo byłam nie do końca zadowolona, bo się zdezaktualizował.

Na "Bang!" poruszasz bardzo aktualne problemy i tematy.

Chodziło mi o osobistą wypowiedź na tematy, które teraz mnie dotyczą. Sytuacja młodych matek, eksploatacja planety oraz wyartykułowanie czegoś w rodzaju manifestu antykonsumpcyjnego. Najpierw powstała piosenka "Zostaw wiadomość". To dla mnie ważna wypowiedź o tym, jak staram się chronić przed natłokiem hałasu, chaosu i dezinformacji. Praca nad tym pierwszym kawałkiem była bardzo wyczerpująca emocjonalnie i nie zapowiadała spokojnego przejścia przez "Bang!". Bardzo chciałam się w tej piosence wykrzyczeć. Po tym utworze prace nabrały tempa i wpadliśmy w swoisty rytm.

To był najtrudniejszy moment procesu nagrywania tej płyty, twojego powrotu?

Tak, przełomowy moment, potem już poszło z górki. Pomogło nam to, że w przeciwieństwie do poprzednich albumów, w tym wypadku nie czułam presji związanej z kontraktem, oczekiwaniami. Przez te lata byłam na tyle cicho, że wszyscy myśleli, że zahibernowałam się jako artystka. Ze Stendkiem nagrywaliśmy płytę w tajemnicy i nie do końca wiedzieliśmy, co z tego wyjdzie. Oparliśmy ją na spontaniczności i entuzjazmie. Zakładałam, że praca nad nią potrwa dużo dłużej. Kiedy jednak szybko powstało kilkanaście utworów, przyszedł taki dzień, gdy zaproponowałam: "Może byśmy wybrali dziesięć piosenek i to wydali?". Stendek był zaskoczony, chciał pracować dalej (śmiech). Ciężko nam było skończyć tę płytę, moglibyśmy tak pracować w nieskończoność. Potem pojawił się problem z tytułem płyty. Długo nie mogłam znaleźć wspólnego mianownika, aż pewnego razu spojrzałam na plik na komputerze, na którym zbierałam muzyczne pomysły. Nazywał się "Bang!".

Sporo eksperymentujesz na tym albumie ze swoim wokalem.

Bardzo chciałam się nim pobawić, bo zależało mi, żeby płyta była zróżnicowana. Znudziłby mnie jeden klimat. Raz skręcaliśmy w bardziej popową stronę, innym razem w dubstep. Raz przerobiliśmy mój głos na ciężki męski wokal, zresztą zawsze chciałam brzmieć jak stukilogramowy, czarnoskóry raper (śmiech), innym razem wykorzystaliśmy próbkę nagraną w domu pod kołdrą, bo emocji z demówki nie dało się w pełni odtworzyć w studio. Wokal nagrany do laptopa, bez mikrofonu słychać w numerze "Kęs", który powstał zresztą z połączenia dwóch utworów. Nie baliśmy się eksperymentować. Chciałam, żeby ta płyta była niespodzianką dla mojej publiczności, ale też nią potrząsnęła. Sprowokowała do dyskusji na tematy dla mnie ważne. Ciekawe, że zaczynając, mieliśmy plan, żeby utwory były szybkie i agresywne. Żadnych wolnych temp, romantycznych zagrywek. W dwóch utworach jednak poszliśmy w łagodniejszą stronę. Ale na początku miałam ochotę się wykrzyczeć. Dlatego teksty są po polsku, by miały większą siłę i ekspresję.

Jak pracowaliście nad tekstami?

Zaczynałam od tego, że opisywałam w formie esejów historie, które chciałam opowiedzieć, albo tematy, problemy, jakie chciałam poruszyć. Innym razem wklejałam w opowiadanie fotografie, by przypominały scenariusze teledysków, tak by jak najlepiej oddać klimat historii. Takie rozbudowane formy pokazywałam moim kolegom zaproszonym do projektu, którzy odnosili się do tych historii po swojemu i co ważne, mieli do nich dystans. Bez problemu wiedzieli, co powinniśmy z tych opowieści wyrzucić, i po jakimś czasie pokazywali mi swoje wersje i powstawały niezliczone ilości demówek, tak do skutku.

Domowe studio dzielisz z mężem, muzykiem Tomkiem Makowieckim. Puszczacie sobie własne pomysły na kompozycje, oceniacie je?

Nie, pracujemy osobno. Oboje jesteśmy bardzo silnymi jednostkami. Gdybyśmy słuchali utworów w trakcie tworzenia, siłą rzeczy byśmy na siebie oddziaływali i nierzadko się spierali. Trochę inaczej myślimy o muzyce, więc zazwyczaj prezentujemy sobie gotowe pomysły. Dzielimy za to w domu pasję zbierania instrumentów i płyt winylowych.

Na płytę zaprosiłaś Kubę Karasia z The Dumplings, to twój ukłon w stronę młodego pokolenia muzyków zajmujących się nad Wisłą elektroniką?

Kubę poznałam na koncercie The Dumplings rok temu w Sopocie. Podczas koncertu po raz pierwszy zaczął remiksować ich kawałki na żywo i spodobało mi się, jak bawi się klubowymi brzmieniami. Poznaliśmy się i okazało się, że słuchamy podobnych rzeczy. Kiedy następnym razem odwiedził Trójmiasto, w czasie festiwalu Open'er, postanowiliśmy wspólnie poimprowizować w moim studiu, z czego powstało kilka utworów. To, co udało nam się doprowadzić do końca, wydawało mi się na tyle interesujące, że postanowiłam dołączyć nasze wspólne kawałki do płyty.

Na ile Trójmiasto wpływa dziś na twoją muzykę? Morski klimat odcisnął się chociażby w tytule jednej z piosenek, "Sztorm".

Wcześniej się śmiałam, jak ktoś wychwalał tylko swoją, miejscową scenę, czy to krakowską, czy trójmiejską. Poczułam jednak, że coś w tym jest. Teraz mam ochotę pracować z ludźmi z Trójmiasta, a do Warszawy czasami wpadać na imprezę do znajomych. Szybko jednak wracam nad morze. Tu życie toczy się wolniej. Podoba mi się też, że moi nowi znajomi z Trójmiasta niespecjalnie znają mnie jako muzyka. Pewnie „Bang!” ich trochę zaskoczy.

Co dzisiaj ci najbardziej przeszkadza w muzyce, a co sobie cenisz jako artystka?

Na pewno doceniam komfort pracy, to, że mogę tworzyć w domu, w wytyczonym przeze mnie czasie. Bardzo rozbudował się rynek koncertowy, jest dużo ciekawszy niż kilkanaście lat temu. O wielu bardzo interesujących projektach nie słychać w telewizji czy radiu, ale też tym twórcom to nie przeszkadza, znajdują swoich fanów w sieci, potrafią wypełnić wielkie sale koncertowe. Również mam wrażenie, że mamy powrót do piosenek z polskim tekstem. Ogromne wrażenie zrobił na mnie chociażby Artur Rojek. Kiedy po raz pierwszy posłuchałam jego "Beksy", byłam bardzo poruszona, słysząc tak osobiste wyznania. Dla mnie język polski podkreśla dodatkowo emocje w piosenkach. Z drugiej strony nie jestem osobą, która łatwo chłonie nowości. Mam tak, że jak coś mi wejdzie do głowy, to potrafię to maglować pasjami. Ciężko jest mi porzucić coś, w czym się zanurzę. Tak miałam chociażby z płytą Kanye Westa "Yeezus" albo z krążkiem War On Drugs. Nie mogłam się z nich wyzwolić, bo podchodzę do muzyki bardzo emocjonalnie. Z kolei to, czego mi dzisiaj brakuje w muzyce, to różnice dynamiczne. Dziś wszystko jest jednym wielkim pasmem hałasu. Inaczej jak pójdziesz do filharmonii. Usłyszysz fortissimo, to podskoczysz, a jak instrument będzie grał temat solo piano, to będziesz musiał wytężać słuch. Niestety nie ma na to miejsca w radiu, zagłusza nas hałas, tak jak w mieście. Wszystko jest skompresowane. Koncerty są takim miejscem, kiedy te dynamiczne różnice można przeżywać, bo we współczesnej muzyce jest na nie coraz mniej miejsca.

Zawsze przywiązywałaś uwagę do wizualnego aspektu twoich koncertów, zdjęć, teledysków. Nie inaczej jest przy "Bang!".

Myśląc o muzyce, myślę również obrazami. Gdy jadę samochodem i słucham muzyki, to wyświetla mi się film złożony z obrazów, które widzę po drodze. Dosłownie sam tworzy się teledysk. Przyznam się, że mam tak od dzieciństwa. Zresztą mówi się, że żyjemy w czasach kultury obrazkowej. Jedni twierdzą, że ona ogłupia, inni, że kształci. Ja myślę, że może być bardzo inspirująca i pomocna w wyrażaniu emocji.