Gdy Brian Wilson po raz pierwszy puścił swoim kolegom z zespołu nagrania nowych piosenek, które przygotował, gdy pozostali członkowie The Beach Boys koncertowali w Azji, nikt nie był zadowolony. Muzycznych wizji Wilsona nie pojmowali ani oni, ani ich menedżer, Murray Wilson.

Nazywany pieszczotliwie "ojcem zespołu" faktyczny ojciec Briana od lat terroryzował nieśmiałego i niepewnego siebie syna, lidera zespołu, geniusza przerastającego pozostałych Beach Boysów. Ci chcieli tylko dalej śpiewać o plaży, samochodach, dziewczynach i surfowaniu. W końcu właśnie to przyniosło im sukces. Domagali się od Wilsona kolejnych przebojów.

"Pet Sounds" nie brzmiało znajomo, nie było obietnicą sukcesu. Przeciwnie – niosło ryzyko porażki. Wilson przygotował delikatne piosenki o miłości i zagubieniu w świecie, a także eteryczne utwory instrumentalne. Do nagrań wykorzystał zespół Wrecking Crew, grupę wybitnych muzyków sesyjnych. Użył także dzwona od roweru, puszki po coca-coli, basowej harmonijki, a nawet przyprowadził do studia psy, by zarejestrować ich szczekanie.

Wcześniej sukces przynosiły piosenki "California Girls" i "Surfin' USA". Do piosenek The Beach Boys tańczyli nastolatkowie na kalifornijskich plażach, choć żaden z członków zespołu nie bawił się na desce surfingowej. Brian Wilson – lider i kompozytor – nigdy nie należał do "plażowiczów".

Był najstarszy z trójki synów państwa Wilsonów. Od bardzo młodego wieku zdradzał oznaki nieprzeciętnego talentu muzycznego, stał się obiektem obsesji zaborczego i sadystycznego ojca. Utratę słuchu w jednym z uszu Briana najprawdopodobniej spowodowały "wychowawcze" uderzenia ojca.

Murray terroryzował chłopców, na siłę pchając ich w stronę muzyki. Jemu samemu się nie powiodło – jego kariera nigdy się nawet nie rozpoczęła, zabrakło talentu. Frustrację wyładowywał na Brianie – najstarszym i najbardziej wrażliwym. Zmuszał syna do publicznych występów, śpiewania w kościele. W domu Brian siadał przy wielkim fortepianie, stojącym w salonie domu Wilsonów, i wygrywał lekkie, wpadające w ucho melodyjki, traktując muzykę jako formę ucieczki.

Brian studiował harmonie wokalne grupy The Four Freshman i uczył śpiewu braci. Wkrótce założył zespół, do którego przyłączył brata Carla, kuzyna Mike'a Love'a i przyjaciela Ala Jardine'a. Murray ogłosił się opiekunem zespołu, przygotował morderczy grafik prób i nagrań. Przyniosły sukces. Spełniło się marzenie Murraya Wilsona.

Gdy w 1966 roku "ojciec Wilson" usiadł w fotelu, by wysłuchać nowych piosenek swojego syna, spodziewał się przebojów. Piosenek, które wygrywane będą w radiach, do których tańczyć będzie nastoletnia Ameryka. Zamiast tego usłyszał impresjonistyczne fantazje bez wyraźnej struktury. To nie były hity – "You Still Believe In Me", "Don't Talk", "I Just Wasn't Made For These Times" nie pasowały do formatu radiowego, wymagały skupienia i wsłuchania się.

Nawet "God Only Knows", którą Paul McCartney uznał za najlepszą piosenkę miłosną w historii, gdy została opublikowana, nie stała się przebojem, jakiego oczekiwał Murray. – Powiem tyle – na pewno nie przypomina to starego materiału – ocenił chłodno. Jego najstarszy syn nie był już zainteresowany pisaniem piosenek dla nastolatków, zajmowała go teraz prawdziwa sztuka.

Brian został sam ze swoimi piosenkami. Jego entuzjazmu i wizji nie podzielał ojciec, nie podzielali też koledzy z zespołu. Ci chcieli koncertować, cieszyć się sławą i podróżami do egzotycznych krajów. Byli wściekli i zdumieni, gdy Brian – ich lider, basista i wokalista – zakomunikował, że nie zamierza jechać w lukratywną trasę do Japonii. Zamiast tego został w Kalifornii i nagrał "Pet Sounds" z muzykami sesyjnymi. Żaden z Beach Boysów nie zagrał na albumie choćby nuty. Najbardziej wściekły był Mike Love, którego w muzyce najbardziej pociągała perspektywa sukcesu, pieniędzy i kobiet.

Fani uznali "Pet Sounds" za ekscentryzm Wilsona, który przemienił się z utalentowanego autora chwytliwych piosenek w geniusza, aranżera i kompozytora. Jego metody pracy, koncepcje produkcji muzycznej kopiowali w następnych latach niemal wszyscy muzycy rockowi.

On sam powoli popadał w szaleństwo. Cierpiał na schizofrenią, pogłębiającą się jeszcze wraz z jego eksperymentami z LSD. Gdy kolejne projekty zakończyły się porażkami, zamknął się w sypiali swojego domu i zniknął, choć Beach Boysi grali dalej, już bez niego. Słyszał głosy w głowie, które rozkazywały, by się zabił. Nad chorym Brianem "opiekę" roztoczył doktor Landy, stając się kolejną, po ojcu, siłą całkowicie kontrolującą Wilsona.

Dopiero na początku XXI wieku Brian Wilson odzyskał niezależność i opanował chorobę psychiczną. Obecnie jest w trasie koncertowej, związanej z 50-leciem nagrania "Pet Sounds" jego "opus magnum". Podczas występów wykonuje cały album – od pierwszej nuty "Wouldn't it Be Nice" po ostatnie dźwięki "Caroline No".