Marcin Cichoński: Płyta zaczyna się nagraniem „Rap weteran”. Czy kiedy zaczynałeś, wyobrażałeś sobie, że dojdziesz do takiego momentu, że będziesz rapował o tym, że dochodzisz do czterdziestki? I że w ogóle będziesz wtedy jeszcze rapował?

Peja: Ni chuja. Kiedy jest się młodym, to nie myśli się o starości. Naturalnym stanem rzeczy było to, że skupiałem się na moich potrzebach - nastoletniego gnoja, który właśnie założył zespół, i to wszystko.

A te potrzeby to wtedy była muzyka, zabawa…?

Ale też potrzeby pierwszego rzędu - jedzenie, dach nad głową. I jakieś tam duchowe rzeczy, potrzeba akceptacji, samoakceptacji. Marzenia, plany, ambicje. I wyjście z tego narożnika, potocznie nazywanego rynsztokiem, który mnie ukształtował.

Wiesz, co dla warszawiaków znaczy miejsce, w którym się spotykamy? (siedziba Fonografiki, wydawcy płyty, mieści się w warszawskim „trójkącie bermudzkim” tuż obok słynnej ulicy Stalowej - przyp. red.)

Tak, wiem - tradycja!

Jak się tu czujesz? To jest twoje miejsce czy chcesz stąd uciekać?

Nie chcę - to jest mój dom. Oczywiście odczuwam różnicę, ale nigdy dyskomfort. Jak widzisz na ulicy smutnych ludzi, biedę, nędzę - to nie jest to ciekawe. Kiedy byłem małolatem, miałem czternaście lat, zagadnąłem turystę ze Stanów w tramwaju. Mówię mu podekscytowany „Nowy Jork to Bronx itd”. Odpowiedział mi: „nie chłopcze, bieda nie jest ciekawa”. Był białym facetem w średnim wieku, a ja zastanawiałem się „o czym on pierdoli!”. Zrozumiałem to, gdy awansowałem społecznie, materialnie, artystycznie. I zobaczyłem coś więcej niż rynsztok i moją dzielnicę. Zacząłem wyjeżdżać z kraju, a wcześniej wyjeżdżać z miasta. Za dzieciaka poznawać góry, lasy, pojechać nad morze. Przeżyć coś, jak normalni ludzie. Teraz obserwuję tych małolatów, którzy nigdzie nie wyjeżdżają. Chodzą od bramy do bramy - prześwit, klatka… Oczywiście wiadomo, każdy ma różne możliwości i różne wybory - ale dopiero z czasem to zrozumiałem. Bo kiedy człowiek łapie dojrzałość, jest bardziej zdystansowany do różnych rzeczy: do tego co robi, do tego kim jest, do tego jak się definiuje. W związku z tym zauważam potem różne rzeczy w różnym świetle.

Oczywiście Praga, Jeżyce - takie dzielnice mają swój niezaprzeczalny urok i zawsze będą bliskie sercu ludzi, którzy się stąd wywodzą. Te miejsca ukształtowały ich wrażliwość i dały im lokalne follow up w postaci popularności, dzięki której mogli zaistnieć w popkulturze. Mówię to też o sobie - sentyment jest straszny i nie ma takiej siły, która sprawi, by wyrwać mi Jeżyce z serca. Ale takiej rzeczywistości, jaką ja miałem, nie chciałbym dla moich dzieci.

Dlatego też będą się chować gdzie indziej - ale oczywiście odwiedzamy dzielnicę. I też oczywiście - córka rodziła się przy Raszei (Szpital Miejski w Poznaniu, na Jeżycach - przypisek redakcji) i wraca z tatą na dzielnicę. I to jest powrót zawsze udany, powrót króla, można powiedzieć (śmiech).

Takie powroty nie zawsze są fajne. Dorastałem w mocno robotniczej dzielnicy Radomia, na XV-leciu…

To był pewnie hardkor. I jakaś fabryka, która padła?

Na przełomie lat 80. i 90. połowa osiedla pracowała w padających zakładach Łucznik, które produkowały maszyny do szycia i karabiny maszynowe..

Gorzoła, delegacje, hotele robotnicze… ?

Tak, i dragi, które nie wiadomo kiedy się pojawiły… A dlaczego o tym mówię - pamiętam to niesmaczne uczucie, kiedy zobaczyłem, jak niektórym moim ziomkom nie w smak było to, że mi się udaje stamtąd zwiać i coś robić w miarę fajnego, zajmować się muzyką…. Ty mówisz o powrocie króla - ta zazdrość, zawiść, spojrzenia nienawistne już się rozeszła po kościach?

U mnie na dzielnicy tego nie było. Jestem jednym z nich i nigdy - przysięgam - nigdy w życiu nie spotkałem się z tego typu gównem. Zresztą rzadko miałem sytuacje - face to face - gdziekolwiek na świecie w mojej tzw. karierze, żeby ktoś nieprzychylnie chciał mi coś powiedzieć. Tego w ogóle nie ma. Ten hejt to jest tylko domena Internetu. Na żywo sytuacje są miłe - ludzie się uśmiechają, mówią miłe rzeczy, wymieniają uściski dłoni. Mówią „Peja szacunek”, kiwają głowami, robią zdjęcia. A jak tak czasem przelecę po komentarzach, to sobie myślę: „powiedz mi szczerze - gdzie się podziewasz, pierdolony hejterze”. Bo naprawdę nie mam z tym żadnej styczności na żywo.

U mnie zazdrości i zawiści nie było - były pojedyncze przypadki, ale wynikały one bardziej z elementarnego braku umiejętności odczytania sytuacji, w której ktoś się znalazł. I niekoniecznie odnalazł. Na przykład: robiłem coś z kolesiem, ale nasze drogi się rozeszły, bo on z tego zrezygnował i co innego przyjmuje jako swoją rzeczywistość, a ja dalej robię to, co robiłem. I kiedy spotykamy się po latach, trudno się nam gada, ale ze względu na stare czasy potrafimy jednak ze sobą porozmawiać i uścisnąć dłonie.

Nikt nie może mnie za to, co robię, winić. Każdy odpowiada za swoje. Nie wszystkie wybory są właściwe - również te moje. Ale ja nie chciałem być osiedlowym statystą, jak to drzewo czy śmietnik albo ci kolesie pod sklepem w moim wieku, którzy wyglądają jak dziadkowie.

Miałem dobrą szkołę w domu. Wiedziałem, czego nie robić, a i tak nie ustrzegłem się błędów. Moi rodzice nie żyją od lat. Musiałem sobie radzić sam, szybko dojrzeć, być dorosły jako dziecko. Też dlatego często zachowywałem się w dorosłym życiu jak dzieciak. Nie ominęło mnie uzależnienie od alkoholu, jestem DDA (dorosłe dziecko alkoholików - przyp. red.), jak widać w tytule płyty. Ale bilans zysków i strat jest na plus. Wszystko, co mnie teraz spotyka w trzeźwym życiu, ma swoje plusy i minusy - jestem w mainstreamie: koncerty, OLISy (OLIS - oficjalna lista sprzedaży płyt - przyp. red.), złota, platyny plus to, co złe, czyli hejt, krytyka, ocena, wygórowane oczekiwania tzw. fanów - bo tak naprawdę nie wiadomo, kto jest kim… Wiele osób mówi: należało ci się, bo ciężko pracowałeś. Nie wiem, czy mi się należało, ale konsekwencji nie można mi odmówić. A bonusy to efekt uboczny wszystkiego, co robię, a nie osiąganie wyznaczonego celu. Nie planujesz sobie zrobienia kariery. Robisz coś z czystej pasji i tyle. DJ Zel, który ze mną zrobił tę płytę, działa od wielu lat, a my znamy się od trzynastu. To dopiero jego pierwsza legalna płyta. I wiemy, że artysta mainstreamowy i artysta podziemny mają dokładnie taką samą przelotkę jeśli chodzi o twórczość, takie samo podejście, gdy robią album. Zobacz: dziś nasze drogi krzyżują się, możemy robić płytę. A ci wszyscy, którzy mają plan i operują tekstami w rodzaju: „grupa docelowa”, „target”, „hit”... - dziś są, jutro ich nie będzie. I tak jest zawsze, obserwuję tę wymianę co trzy-pięć, nawet dziesięć lat. I są nowe mainstreamowe kurwa zespoły – popowe, etc… Trzęsą rynkiem i idą w pizdu. A ja jestem cały czas.

Nazywasz się artystą mainstreamowym, z czym nie mogę się zgodzić…

Bo wiesz, poruszam się po rynku mainstreamowym. Sprzedałem dużo płyt.

Nie jesteś "no name", wszyscy cię rozpoznają.

No tak.

Ale dla mnie mainstream to coś innego - to podporządkowanie się woli zgniłej większości.

No tak - jestem artystą niezależnym. Jeżeli w ogóle jestem artystą - nie wiem, czy powinienem się tak tytułować.

Dlaczego nie?

Różnie to można interpretować - nie raz w dobrym tonie jest być artystą, a raz nie. Bo wszystkich artystów wrzucają do jednego worka, a to czasem nie jest dobre. Zobacz - są konkursy na piosenkę, nagrody muzyczne, nagrody sprzedażowe. Jeśli chcesz działać na szeroko pojętym rynku muzycznym, musisz się godzić na porównania, na to, że wrzucą cię do jednego worka z sezonowym grajkiem albo ze starym rutyniarzem, który odgrzewa kotlety, nie nagrywa płyt od lat, tylko jedzie na starym fejmie, a ma dwadzieścia lat więcej niż ty. Czym jest muzyka offowa? Off to jest z nazwy, a zagranicą to też jest mainstream. U nas nie. I nie ma też szacunku. I dlatego jednym z prawdziwszych nurtów jest nadal disco polo, bo oni cały czas robią to wszystko z serducha (śmiech). A mainstream to wykorzystuje - patenty discopolowe przemyca do popkultury i robi na tym kasę. To jest nie fair - tak się śmiali z tego wszystkiego, a teraz co drugi grajek na mainstreamowym rapowym rynku jest zwykłym disco polowcem! Jeśli nie podrabianym! (śmiech) I trudno mi się zgodzić z tym, że (z tymi samymi artystami) robimy to samo. I trudno mi jest walczyć o nagrodę sprzedażową, być wrzucanym do tego samego kotła. Tym bardziej jeśli są też inne nurty - tzw. muzyka niezaangażowana, pop i częściowo też rock - ten, który jest o dupie Maryni: „ja cię kocham, a ty śpisz itd”. Nie ma teraz u nas prawdziwych rock’n’rollowych skurwysynów. Nie ma u nas odpowiednika Slipknota, Marilyna Mansona, ani Axla, który by rozpierdolił jakiegoś fotoreportera. Jest kilku niegrzecznych, ale oni piją Jacka, wciągają kokę i ruchają panienki. I robią swoje - nagrywają płyty i się uśmiechają, bo są na wysoko zawieszonym levelu - a tam nie ma już sensu rozrabiać, nie można sobie psuć biznesu. Czysty koniunkturalizm. I nie mogę się w tym wszystkim odnaleźć.

Wolę wtedy (Peja długo szuka w pamięci) … Margaret. Bo ona fajnie śpiewa, a ja nie muszę się wczuwać w to, czy ona jest prawdziwa, czy nie, na ile jest wystylizowana, wyfejkowana itd. A ktoś inny już mi się nie podoba, bo nie jest autentyczny, albo nie podoba mi się jego japa. A Margaret ma bardzo miłą twarz.

To, na co zwracasz uwagę, polega też na tym, że w Polsce muzyka z radia komercyjnego w większości się nie sprzedaje. A to, co jest na OLISie… Zobacz - sprzedajesz muzykę, a nie jesteś grany.

Tak robię jedynki czy tam dwójki OLIS, robię platyny i nie grają mnie. Bo „do prawdziwych ten świat nie należy” - jak kiedyś Zip nawinął (śmiech).

Lista gości na twej płycie jest naprawdę imponująca. Największym zaskoczeniem jest Michał Wiraszko, głos Much.

On ma potencjał na rozrabiakę. Zawsze go trochę przygaszam, bo jednak jestem większym rozrabiaką (śmiech).

On się pojawił w klimacie poznańskim? Klimacie autentyzmu? A może jedno i drugie?

Jedno i drugie. Wspólny szacunek, poznanie się, lokalny klimat, robienie wartościowych rzeczy. Muchy są moimi fanami - tak jakby - co było dla mnie rozpierdalające. Pojawiają się nagle na moim koncercie i mówią „cześć, jesteśmy Muchy i jaramy się tym, co robisz”. Wiraszko jak był dzieciakiem, jeździł z ojcem na moją dzielnicę, na Staszica, żeby sobie pooglądać grafy, przy których robiliśmy fotki do pierwszych płyt etc. Niezła faza. Ogólnie mnóstwo ludzi, naszych słuchaczy uprawia pielgrzymki na Jeżyce, robi foty w bramach, tam gdzie się chowaliśmy, bazgrzą po ścianach, zwiedzają te stare śmieci, to naprawdę niewiarygodne. Czasem myślę - jesteś starym dziadem, na którym wychowują się pokolenia. Nagle się okazuje, że pod wpływem tego, co robiłem za dzieciaka, inni chwytają za pałki, gitarę, perkusję i coś robią. I nagle - jak Muchy - robią płytę roku. Rozpierdalają na festiwalach i kiedy grają, nagle wciągają mnie na scenę. Grali jako support przed Faith No More i zrobiliśmy kawałek, w którym wychodzę na zwrotkę i freestyluję do utworu „Kurara”. To naprawdę fazowe klimaty jak dla mnie.

Jak się czułeś w takim środowisku? Koncert Faith No More - byłbym ostatnim, który by się ciebie tam spodziewał…

A zdziwiłbyś się. Jestem mocno określony, a tak naprawdę słucham każdej muzy i o każdej mogę z tobą porozmawiać. No niemal o każdej, bo nie mam czasu wszystkiego sprawdzać. Polski hip-hop to jest często kurde dziecinada, a rock’n’roll to już poważniejsza rzecz. Spójrz na koncerty – na takim Body Count kolesie podchodzą do ciebie z takim rock’n’rollowym dystansem. Mówią: „cześć Rychu, szacunek”. Nie skaczą ci na plecy, nawet jak są najebani. Potrafią się zachować - kontrolowany rausz, trzymanie fasonu. U nas trochę to wygląda inaczej. Zbyt dużo gimbazy, która krzyczy i histeryzuje.

Prawdziwy rock’n’roll też będzie zawsze esencją prawdy i przekazu. Sprawdzam bardzo dużo takich rzeczy i zawsze staram się zrobić coś poza hip hopem. Kiedyś chciałem zrobić z Peszkową numer - nie wyszło, z Maleńczukiem - nie wyszło. Potem był Dyjak - wyszło, a na tej płycie jest Wiraszko. Chciałem też zrobić na ten album kawałek z Joey’em Tempestem, ale byłem zbyt leniwy lub po prostu zabrakło czasu, żeby ruszyć temat. Ale taką mam jazdę – zrobić coś niekonwencjonalnego. Na poprzednim krążku miałem tez def core’owego wokalistę w utworze (a jakże) „Steven Adler”. Rockowe fazy są tak jakby punktem zwrotnym w mojej muzycznej podróży, dowodem dojrzałości… Wracając do Tempesta. Jako dzieciak szalałem przy „The Final Countdown”, mimo, iż klawisz w utworze tego typu… i to taki klawisz, jest uznawany za totalny obciach!!! Chuj z tym. Dziś Tempest to już starszy gość, trochę zbrzydł, ale pewnie to bez znaczenia, bo już nie musi tyle ruchać (śmiech). Nadal nagrywa i robi spoko rzeczy. Dlaczego nie miałbym realizować moich gówniarskich marzeń, skoro to również dzięki Europe chciałem biegać po scenie? Ogólnie jestem zajarany latami osiemdziesiątymi, dziewięćdziesiątymi, ostatnio myśleliśmy, żeby na klip ściągnąć Sabrinę. W zasadzie nie potrafię tego uzasadnić, ale często mam w głowie różne, nawet wariackie pomysły. Nie wszystkie realizuję i nie o wszystkich też mówię - bo ludzie kradną pomysły. Za chwilę może się okazać, że ktoś nagra numer z Europe (śmiech). Wracając do rocka - staram się być na bieżąco i też wracać. Ostatnio w powrotnej drodze słuchaliśmy Cannibal Corpse, starych albumów. Wiadomo, że to już jest ciężka jazda. Nie mam korzeni rockowych, ale wychowałem się z kolesiami w liceum, którzy słuchali rocka, metalu, death metalu. Ja słuchałem hip-hopu i wymienialiśmy się płytami, spostrzeżeniami na temat gatunków. Pamiętam premierę „Nevermind” Nirvany, wtedy słuchałem 2 Live Crew i N.W.A. Wychodziły też albumy Guns’N’Roses. I Axl Rose na koncercie wyjebał w czapeczce N.W.A. i nikt nie miał z tym problemu. Zważywszy na fakt, że wcześniej użył określenia „nigger” w jednym ze swoich kawałków, to były mocne zagrania. Niedługo wszyscy przypomną sobie Axla, podobnie jak N.W.A. Ale to w sumie dobrze. Może spełni się mój sen o powrocie lat dziewięćdziesiątych (śmiech). Dzieciaki się czegoś nauczą.

Nie jestem ciosany tylko z hip-hopu, bo sample w tej muzyce - wiadomo - są zewsząd. A ja wszystko musiałem sprawdzać. I pamiętam zaskoczenie - „ to jest James Brown? O kurwa, ale to koleś ten James Brown”. Potem weszło wszystko - Def Jam jak cięli Slayera, Anthrax w połączeniu z Public Enemy, Aerosmith i Run D.M.C.. I stąd pewnie pojawiły się u mnie takie numery jak z Glacą i Sweet Noise.. Ale łapię też jazdy na jazz. Głownie za sprawą Gang Starr’a i ATCQ. I leci na przykład cały dzień Coltrane albo Komeda…

Wymieniasz słowa klucze, coś co każdy powinien znać.

Nie… To ludzi nie interesuje. Zapomnij, że ludzie będą się jarać muzą. Te czasy już minęły bezpowrotnie. Została garstka melomanów, spotkasz ich na koncertach lub w mediach społecznościowych, na grupach tematycznych. Dziś dzieciaki słuchają trzydzieści sekund jakiegoś szmelcu i bach, leci następny utwór, za darmo w formacie mp3. Mają tego całe terabajty, ale nie przesłuchają tego nigdy w całości. Informacja? - im krótsza tym lepsza! Najlepiej, żeby wywiad lub wypowiedź, a co za tym idzie utwór, ograniczał się do liczby znaków Twitta lub w przypadku muzy - reklamy radiowej.

Zobacz - gadamy chwilę o fajnych rzeczach, więc się otworzyłem, to zupełnie inny wywiad niż poprzedni, bo możesz fajnie nawijać tylko z wymagającym rozmówcą. Często nie chce mi się produkować w wywiadach na potrzeby komentujących w postach, skoro imbecyl jeden z drugim nie rozróżnia podstawowych spraw. Zagrasz podobną nutę i już wszyscy mówią bez zrozumienia, że komuś tam zajebałeś beat. Rozumiesz? Beat! Nie mają pojęcia, czym jest sampel i z czego składa się beat. A nazywają się słuchaczami. Albo mówią, że ktoś komuś ukradł melodię lub sampel właśnie, bo zagrał daną partię na tym samym Hammondzie, na którym grał ktoś inny. Nie rozróżniają elementarnych rzeczy. Albo czytam, że słaby mastering - ktoś pisze po przesłuchaniu danego nagrania z internetu na słabych plastikowych głośnikach przyczepionych do komputera. Notabene nie ma pojęcia, czym jest mastering. Sam nie potrafię poprawnie tego zdefiniować, no może zwerbalizować (śmiech).

Co rusz to eksperci. Nie słuchają muzy, tylko ją oceniają. Niestety nie posiadają do tego żadnych kwalifikacji. Nie płacą nawet za muzykę. Staram się zrozumieć jeszcze tych, którzy płyty kupują, coś tam ponarzekają, że rozczarowanie itd. Niby mają do tego prawo, bo kupili, z takiego wychodzą założenia, więc spoko, rzeczywiście pasuje mi to – kupiłeś płytę – masz prawo głosu. Ogólnie lepiej pogadać o muzyce z kimś na żywo, niż próbować wnioskować, jaka jest twoja płyta, łącząc szczątkowe informacje z lawiny komentarzy.
Najwięcej zrozumienia dla czyjejś twórczości mają paradoksalnie inni twórcy. Dużo rzeczy jest dla nich oczywiste, bo znają to z autopsji. Dzieciak sprzed monitora tego nie skuma. Jeśli nie ma starszych kolegów, którzy wprowadzą go w świat muzyki, nie nauczą szacunku, nie ma szans, żeby potraktował to poważnie. Dzieciaki mają wyobrażenie na temat tego co muzycy robią, ale jakże często jest ono błędne. A to jest męskie, kurwa, granie - abstrahując od nazwy festiwalu. Tu są techniczni i kilogramy sprzętu. To są próby, trasy, ciężka harówa, również w studiu. To dyscyplina lub jej brak, to zaangażowanie, którego oni być może nie chcą nawet docenić. Muzycy czują to inaczej. Leciałem kiedyś na trasie do Hamburga i nagle wyprzedza nas wyjebany tir, z napisem SLAYER. Nosz kurwa! To było dla mnie spore przeżycie - poczułem się jak mały dzieciak na widok tego wozu z ich gratami, sceną, sprzętem – tym, co oni tam wożą. Poczytałem trochę o nich, mam kilka krążków, no jak nie darzyć tych kolesi szacunkiem? Ja jestem po prostu bardzo muzyczny. Kocham muzę i szanuję wszystkich, którzy robią ją tak, jak trzeba.

Było mi bardzo smutno, kiedy umarł Lemmy (Kilmister, muzyk Motörhead – przyp. red.). I nie patrzę na niego przez pryzmat tego, że ćpał, że pił, że dymał - chuj z tym, bo kto tego nie robił? Ważne, co zrobił w muzyce - to jest koleś, z którym chciałbym się zaprzyjaźnić, pogadać. To koleś, którego nie dało się nie lubić .To gość, przy którym James Hetfield grał jak ucieszony nastolatek, który właśnie dostał lizaka albo parę groszy od mamy na nową piłkę.

Wrócę do „Rap Weterana”. Stonesi zagrali właśnie na Kubie. A grają już 50 lat. Wyobrażasz to sobie?

Ni chuja, ale bardzo chciałbym. Dlatego przestałem pić, ćpać i od kilku lat żyję o wiele zdrowiej. Bo chcę być jak Mick Jagger (śmiech). Bo tylko tak, utrzymując formę, można w wieku 72 lat wciąż napierdalać. Tak naprawdę to Stonesi są weteranami. Ja jestem co najwyżej facetem w średnim wieku.

A o czym wtedy, za te trzydzieści lat od teraz, mówić światu?

Wow. Nie wiem. Wiesz, ostatnio oglądałem dokument, w którym był Gil Scott-Heron, który w latach 60. walił swoje czwórki acapella. On niedawno zmarł, a jeszcze w 2010 roku widziałem plakaty w Atenach, wiec grał do samego końca. Bo gość miał wciąż coś do powiedzenia.

Powiem ci, że już teraz czasem jest trudno o tematy. Ale właśnie rock’n’roll jest taką przepustnicą, w której można eksploatować wiele powracających tematów. Zobacz - ciągle jest na przykład o miłości. Aerosmith raz na parę lat pierdolną balladę i mają z czego żyć (śmiech). To tak jak u Bon Jovi. To lajtowy zespół, ale uwielbiam ich. Tak samo jak Gunsów i Nirvanę. Ale Poison już nie. Bo Gunsi każdy wywiad zaczynali od tego, że Poison to najchujowsza kapela na świecie (śmiech).

Utwór „Rap weteran” zrobiłem, by podkreślić nasz wiek, archetyp weterana. I pojawia się w tym nagraniu Wilku, prawdziwy weteran. Powiedziałem mu: „Wilku, jak się nie dograsz, to zostanie dwuzwrotkowy, bo ja nikogo innego nie zaproszę”. Próbuję się też trochę odżegnywać od tego weteraństwa - co ja jestem za weteran. Skoro ja dopiero we wrześniu skończę czterdzieści lat, to kim są w takim razie Ice-T, Too Short, ludzie, którzy zaczynali we wczesnych osiemdziesiątych i nadal wygarniają. A to przecież nie są najstarsi artyści, są tacy, co mają po 70 lat i mają szacunek u słuchaczy. A u nas gimbusy w wąskich spodenkach na snapczacikach robią sobie zdjęcia i mówią: „ty to spierdalaj, bo się skończyłeś”. Ciekawe, co będą mówić i gdzie będą za dwadzieścia lat. Ja mam 40 lat, jestem mężczyzną. Nie jesteś nim, jak masz 20 lat. Wtedy jesteś tylko młodym chłopcem. Nie jesteś dojrzały, jesteś jedynie pełnoletni. Nie masz predyspozycji do zaplanowania sobie życia. A to droga po omacku - tak jak na tej naszej okładce (śmiech).

Co poczułeś, kiedy usłyszałeś, jak Wodecki śpiewa twoje słowa - „Jest jedna rzecz”?

Przede wszystkim piękny warsztat. Wszyscy go kojarzą, bo „Pszczółka Maja” etc. ale on powiedział, że oprócz „Pszczółki” to był najtrudniejszy jego utwór do zrobienia. I zobacz - jak łatwo można go było włożyć do szufladki, tak na lata, a to przecież super gość, robi naprawdę nieszablonowe rzeczy. Tyle tylko, że jak zaistniejesz w świadomości masowego odbiorcy dzięki jednej rozdmuchanej rzeczy (u mnie to akurat „Głucha Noc”), to ten masowy odbiorca zapamięta tylko to, bo nie zada sobie trudu, żeby to zgłębiać. Tym zajmują się już konkretni słuchacze i chwała im za to. Nie udało mi się go poznać osobiście, bo wszystkie akcje promocyjne mnie ominęły - byłem zajęty swoją robotą. Cieszę się, że chłopaki z Alko (Alkopoligamii, wytwórni - przyp. red.) sięgnęli po mój utwór, ale przyznam, że z chęcią dałbym im inny.

…ale ten jest ikoną! I jest o czymś!

Jest o czymś, ale nie ma historii, a do takiego wykonu trzeba dać historię. Gdyby wzięli jakiś utwór z historią, to byłoby to, co zrobili inni goście na tej płycie. To jest numer o niuansach branży, o przebiciu się… zgadzając się na ten numer, uległem entuzjazmowi, dopiero później pomyślałem, że trzeba było po prostu zaproponować inny utwór.

Wodecki twierdził, że jemu to odpowiada, bo opowiada w nim też swoją historię.

Bo to (kariera muzyczna - przypisek redakcji) nie jest droga usłana różami. To, co potem masz, nie kapie od razu z nieba. Przeczytasz książki o Stonesach, Lennonie, zobaczysz - wszyscy mieli afery, narkotyki, obrazoburcze projekty. Wchodziło im na głowę FBI, Kościół, społeczeństwo - wszyscy najwięksi robili przewrót, wpierdalali mainstream i robili nowy porządek, a to nie była prosta droga. Każda dekada miała swoją rewolucję. Teraz półnagie wokalistki na instagramie siadają bez majtek i to nikogo nie rusza. A kiedyś jak Stonesi karmili waginę owocami, to była afera.

Twoje płyty, pierwsze wydania, na allegro chodzą po 200-300 złotych.

Nawet po 600. Ale młody człowiek nie musi wydawać takiej kasy, dlatego robię reedycje starszych tytułów, głownie tych, które poznikały z rynku, lub tych, które mają już 10-letnią historię. Wtedy mogę poprawić brzmienie, dodać bonusy i zrekonstruować okładkę, bo na przykład w oryginalnej wersji była nie za fajna. W tym roku też będą reedycje. We wrześniu mój pierwszy krążek z 1996 roku w końcu doczeka się okładki, dzięki wersji CD - 20 lat wcześniej oprócz kasety wydaliśmy limit 500 sztuk CD, ale nikt już nie zadbał, żeby zrobić do nich grafikę… I pod koniec roku zrobimy reedycję albumu „Szacunek ludzi ulicy”, bo mija akurat 10 lat od wydania. A jeśli pierwsze wydania płyt są tak licytowane, to świadczy, że idzie za tym jakaś historia. Robiąc te reedycje, mam sporo frajdy, to czas wspomnień i naprawdę spory sentyment.

Dwadzieścia lat temu ludzie mówili: jesteś pojebany, robisz West Coast, hahaha. A teraz chcą to robić wszyscy. Również ja – zamierzam powrócić do korzeni - bo płytą „DDA” żegnam się na jakiś czas z klasycznym brzmieniem i wracam po latach do konwencji West Coast z Brahem, producentem i raperem z Gdańska. Uwolni się inna stylistyka, inne flow, inna tematyka - letnia, imprezowa trochę, ale ze smakiem, cały czas w kanonie. Być może potem przyjdzie czas na płytę z żywymi instrumentami - żeby pograć na festiwalach, żeby Rychu Peja miał swoją Lolapalloozę w Polsce (śmiech). Na festiwal nie wezmą rapera z djem, ale jak masz band, to się przebijesz. Zobacz, kto gra festiwale: O.S.T.R., Bisz albo Mes. To rzeczy, które są na bardzo wysokim poziomie i one już zaczynają wychodzić poza hip-hop. Bo są jak zawsze trochę awangardowe i niekonwencjonalne. Bardzo ich szanuję, ale dla mnie ten rap już chyba zawsze będzie wychodził z bloków. Nawet jeśli nagram z żywymi. Musi być korzeń, musi być getto, musi być gramofon, musi być koksownik z ogniem (śmiech).

Teraz, jak widzę te wszystkie elektroniczne gówna, ten trap w polskim wykonaniu, czyli disco polo 2.0, to jest kurwa śmiech. Wiem, że lata 90. się skończyły, ale szanuję polskich raperów, którzy nie zmienili stylu, bo trendy czy coś. Czy Ice Cube zmienił styl nawijania? Q-Tip? Jak się ma swój styl, to się nawija tym samym własnym stylem. Mam zmienić swój styl, zacząć robić jakieś żenujące gówno, żeby się podobało gimbom? Spierdalaj!

psav