Marcin Cichoński: Co będzie twoim atutem, jakiej broni użyjesz podczas występu?

Michał Szpak: Jedyną bronią, której chcę użyć, jest mój głos. Nim chcę przekazać emocje. Wszystko inne w piosence, którą wykonuję, nie jest istotne. Emocje muszą być na pierwszym planie. To nagranie patetyczne, ono żadnego dodatkowego wsparcia nie potrzebuje - naprawdę.

Jak się przygotowywałeś?

Trening polegał na tym, że zaglądałem w głąb siebie, szukałem prawdziwego ja. Oczywiście od eliminacji krajowych nieustannie miałem lekcje ze swoim nauczycielem śpiewu. Ważne było też przygotowanie mentalne - wyciszenie, masaże, doprowadzenie do tego, by głos we właściwym momencie mógł zadziałać najlepiej, jak się tylko da.

Na co sam liczysz? Jakie są twoje oczekiwania?

Niczego nie oczekuję, nie zakładam, że muszę wygrać. Chcę "Color Of Your Life" wykonać najlepiej, jak się da. Tego, co się stanie w trakcie, nie jesteśmy w stanie do końca przewidzieć - ktoś może się rozchorować, kogoś może zjeść trema… Dla mnie to nieistotne. Ja muszę zaśpiewać najlepiej, jak to możliwe.

Są tacy, którzy twierdzą, że Eurowizję odbiera się przede wszystkim oczami, dopiero potem uszami.

Image jest istotny, ale po zejściu ze sceny w głowie zostaje tylko piosenka. Liczy się tylko to, czy numer nas poruszył, czy nie. Oczywiście - garderoba jest dla mnie bezwarunkowym obowiązkiem - muszę strojem sprawić sobie przyjemność. Muszę się w nim bardzo dobrze czuć.

Bardzo pogodnie, niemal z uśmiechem podchodzisz do głosów krytycznych, do osób, które nie do końca dobrze ci życzą.

Zauważyłem, że pojawiająca się krytyka jest coraz częściej przykrywana przez pozytywne komentarze. Że nie muszę się już włączać w dyskusję, bo mam swoich obrońców, innych komentujących, którzy stają za mną - nie muszę dodawać swoich pięciu groszy. Niektóre posty są zresztą śmieszne i zabawne, nawet gdy celują we mnie. Poza tym ja jestem człowiekiem, który zna swoją wartość - nikt nie jest w stanie podważyć tego, kim jestem, co robię i dla kogo to robię. Ja to po prostu wiem. I za każdym razem, kiedy wstawiam post na Facebooka albo rozmawiam z dziennikarzami, chcę przekazać maksymę "uwierz w siebie", bo to jest najważniejsza część egzystencji. Dopóki nie uwierzymy w siebie, dopóty nie będziemy w stanie spełnić marzeń, bo te się spełniają tylko wtedy, kiedy wiemy, czego od siebie chcemy.

W TVN kończy się właśnie show "Agent gwiazdy". Czy w trakcie jego realizacji było coś, co cię przeraziło? Osoba z lękiem wysokości pewnych zadań, które wykonywałeś ze śpiewem na ustach, by nie wykonała.

Nie, raczej nie. Bardziej towarzyszyła mi nieustanna ekscytacja, że mogę zrobić coś, czego jeszcze w życiu nie zrobiłem, że mogę przełamać kolejną barierę.

A ludzi się boisz? Na przykład silnych, umięśnionych facetów?

Nie, na pewno nie. Jedyne, co jest dla mnie niekomfortowe, to duże skupiska ludzi. Jestem trochę outsiderem. Potrzebuję mieć swój azyl, swoją oazę - np. kiedy wracam do domu i jestem sam. Nikt mi wtedy nie przeszkadza, mam też określoną grupę przyjaciół, do których zawsze mogę się zwrócić o pomoc. A kiedy wchodzę w duże skupiska ludzi, których zupełnie nie znam, to po prostu czuję się niekomfortowo.

Ale jednocześnie żyjesz z tych ludzi.

To odwrotna sytuacja - kiedy wychodzę na scenę, to ja daję coś z siebie. A daję przede wszystkim dobrą energię. Myślę, że ona jest ludziom bardzo potrzebna, bo często są depresyjni, narzekają na wszystko. Staram się im przekazywać, że mamy jedno życie i musimy każde wyzwanie brać na klatę, brać udział w różnych przygodach i nie bać się tego, co się stanie.

Zadawałeś sobie czasem pytanie, czy tu pasujesz?

Jeśli patrzymy na to narzekanie, to moja mentalność jest absolutnie niepolska. Ale ten kraj - Polska - w jakiś sposób zahartowuje człowieka. Z drugiej strony - mieszkam w Warszawie od 6 lat i to miasto daje wolność. Ja się tu bardzo dobrze czuję. Mieszkam w magicznym miejscu, którego za nic w świecie nie chcę opuścić, czyli na Placu Zbawiciela.

Przykre jest natomiast to, że ten kraj jest nieustannie niezadowolony. Jeśli ktoś szuka czegoś świeżego i to znajdzie, to zaraz spotka go fala hejtu. Nie mamy też szacunku do świata artystycznego.

Artyści przekonują nas do czegoś, co robią, a co być może obnaży nasze lęki, słabości i kompleksy. A my tego nie chcemy.

To jest frustrujące. Bywam w różnych krajach, na różnych festiwalach, koncertach. Zobacz, nie ma możliwości, by jakikolwiek polski artysta wjechał na Stadion Narodowy z koncertem i zapełnił widownię. By cała Polska przyszła tylko na jeden koncert. A wszędzie indziej ten rodzimy artysta ma przede wszystkim ogromną publikę w swoim państwie. My mamy zupełnie na odwrót. Większą publikę Behemoth ma poza granicami, niźli tutaj. No i dlaczego tak jest?

Może dlatego, że muzyka po fantastycznych latach 90., by nie wspominać tego co wcześniej, przestała być życiem tego kraju, treścią codzienności ludzi. Mieliśmy artystów, z którymi się utożsamialiśmy…

Bez wątpienia, ale te osobowości z Polski - na przykład Violetta Villas czy Czesław Niemen - choć ikony, które u części osób oczywiście budziły szacunek, dla innych były kompletnie niezrozumiałe. Żyliśmy w państwie komunistycznym, a wszyscy artyści, którzy mieli "zachodni sznyt", byli trochę równani z ziemią. Violetta Villas pomimo tego, że wygrała Opole, mimo tego że była największą divą, jaka kiedykolwiek istniała, i osiągnęła najwięcej - znów poza granicami Polski, pewnie gdyby nie to, że straciła paszport, byłaby wielką światową gwiazdą - to Polska ją po prostu zmiażdżyła. I to jest właśnie ta mentalność.

Czesław Niemen nie wiódł pod koniec jakiegoś niezwykłego życia artysty - był bardzo niedoceniony. Nie wiem, z czego to wynika, ale my tych ludzi, którzy mogliby być reprezentantami Polski w świecie, doprowadzamy do skrajnych emocji, które wyczerpują i nie pozwalają na rozwinięcie skrzydeł. Bo kiedy artysta nie dostaje energii, którą wysyła, to niestety - to jest źródło, które się wyczerpuje.

Ja się podniosłem trochę jak Feniks z popiołów, powróciłem po trzech latach z jakimś bagażem doświadczeń.

Nie narzekaj, płyta była bardzo oczekiwana!

Być może fani nie mogli się doczekać, ale w między czasie inni próbowali zrobić wiele, by mnie zniszczyć. Jak widać się nie dałem.

Michał, powiedz szczerze: chcesz jednak zagrać na nosie i za wszelką cenę wygrać, prawda?

Nie! Absolutnie nie traktuję tego ambicjonalnie - przynajmniej nie w tych kategoriach. Ten występ to jest krok do spełnienia swoich marzeń.

A co będzie, jak po czwartkowym półfinale będziesz musiał wrócić do Polski?

Nic nie będzie. dalej będę śpiewał i tworzył. I spełniał swe marzenia.