Czytając, z jaką ekscytacją wypowiadacie się o nowej płycie "Błysk", i oglądając filmiki na waszym Facebooku, w których dziękujecie fanom za kolejne koncerty, można odnieść wrażenie, że jesteście w najlepszym okresie dla zespołu. Nie widać po was wypalenia ponad 20 latami wspólnego grania. Co jest dzisiaj największą siłą Hey i co pozwala wam wciąż z takim zapałem zasiadać w studiu?
Katarzyna Nosowska: Myślę, że mamy wielkie szczęście należeć do grupy osób łączących pracę z wielką pasją. Wyczekujemy z niecierpliwością momentów, kiedy jesteśmy gotowi rozpocząć proces twórczy. Bardzo się lubimy, tworzymy niemal rodzinę. Jeśli chodzi o zmiany, to raczej odnotowujemy te na plus. Czas wpływa negatywnie chyba tylko na kondycję (śmiech).

Jak od strony muzycznej wyglądało nagrywanie tej płyty? Mieliście określony cel, np. bardziej piosenki, mniej elektroniki? A może was zaskoczyła finalna stylistyka płyty?
K.N.: Bardzo nalegałam na piosenki, unikanie zbędnego komplikowania form.
Paweł Krawczyk: Tak, zdecydowanie chcieliśmy odejść od brzmienia zapoczątkowanego na płycie "Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!", a kontynuowanego na poprzednim albumie. Oczywiście w ramach naszych możliwości czy też precyzyjniej, na miarę estetycznych przekonań. Z pewnością dużą wagę przywiązywaliśmy do komunikatywności czy wręcz pewnej prostoty nowych piosenek. Z kolei końcowy efekt zawsze jest pewną niewiadomą, co jest bardzo ekscytujące.

Zdarzył się, podczas nagrywania tej płyty, taki moment, w którym padły w studiu słowa w stylu: "Bo ja wiem, to chyba do Hey nie pasuje"? Macie jakąś granicę, której muzycznie w zespole nie chcecie z jakichś względów przekraczać?
P.K.: Myślę, że jedyną granicą, jakiej nigdy nie przekroczymy, jest nagranie czegoś niezgodnego z naszym artystycznym sumieniem. Po nagraniu wspomnianej wcześniej "MURP" wiele osób odwróciło się od nas, nie będąc gotowym lub chętnym na tego rodzaju propozycję. Czy przekroczyliśmy wtedy jakąś granicę? Nie sądzę.
K.N.: Lęk przed przekraczaniem granic w sztuce jest wielce niepożądany, a wolność artystyczna niezbywalna.

W znakomitym numerze "Hej Hej Hej" sporo jest zabawy dźwiękami, szczególnie w pierwszej części. Na ile bawiliście się w nim improwizacją, dawaliście upust tej zabawie, zamiast pracowania stricte nad harmonią, melodią?
P.K.: Podczas nagrywania "Błysku" było wiele momentów "artystycznych uniesień". Rzeczywiście w trakcie rejestracji tej piosenki pozwoliliśmy sobie na popuszczenie wodzy. Naturalnie nie wszystko, czy wręcz niewiele, zostało w finalnej wersji. Często pozwalamy sobie na tego typu zabieg: "Nagrywajmy jak leci, najwyżej się wytnie". I często się "wycina" (śmiech).

Kilka tekstów, albo ich fragmentów, jest na "Błysku" mało optymistycznych. Co najbardziej determinowało teksty na płytę, co miało na nie największy wpływ?
K.N.: Mam głębokie przekonanie, że teksty na tej płycie, nawet jeśli w niektórych momentach zahaczają o zacienioną strefę, to już w refrenie szybują ku słońcu. Może trudno określić je mianem wesołych, ale na pewno są pełne dystansu do rzeczywistości, a nawet dodają otuchy w zmaganiu się z nią.

Trudno jest wielu z nas dopuścić do głowy myśl, że jesteśmy – nawiązując to tekstu piosenki "Prędko, prędzej" – tylko pstryknięciem w historii świata. Kiedy ty, Katarzyno, to poczułaś? Z jednej strony to mało ciekawa dla nas wizja, ale też pewnie jej uświadomienie sobie może wyzwolić i zrzucić pewien ciężar.
K.N.: Czterdziestka. To absolutnie wspaniały moment. Człowiek pozbywa się ostatecznie obciążających złudzeń i może wreszcie, z szacunkiem i prawdziwym zachwytem podejść do czasu, który jeszcze pozostał. To, że jesteśmy pstryknięciem, jest faktem, a na fakty nie można się obrażać. Fajnie jest dzięki takiej refleksji zacząć traktować z odpowiedzialnością każdą kolejną minutę.

Jaki był najtrudniejszy moment w pracy nad "Błyskiem"?
K.N.: Dla mnie trudny był pierwszy dzień nagrań. Tego dnia świat obiegła informacja o przejściu na drugą stronę Davida Bowiego. Byłam smutna i jeszcze bardziej poczułam, że kiedyś i nam przyjdzie zdobyć tę sprawność "odchodzącego".
P.K.: Był taki moment, kiedy próbowaliśmy pracować z innym/nowym producentem (ostatecznie produkcją płyty zajął się Marcin Bors). Doszliśmy po pewnym czasie do sytuacji, kiedy obustronnie uznaliśmy, że chleba z tej mąki nie będzie. Były to dla mnie szczególnie trudne chwile. To jest naprawdę znakomity facet na wielu poziomach i fatalnie czułem się, kończąc współpracę.

Jakie macie oczekiwania związane z tą płytą, co chcielibyście nią osiągnąć?
K.N.: Nie chcę nią udowadniać niczego. Marzę o tym, by znalazła chętne uszy. Im więcej, tym piękniej. Żeby była przydatna.

Gdybyś, Pawle, miał opisać Katarzynę jakimś tytułem piosenki z "Błysku", co byś wybrał?
P.K.: Całe szczęście, że tym razem Kasia nadała piosenkom zdecydowanie prostsze tytuły. W takim razie postawię na "Ku słońcu". Po pierwsze to najpiękniejszy tytuł, a poza tym Katarzyna ma ten dar, który pozwala wyciągać jej wiele osób, w tym i mnie, z najmroczniejszych zakamarków ku światłu.

Czegoś wam brakuje z lat, kiedy zaczynaliście grać? Oczywiście łatwo powiedzieć, że na przykład punk rock nie ma dziś wiele do zaoferowania i nie ma się przeciw czemu buntować, ale z drugiej strony tacy muzycy jak Iggy Pop wciąż potrafią nagrywać doskonałe płyty.
K.N.: Punk rock ma się świetnie, a powodów do buntu jest obecnie niezliczona ilość. Rzeczywiście zasmuca fakt odwrotu w mediach od prezentowania muzyki bardziej wymagającej. Dziwi konieczność przeprowadzania badań, w których tego typu propozycje nie przechodzą. Ludzie doświadczają tak ogromnej ilości bodźców, że w szybkim tempie ulegają znieczuleniu. Dotyczy to wszelkich sfer, nie tylko muzyki.

Jak dzisiaj oceniacie naszą scenę muzyczną? Ewidentnie polscy artyści mają teraz dobry czas.
K.N.: Znakomty czas, wiele się dzieje. Ewidentnie doszło do zmiany warty. To naturalne i świetne.
P.K.: Rzeczywiście w ciągu ostatnich kilku lat pojawiło się na naszym rynku wielu nowych, interesujących artystów. Szkoda jedynie, że tak naprawdę niewielu to dostrzega. Poza radiową Trójką nadal zbyt mało stacji ma chęć grać polską muzykę w satysfakcjonującym wymiarze.

Macie jakiś pomysł na to, gdzie będzie zespół Hey za 10 lat?
P.K.: Mogę jedynie powiedzieć, czego bym sobie życzył. Otóż bardzo zależy mi na zintensyfikowaniu naszej działalności wydawniczej. Jedna płyta z premierowym materiałem raz na 3,5 roku to zdecydowanie za mało. Czuję, że mamy jeszcze wiele do powiedzenia.
K.N.: Byle zdrowie było. Apetyt na tworzenie – cały czas wilczy (śmiech). Tworzenie założeń było nam zawsze obce. Działamy spontanicznie, nie na siłę. Cudownie byłoby trwać za 10 lat.