Marcin Cichoński: Jak to było zagrać w Niemczech, Kolonii, na imprezie Electronic Beats? Ponoć festiwale mamy na światowym poziomie, a mimo wszystko przeżyliście szok…
Natalia Nykiel:
Dla mnie to była nowa formuła. Festiwal Electronic Beats to impreza miejska, nie tak jak Open’er, gdzie jest jedna przestrzeń i kilka scen. Cała Kolonia była ogarnięta szałem festiwalowym, bo koncerty odbywały się w różnych klubach, na terenie całego miasta.

Jeśli natomiast chodzi o samą produkcję koncertu, spotkało nas bardzo pozytywne zaskoczenie, od wejścia do klubu na próbę spotkaliśmy się z ogromną chęcią pomocy w przygotowaniach. Niestety wciąż jeszcze w Polsce rzadko się zdarza, by ktoś podchodził sam z siebie i z takim zaangażowaniem chciał pomóc w kwestiach technicznych. Ta sytuacja z marszu sprawiła, że od rana pracowaliśmy w fantastycznej atmosferze.

Jak przyjęcie podczas samego koncertu?
Świetne, a nie ukrywam, że się delikatnie stresowaliśmy, bo praktycznie cały nasz materiał jest po polsku, a graliśmy dla ludzi stamtąd, festiwal jest nastawiony na ludzi z całej Europy, i co istotne praktycznie w ogóle nie było Polonii. Mieliśmy w głowie to, że będziemy grać dla ludzi w totalnie dla nich obcym języku, choć specjalnie na tę okazję przygotowaliśmy parę numerów po angielsku, w tym na przykład "Wilka". Ku naszemu zdumieniu przyszło bardzo dużo ludzi, klub był pełen i było widać po reakcjach, że ludzie byli bardzo ciekawi tego, co i jak gramy. Świetnie się bawili, praktycznie od pierwszych numerów cały klub tańczył. Gdy śpiewałam polski tekst, ludzie próbowali go ustami odtwarzać, więc język polski nie jest jakąś tam wielką barierą. Jesteśmy naprawdę bardzo zadowoleni.

Przypomniałaś mi czasy, kiedy byłem młody, nie znałem angielskiego, a ze słuchu chciałem z ukochanymi gwiazdami śpiewać.
Tak, chyba wszyscy tak mieliśmy (śmiech). Do tej pory zresztą jak tworzymy nowe kawałki, to pierwsza linia wokalna jaka powstaje, jest w tzw. języku norweskim. Niby jest to po angielsku, ale to tylko takie udawanie.

Wiele osób zadaje sobie pytanie, co tam ciekawego zdarzy się w Płocku, podczas festiwalu Audioriver. Bo dla wielu osób, które są fanami sceny, taka zapowiedź brzmi naprawdę grubo. Natalia Nykiel i Rysy w jednorazowej, specjalnie na tę okazję przygotowanej, jednorazowej kolaboracji…
Właśnie tak - wszystko będzie przygotowywane od nowa. Wyszliśmy z założenia, że zostawiamy cały nasz styl pracy jaki do tej pory mieliśmy i wszystkie założenia koncertowe, jakie mieliśmy - każdy z nas indywidualnie. Stawiamy na totalną rewolucję w naszej muzyce. Łączymy nasze składy - mój z żywymi bębnami, gitarą basową i instrumentami klawiszowymi łączymy ze składem Rys, który jest zwrócony bardziej w stronę sceny dj’skiej. Przearanżowujemy wszystko, co mamy. Postawiliśmy sobie jedno założenie: nie będzie żadnych kompromisów. Wkładamy w ten koncert dużo pracy i myślę, że efekt będzie naprawdę zaskakujący, nie możemy się doczekać 29 lipca!

U ciebie w ogóle tych kompromisów mało, a jednocześnie łączysz dwa światy. Po pierwsze grasz muzykę niszową, ale pojawiasz się też w tym samym cyklu reklam, co Robert Lewandowski. Jesteś grana w RMF, a jednocześnie mówisz o bezkompromisowym projekcie na niezależnym festiwalu. Trudno jest to połączyć?
Rzeczywiście jestem obecna w różnych światach, choć na początku się tego obawiałam. Kiedy nagrywałam płytę, wyobrażałam sobie, że polski świat muzyczny jest podzielony na komercyjny, mainstremowy oraz niezależny, alternatywny. I że one są oddzielone grubą linią - że jak jest się w jednym, to się nie da być w drugim, a jak się linię pomiędzy nimi przekroczy, to nie można powrócić. Kiedyś miałam w głowie to, że jeśli wystąpisz na Open'erze, to automatycznie dla radia jesteś offowy. Wydaje mi się jednak, że nasz rynek o tyle się zmienia, że można sobie na taką sytuację, w której ja się znajduję, pozwolić. Świadomie w swoich działaniach podejmuję ryzyko - to, że wystąpiłam na Sopot Hit Festival, było ryzykiem, ale jestem z tego zadowolona. Dzięki temu, że nie idę na kompromisy, przyjmując zaproszenia na te bardziej mainstreamowe wydarzenia i występuję tam z własnym repertuarem, w taki sposób, jaki mi odpowiada, i znajduję porozumienie z reżyserami odnośnie oprawy tych występów, czyli mogę to zrobić najlepiej jak potrafię, mogę sobie pozwalać na odważne działanie i wspomniane ryzyko.

Ten rynek na takie działanie otworzyła Monika Brodka z Dawidem Podsiadło. Zobacz - oni grają Open'era, grają Męskie Granie, ale są obecni w radiu, są obecni na telewizyjnych koncertach i nikt im w żadnej chwili nie zarzuca, że są tu, gdzie nie powinni.

Nasz rynek ewoluuje i dajmy mu dalej szansę na to, by się zmieniał. Dowodem tego jest też tegoroczny festiwal w Opolu i koncert debiutów - tam pojawiły się zespoły, których nie podejrzewałabym o występ w tym miejscu, postrzeganym jako bardzo komercyjne. Wydaje mi się, że to są kroki w dobrą stronę.

Jesteś drugą osobą z grona stosunkowo młodych artystów, która powiedziała mi mniej więcej to samo. Kortez w rozmowie z dziennik.pl powiedział, że będzie grał w różnych miejscach, ale nie pozwoli na to, by zrobić z siebie pajaca, że zostanie sobą. Masz wokół siebie takie osoby, które pomagają ci w znalezieniu tej granicy "obciachu", której przekroczyć nie można?
To jest bardzo dobrze powiedziane: róbmy to, co robimy. Róbmy to dobrze, ale w granicach naszego poczucia dobrego smaku i tego, jak się w czym czujemy. Mam zespół ludzi, z którymi pracuję, i wraz z nimi trzy razy zastanawiam się nad każdą propozycją: czy warto, co z tego będę miała dobrego, a co złego. Oczywiście podejmując duże kroki, bardziej narażam się na krytykę - większej liczbie osób się coś nie spodoba. Ale może być i tak, że ktoś, kto do tej pory takiej muzyki nie słuchał, powie: kurcze, w sumie dlaczego nie.
Jestem fanką Korteza, uwielbiam jego płytę. On też jest dowodem na to, że nasz świat muzyczny otwiera się na nowych artystów. Kibicuję mu i cieszę się, że myśli podobnie.

Mocno stąpasz po ziemi, mówisz w sposób zrównoważony. Jeszcze raz zapytam – kto jest tą osobą, która ci w tym pomaga?
Bardzo miłe, że tak myślisz – staram się zawsze każdej rzeczy przyglądać, poszukiwać wad i zalet, i oceniać każdą sytuację jak najbardziej obiektywnie. Chyba nie ma takiej jednej osoby, która mi pomaga. Może jestem nią ja sama, może rodzina, może znajomi. Na pewno z ekipą, z którą pracujemy, podejmujemy świadome decyzje, nie kierujemy się ani euforią, ani zawodem, tylko podchodzimy do wszystkiego racjonalnie.

Myślę, że to, że mam w międzyczasie studia, dodatkowo sprowadza mnie na ziemię. Cały czas jestem w kontakcie z ludźmi, którzy teoretycznie mogą być moimi słuchaczami. Znajomi ze studiów nie mają żadnych powiązań z show-biznesem, patrzą na to mocno zdystansowanym okiem.

Kiedy ostatni raz rozmawialiśmy, w listopadzie 2015 roku, mówiłaś, że ludzie, którzy są z Tobą na studiach, nie za bardzo wiedzą, czym się zajmujesz. Tak jest dalej?
Ta świadomość trochę przez ten rok się jednak zmieniła. I więcej osób, przez to, że gdzieś ta moja popularność zaczęła rosnąć, zaczęła mnie rozpoznawać – nawet wśród wykładowców. Ale ja jestem studentką, jestem koleżanką – tego się trzymam i staram się nie wychodzić z tych ram.

Pojawiasz się w wielu miejscach, w których stykasz się ze starą branża muzyczną – z ludźmi, którzy na tej scenie są od nawet trzech-czterech dekad. Jak tam jest? Jesteś dobrze przyjmowana, czy się zderzasz?
Raczej nie bardzo się integruję. Ci ludzie znają się tyle lat, przyjeżdżają na festiwale co roku, tam jest w dużym stopniu corocznie ta sama ekipa. I nie wiem, tak szczerze mówiąc, czy jest tam miejsce dla mnie. Oczywiście zapoznaje się z tymi ludźmi – z niektórymi na "cześć", z innymi nie… Ale nie próbuję wejść w to środowisko – ja tam jadę po prostu zrobić swoje.

To zapytam na koniec prowokacyjnie. Słowo "mainstream" brzmi dla niektórych pejoratywnie, ale zostawmy na boku to odczucie. Czy nie jest tak, że wy z Rysami, The Dumplings, Kortezem i wieloma innymi robicie rewolucję i taki waśnie nowy mainstream tworzycie?
Wydaje mi się, że to może iść w tę stronę. Zmienia się świadomość ludzi. Internet ją zmienia w wielkim stopniu. Spójrz na mój przykład: "Bądź duży" nie zapowiadało się na przebój radiowy, pojawiały się wręcz opinie, że to nie jest przystępny dla szerokiej publiczności utwór. Jak przekroczyliśmy milion wyświetleń w sieci, stacje radiowe postanowiły się nim zainteresować. Radia patrzą teraz w stronę Internetu. A z drugiej strony… Nikt z moich znajomych wracając do domu nie włącza radia, tylko włącza muzykę w sieci, poszukując ciągle nowych rzeczy.