Bezsprzecznie największą gwiazdą ostatniej dekady wśród wokalistek, które swoim brzmieniem, inspiracjami i feelingiem nawiązywały do stylistyki retro, była niezwykła Amy Winehouse. W ostatnim czasie pojawiło się sporo wokalistek z młodszego pokolenia, które postanowiły w podobny sposób podbić muzyczny świat, właśnie poprzez stylistykę dobrze znaną już kilka dekad temu.

Jedną z nich jest Hollie Stephenson, już nazywana nową Amy. 19-latka może pochwalić się znakomitym debiutanckim albumem wydanym przez firmę Dave’a Stewarta, znanego z Eurythmics. Pochodzi z Londynu i jak przekonuje, od zawsze fascynowały ją brzmienia Motown, którymi zaraziła ją w dzieciństwie mama. Na płycie "Hollie Stephenson" znalazły się numery w klimatach jazzu, soulu, nawet reggae. Hollie faktycznie ma podobną chrypkę, poczucie rytmu i luz co Amy. Słychać, że rozumie i czuje to, o czym śpiewa, choć oczywiście do statusu Winehouse i jakości jej płyt jeszcze trochę brakuje. Hollie jest jednak na dobrej drodze. Ważne, że towarzyszą jej w tej podróży doskonali, doświadczeni muzycy. Obok samego Stewarta na płycie zagrali u niej chociażby basista Michael Bradford, który grał wcześniej m.in. z Madonną czy Deep Purple, oraz trębacz Sean Billings, grający już z U2 i Dianą Krall. Słychać tu też genialny chórek, saksofon czy skrzypki. Całość może nie ma tak dojrzałego klimatu jak dokonania Amy Winehouse, ale Hollie jest na dobrej drodze, by faktycznie stać się jej następczynią. Oby tylko porównania na tak wczesnym etapie nie przydusiły jej zbyt wielką presją.

Nie mniej poważne porównania musi wytrzymać Amerykanka Norma Jean Martine. Debiutująca właśnie długogrającym krążkiem "Norma Jean Martine" artystka ma wokal porównywany do Billie Holiday czy Janis Joplin. To o tyle dwa różne muzyczne bieguny, co nie do końca prawdziwe w odniesieniu do mieszkającej obecnie w Londynie Normy. Sama wokalistka mówi o sobie, że brzmi, jakby Adele i Amy Winehouse chciały śpiewać do gitarowych kawałków. Nie ma co prawda tak wyrazistego głosu jak Amy ani możliwości jak Adele, jednak jej chrypka, a przede wszystkim kompozycje w lekko hedonistycznym klimacie, a jednocześnie romantyczno-wyzywającym, przypominające popowe nagrania sprzed lat, wciągają. Artystka, która ma za sobą m.in. współpracę z samym Burtem Bacharachiem, jest bardziej gitarowo-popowa od jazzującej Hollie Stephenson. Z kolei Angel Olsen powinna przypaść do gustu fanom bardziej mrocznej stylistyki. Swoim folkrockowym, nieco staroświeckim brzmieniem czaruje na nowej płycie "My Woman". Słychać tu echa popu i soulu z lat 60. czy 70., które Angel uzupełnia surowymi gitarami i swoim buntowniczym wokalem. Niemal 30-letnia Amerykanka, brzmiąca na "My Woman" momentami jak Nancy Sinatra, Dusty Springfield albo PJ Harvey, nieco odchodzi o folkowego klimatu z poprzednich dokonań. I wychodzi jej to na dobre.

Wszystkie trzy zapewne doskonale wpasowałyby się muzycznie w świat z lat 60. czy 70. Hollie śpiewałaby w przydymionym barze przy fortepianie, Norma na scenie modnego klubu, a Angel w nieco obskurnej knajpie z alternatywną muzyką. I każda z nich miałaby swoją wierną publikę.

To nie koniec propozycji dla fanów mocnych, lekko zachrypniętych głosów spowitych dymem retro. Warto też zwrócić uwagę na brzmiącą jak połączenie Florence Welch i Arethy Franklin Bishop Briggs czy goszczącą niedawno w Polsce wokalistkę Laurę Pergolizzi, używającą pseudonimu LP.

Żadna z wyżej wymienionych nie zasłużyła jeszcze na miano nowej Amy Winehouse, ale wszystkie w znakomitym sposób odnajdują się w stylistyce, którą znamy już od kilku dekad. Mogą być doskonałą odtrutką na plastikowy pop.