Jak pracowaliście nad płytą "2005 YU55"? Jak długo ona powstawała? Z jednej strony - ty jesteś człowiekiem bardzo mocno zajętym. Z drugiej - płyta jest dopracowana w każdym szczególe i - tak przynajmniej brzmi - maksymalnie zespołowa. Ja tu widzę drobną sprzeczność...

Moja zajętość nie wynika z tego, że lubię wyjeżdżać na wakacje, chodzić na grzyby czy biegać z psem. Pracuję cały czas – czy to jest praca w teatrze, praca z tekstem, czy praca z innymi projektami, np. z festiwalowymi pomysłami, a więc przygotowywaniem pod aranżacje specjalnych piosenek, gościnne występy czy też szukanie inspiracji… To wszystko wzajemnie się uzupełnia i na siebie fajnie oddziałuje. A kiedy ja szkolę się u boku innego zespołu czy pod okiem reżysera teatralnego, to ta wiedza później jest przenoszona do zespołu. Rafał Matuszak, nasz basista, też ma dużo wspólnego ze środowiskiem teatralnym. Jego żona jest aktorką Teatru Polskiego we Wrocławiu. To, czego się tam nauczył, kogo i w jakich okolicznościach poznał, również wpływa na zespół.
A w pracy nad albumem zespołowy był sam fakt podjęcia decyzji, że to robimy. Tak naprawdę był to akt naszej wspólnej rozpaczy...

Dlaczego rozpaczy?

Byliśmy na granicy, w powietrzu wisiał rozpad... Przechodziliśmy kryzys związany ze zmęczeniem materiału, zmęczeniem samymi sobą. Byliśmy przytłoczeni liczbą pojawiających się negatywnych opinii na nasz temat. Odkrywaliśmy rozkwitający wtedy świat internetowego hejtu. Właśnie wtedy, pięć lat temu boleśnie odczuliśmy go na własnej skórze. Byliśmy wyczerpani, ale podjęliśmy próbę uratowania zespołu. Powiedzieliśmy sobie: albo stawiamy wszystko na jedną kartę, otwieramy oczy i patrzymy na to, jak wygląda współczesny świat muzyczny i ryzykujemy, albo po prostu się rozstańmy, bo dłużej tak trwać nie było sensu. Przez pół roku ważyły się nasze losy – tyle czasu daliśmy sobie nawzajem. Potem wzięliśmy się do pracy, i to z zapałem… Teksty do piosenek panowie dostali ode mnie w postaci mówionej, zrytmizowanej. Podałem tempo, ogólny charakter, a oni bazując na tym zaczęli po prostu się spotykać i muzycznie tworzyć. Nie chciałem w tym uczestniczyć, bo moja decyzyjność czy - jakby to ująć - skłonność do kontrolowania wszystkiego, w niektórych przypadkach okazuje się zgubna. Chciałem, żeby oni sami się postarali, by cała odpowiedzialność nie spoczywała na mnie. I to okazało się słuszne. Chłopaki poczuli swoją siłę, rozkręcili uśpioną do tej pory wewnętrzną energię. Stali się tak bardzo kreatywni, że aż zacząłem im zazdrościć i żałować, że w procesie twórczym dotyczącym warstwy muzycznej, instrumentalnej nie ma też mnie.

Jaki jest status każdego z was, jak wygląda komunikacja? Masz prawo do zgłaszania uwag?

Jesteśmy świetnymi kumplami, dogadujemy się ze sobą, przez co żadna decyzja nie jest podejmowana jednoosobowo. Ciężar pewnych decyzji spoczywa na jednych, inne wybory należą do tych drugich. Każdy jest za coś odpowiedzialny. Rafał Matuszak bardziej za kwestie estetyki wizerunku, scenografii, sesji fotograficznych, okładek czy działalność graficzną. On to tworzy. Jeśli chodzi o kwestie techniczne, związane z nowościami technologicznymi, np. nowymi instrumentami, nowymi programami muzycznymi, warunkami studyjnymi, to tu działają Dominik Witczak i Marcin Kobza. Adam Marszałkowski, mądra głowa, jest głównie odpowiedzialny za kwestie organizacyjne, muzyczno-rytmiczne i konsolidujące zespół – za zaplecze bazowe, jak sala prób, ale i psychologię, stabilne kontakty. Te funkcje się uzupełniają. Przez dwadzieścia lat wspólnej pracy stworzyliśmy system, który dziś jest zdrowy. Nie ma między nami poważnych kłótni, żadnych naleciałości, pretensji. Dzięki pracy nad tym albumem poczuliśmy, że znowu jesteśmy zespołem, że każdy ma w nim tę swoją odpowiedzialność. Czuję, że jest fajny rodzaj kumpelskiego wsparcia, a nie biznes i grupa pracowników jednej firmy.

Nawiązując do sytuacji kumpelskich - jak jesteś odbierany w zespole przez pryzmat twoich działań telewizyjnych,  pozamuzycznych? Dostajesz SMS-y: "Nie gwiazdorz" albo "Zjedz Snickersa"?

Z działań telewizyjnych zrezygnowałem rok temu. Ale jeszcze zanim poszedłem do telewizji, dostałem poparcie chłopaków –mówili: idź, nie mamy nic do stracenia, bo i tak jesteśmy w medialnej dupie. Może nam się to przyda.
Propozycje udziału w programie dostawałem od dłuższego czasu. Nigdy nie było mi to potrzebne i nie miałem poczucia, że w jakiś sposób może mi się to przydać. Natomiast wtedy, kiedy się zdecydowałem, faktycznie byliśmy w medialnym zadupiu. Zauważyłem, że jest mniej ludzi na koncertach, że nie mamy komunikacji z mediami, że w radio też się nie pojawiamy. Dlatego się zdecydowałem. Jeżeli gwiazdorzę, jeżeli zdarzają mi się jakieś sytuacje, po których chłopaki mogą mieć do mnie pretensje, to nie wahają się o tym przypomnieć. Żeby mnie na ziemię sprowadzić.
Zresztą nie tylko oni – jest jeszcze rzesza życzliwych fanów, którzy człowieka potrafią sprowadzić na ziemię i jeszcze w tej ziemi dobrze wytarzać.
Lepiej bym tego nie ujął…
Tak traktuję warstwę hejterki. Z jednej strony to dziwne zjawisko. Czasami bardzo nieprzyjemne, nie tyle nadużywane, co prowadzące do bardzo przykrych i rozpaczliwych sytuacji. Ale jeżeli złapać odpowiedni dystans i patrzeć na to przez sito zdrowego rozsądku, jesteś w stanie przyjąć hejterkę jako lekcję pokory.

I wtedy zdajesz sobie sprawę, że czasem zachowujesz się w sposób mocno przerysowany, kojarzony z gwiazdorzeniem – dobrze rozumiem?

Tak. Zdaję sobie z tego sprawę. I zawsze po takich akcjach mocno żałuję, ale to wynika z mojej wewnętrznej zgubnej natury. Czasem mam poczucie, że muszę dać z siebie więcej, mimo że właśnie wcale nie muszę. Wtedy emocjonalność bierze górę i dociskam - wypada to zupełnie nieautentycznie... Pracuję nad tym, by panować nad emocjami, ale nie zawsze się udaje. Trudno jest okiełznać pojawiające się pokusy demonstrowania ekstrawertyczności i tej mojej nieszczęsnej skłonności do przesady. Nigdy nie jest to bezkarne. Ludzie zawsze sprowadzą cię na ziemię, jeżeli sobie na za dużo pozwolisz.

Z lektury tekstów z "2005 YU55" wynika, że jesteś niezwykle bacznym obserwatorem. Lubisz się przyczaić i obserwować zachowania ludzi?

Czyli przysiąść na ławce i patrzeć? To jakiś rodzaj zboczenia, ja takich rzeczy nie robię. Znam kilku aktorów, którzy regularnie, raz w tygodniu chodzą do parku, żeby obserwować. Ale ja ruchy, które się dzieją w rzeczywistości, we współczesności, odkrywam raczej bez przysiadania na ławce. Nie to, że jestem obdarzony jakimś wyjątkowym zmysłem. Mnie po prostu interesuje, w jakiś sposób rzeczywistość na mnie wpływa i powoduje, że wyobraźnia zaczyna tworzyć ciekawe obrazy. Tak pracuje moja głowa i to właściwie bez przerwy.
Ale zapamiętujesz detale - typu kupowanie ćwiartki żurawinowej. Musisz być obserwatorem, żeby takie rzeczy pamiętać.
Kiedy tworzę jakiś obraz, próbuję konstruować sytuacje fabularne, które mogłyby spowodować, że w umyśle odbiorcy pojawi się coś podobnego do tego, co pojawiło się u mnie. U czułego na słowo czytelnika tekst może wywołać podobne odczucia. Uważam, że między ludźmi możliwa jest komunikacja w warstwie artystycznej. W taki sposób - moim zdaniem -  powinno się czytać poezję. Nie pamiętam, gdzie to wyczytałem, ale to piękne słowa, że czytanie poezji jest rodzajem precyzyjnego rekonstruowanie sytuacji, w której tekst został zapisany przez autora. Jeżeli ja chcę być przychylny czytelnikowi, to sam daję takie tropy, żeby mu ułatwić rekonstrukcję tej rzeczywistości. Chciałem działać jak najbardziej obrazowo i wejść w głowy odbiorców. I stąd to przybliżenie związane z codziennością, którą każdy może przyjąć jako swoją. Natomiast ta rzeczywistość, o której mówisz, a która rysuje się w tych szczegółowych obrazach, próbuje wpasować się w wyobraźnię ludzi. Jest pierwszym stopniem i filtrem, który pozwala zobaczyć, co się pod skórą tej codzienności kryje.  

Co będzie teraz dla ciebie i dla zespołu miarą sukcesu? To, że ludzie przyjdą na koncert, to że płyta się sprzeda, zainteresowanie medialne się pojawi, to że ludzie się pochylą nad tekstami… Może wszystko naraz?

Nie oczekuję spektakularnych sytuacji - że nagle staniemy się kultową marką, że zaczną na nas ludzie walić jak na Dawida Podsiadło, nie mamy takich potrzeb...

Halo, halo! Ale ludzie na was walili jak na Dawida Podsiadło. Widziałem koncert jego i byłem na kilku koncertach Comy (głównie warszawskich), nie widzę żadnej różnicy...

Nie no - różnica jest. My o tym wiemy... Dawid jest fenomenem w perspektywie kilkunastu lat. To jest coś wyjątkowego. Z jednej strony - wspaniałe i kompletnie bezpretensjonalne. Z drugiej - rozumiem, że jest też gruby koszt, który Dawid ponosi. Bo to jest ogromna odpowiedzialność - być tak popularnym. Nie sądzę, abym ja był w stanie coś takiego unieść. Chyba nie jestem do tego predysponowany. A jeżeli chodzi o działania zespołu, chciałbym - i to jest jedyne moje marzenie - żeby było tak, jak było do tej pory. Żebyśmy sobie mogli systematycznie dwa razy w roku grać trasę i żeby album nie spotkał się z poważnym odrzuceniem. Część fanów nie zaakceptuje tego, co zrobiliśmy, ale spodziewam się, że doceni wysiłek, który włożyliśmy.

Jak daleko jest od "2005 YU55" do Polski?

Bardzo niedaleko. To jest nazwa planetoidy, a tak naprawdę asteroidy, która w 2012 roku przelatywała obok Ziemi w odległości mniejszej niż orbita Księżyca wokół niej. Myślę, że towarzyszy jej wędrujący duch typu "Genezis z ducha" Słowackiego. To są typowo polskie przepowiednie i zabobony, przewidujące masę nieszczęść Jest to też ostrzeżenie przed własnymi demonami. Sądzę, że akurat w tym dziwnym okresie naszemu krajowi jest do tego bardzo blisko. Przesłanie mówi, że jeśli za bardzo się wychylisz i za bardzo będziesz akcentował swoją obecność, zapłacisz za to. I nie będzie to wyni czarów, tylko naturalnych mechanizmów. Kiedyś wszystko znajdowało się w jednym punkcie, w filozofii greckiej nazywanym apeiron, gdzie zmieszane było dobro ze złem. Z tego powstał wszechświat. Nim to się stało, byliśmy ściśnięci z całym wszechświatem w jednym małym punkcie. A teraz, ponieważ się z niego wydostaliśmy i zyskaliśmy autonomię odrębnych bytów, musimy za to płacić.

Uciekłeś we wszechświat. Zadałem pytanie o odległość planetoidy od Polski, ponieważ mam wrażenie, że nastąpiło przebudzenie. Artyści, którzy długo w żaden sposób nie próbowali wskazywać albo - jak ty to nazwałeś - ostrzegać przed niebezpieczeństwem, teraz zaczynają mówić. Może nie tak ostro jak w latach 80. czy na początku 90., ale wypowiadają się, że coś zaczyna w nas umierać.

Może ten głos nie był wcześniej potrzebny. Mieliśmy swobodę wypowiedzi – wiesz, to jest przykra sprawa, że nasze teksty z 2005 roku jak na przykład "Tonacja" albo "Nie wierzę skurwysynom" stają się znowu potwornie aktualne. Myślę jednak o tym czasie, który nas teraz spotyka, bardzo pozytywnie, optymistycznie. Że jesteśmy w stanie się spotkać mimo podziałów i jednak wyciągnąć jakąś lekcję na przyszłość. Spróbować się ze sobą skomunikować, wsłuchać w tych, w których nie mieliśmy do tej pory czasu się wsłuchiwać. Byliśmy zajęci własną karierą i być może powinniśmy przyciszyć swój głos. Sądzę, że to jest okres wspólnej nauki, który wniesie w życie Polaków nowy rodzaj doświadczania wspólnoty, tworzenia społeczeństwa.

Wierzysz w to, że się uczymy, że wyciągamy wnioski?

Skoro ja wyciągam, to chyba każdy jest w stanie, chociaż idzie to opornie. Poza tym czytałem, że strach i złe emocje są zapisywane w genach. Wynika z tego, że my Polacy przez kilkaset lat poddawani byliśmy przez takich czy innych najeźdźców "terapii stresowej". Mamy zakodowane w genach mechanizmy, których nie da się jednym pokoleniem odwrócić. Trzeba nad tym pracować i próbować nie obarczać naszych dzieci stresem, który jest u nas zakodowany. Spodziewam się, że to właśnie masowe spotkania ludzi w sytuacjach walki o wspólną sprawę, wyrażania wspólnego zdania, będą tym, co zostanie nam w genach. Jesteśmy wspólnotą - są cele, które nas łączą, a nie tylko sprawy, które nas dzielą. Wiem, że jest wielu ludzi, którzy bardzo mocno pracują, żeby jeszcze bardziej nas podzielić. Ale po ostatnich wydarzeniach związanych z marszem kobiet coraz bardziej jestem zdania, że jest szansa, że jeszcze może być dobrze. Być może to jest euforia chwilowa, ale na pewno coś się wydarzyło i to tak łatwo nie zniknie.

A czujesz powołanie artysty nawet do nawoływania i zaangażowania? Czesław Mozil, z którym niedawno rozmawiałem, powiedział, że po raz pierwszy zmusił się – cytuję - by ruszyć tyłek, zacząć protestować i powiedzieć ludziom, że też powinni to robić.

We mnie coś takiego tkwiło od zawsze. Ale w tym momencie nie wystarczy tylko krzyczeć, bo wtedy wyjdziesz na idiotę. Myślę, że po prostu trzeba się zamknąć i dołączyć do innych. Wszystkie autorytety w tym kraju jeden po drugim legły w gruzach. Nie ma człowieka, który wychyli się na przywódcę, bo za chwilę zostanie zmieszany z błotem, zabity jedną albo drugą sprawą wyciągniętą z przeszłości. I tyle z niego zostanie.
To jest czas chowania własnej dumy, czas spotykania ludzi, sąsiadów. Polaków, którzy być może zakładają skarpety do sandałów, ale przy obiedzie z przyjemnością zjedzą tego samego schabowego. Może teraz właśnie sąsiad przyniesie ci z działki kobiałkę truskawek i czereśni, i powie: niech pan spróbuje, bo to są moje.
Jest więcej rzeczy, które nas łączą, od tych, które nas dzielą.

Trasa Comy - jesień 2016: 21.10, Sopot, Scena; 23.10, Wrocław, Zaklęte Rewiry; 27.10, Kraków, Kwadrat; 28.10, Kielce, Grand Music Club; 29.10, Tychy, Underground; 5.11, Warszawa, Stodoła; 11.11, Katowice, Mega Club; 12.11, Rzeszów, Life House; 13.11, Lublin, Shine; 18.11, Szczecin, Słowianin; 26.11, Toruń, Od Nowa; 2.12, Białystok, Gwint; 3.12, Olsztyn, C.E.I.K; 4.12, Gdańsk, Parlament; 8.12, Poznań, M.T.P 2; 9.12, Zielona Góra, Kawon; 10.12, Zabrze, CK Wiatrak; 11.12, Łódź, Wytwórnia
Szczegóły zawsze na FB Coma