WOJCIECH PRZYLIPAK: Darius, powiedziałeś w jednym z wywiadów, że sądzisz, iż muzyka Archive dobrze oddaje klaustrofobiczne fobie społeczeństw, duszny klimat zamkniętych społeczności. Okładka nowej płyty "The False Foundation" z ludźmi zamkniętymi w ciasnej rzeczywistości i kolejnymi, którzy nie mogą się do nich przedostać pokazuje, że wciąż ten temat was nurtuje.

Darius Keeler: Bo wciąż w nim tkwimy. Wciąż odczuwamy konsekwencje uwikłań politycznych i religijnych społeczności, w których żyjemy. Taki stan pogłębił się po 11 września 2001 r. Uświadomiliśmy sobie, że tak naprawdę nigdzie nie jesteśmy ani w pełni wolni, ani bezpieczni. To wytworzyło dziwny, klaustrofobiczny stan, który odczuwam od kilku lat, jakby duszenia się we własnej społeczności. Z jednej strony demokracja nas nie obroniła, z drugiej tak dobitnie pokazano nam, że jesteśmy dla kogoś wrogami. Zostaliśmy uwikłani w politykę i kwestię wiary często budowanych na kruchych fundamentach. O tym też jest nasza płyta, o konsekwencjach tych uwikłań.

Muzyka na "The False Foundation" ma mroczny klimat, który momentami brzmi jak soundtrack do świata z "Łowcy androidów" Ridleya Scotta. Jego akcja osadzona została w 2019 roku. Czy pisząc o współczesnym świecie w mało pochlebny sposób, nie boicie się, jak będzie wyglądał chociażby za trzy lata?

DK: Ja się obawiam, jak świat będzie wyglądał za trzy miesiące, a nie trzy lata. Ludzkość popełnia tyle głupot, że jest to trudne do pojęcia. Dyktat pieniędzy nie ciągnie nas w dobrą stronę.

Pollard Berrier: Ja niekoniecznie odbieram ten film jako przygnębiający. To jest przecież jednak piękna historia o tym, kim jesteśmy, o naszej moralności, o odnalezieniu w sobie człowieka. Humanistyczna historia. Mam nadzieję, że ten niepewny świat z tego wyjątkowego filmu w rzeczywistości pójdzie w dobrą stronę i że takie też będzie przesłanie naszej płyty.

DK: Nagranie tej płyty nie było łatwe. To dla nas naprawdę ważny album i sporo nas kosztował, ale jestem z niego zadowolony w stu procentach. Do tej pory jeszcze się nie zdarzyło, żebym po nagraniu nie chciał czegoś zmienić. A tu wszystko mi pasuje. Poprzednie albumy, w zasadzie licząc od "Controlling Crowds", powstawały spontaniczne. Tym razem chcieliśmy wejść mocno w materiał, wykończyć się nim, żeby z nas wyssał, ile się da. Dlatego też, zdarzało się, że miksowałem jeden numer na 40 różnych sposobów. To na pewno jedna z najbardziej pracowitych płyt w naszym dorobku.

Na "The False Foundation", chociażby w piosence "Stay Tribal", słychać brzmienie przypominające kapele sprzed lat. Raz jest w stylu New Order, innym razem Frankie Goes to Hollywood. Nagrywając, dzielicie się czasami spostrzeżeniami typu: a może zagramy tutaj trochę w stylu Kraftwerk? Czy te nawiązania wynikające z waszych muzycznych fascynacji wychodzą naturalnie?

DK: Nie myślimy tak podczas nagrywania, raczej działamy w drugą stronę, szukamy oryginalnego brzmienia. Ale zdarza się, że już po nagraniu i odsłuchu przychodziła do głowy myśl typu: kurde, przecież to brzmi jak Pink Floyd. Mam jednak nadzieję, że na nowej płycie udało nam się grać świeżo i nie odtwarzać czegoś, co powstało wcześniej, o co staramy się już od dłuższego czasu.

PB: Jasne, że nie do końca da się uniknąć pewnych powiązań, bo siłą rzeczy przelewamy to, czego słuchaliśmy wcześniej, powielamy pewne bity. Ale granie w stylu kogoś zawsze kończy się źle.

W niektórych piosenkach nie tylko zmieniacie tempo numeru, jego klimat w trakcie, ale też łączycie żywe instrumenty, jak pianino z samplami, elektroniką.

PB: Piosenka powinna być jakąś wycieczką, z różnymi jej etapami, procesem. Dlatego zmieniamy tempo, natężenie głosu, korzystamy z ciszy. Chcemy dać odbiorcom czas na koncentrację i pomyślenie o piosence, a nie żeby przeleciała momentalnie bez pozostawienia po sobie śladu.

DK: Łączenie mechaniki z ludzkim czynnikiem wyszło trochę mimowolnie. Choć nie ukrywam, że płyta powstawała na etapie mojej fascynacji ostatnią częścią filmowej serii "Mad Max". Wciągnął mnie industrializm, przemysłowy, maszynowy klimat. Poza tym te niesamowite przebudowane maszyny wciąż prowadzą ludzie, one mają ludzki czynnik: kierowcę. Nie widzę więc problemu w łączeniu tych dwóch światów. Zresztą uwielbiam kreować sample, korzystając z nietypowych krążków winylowych, niekoniecznie z muzyką. Wyławiać perełki z dziwnymi nagraniami i nadawać im nowe życie.

"The False Foundation" to już wasza 10 płyta, gracie ponad 20 lat. Nie odczuwacie znużenia w Archive, jak szukacie kolejnych wyzwań?

PB: Ale my kochamy być w Archive, więc to pytanie jest bezzasadne. Tak pracę w studio, wybuchy wspólnych idei, szukanie inspiracji, jak granie koncertów i dzielenie się piosenkami na żywo. Wciąż chcemy się rozwijać muzycznie i stawiać sobie coraz większe wymagania.

Właśnie. Darius powiedział, że podczas trasy promującej tę płytę chcecie wasze występy wprowadzić na inny poziom, co to znaczy?

DK: Taki mamy plan, choć jeszcze nie mamy pewności jak go zrealizować (śmiech).

PB: Chcemy po prostu, żeby były intensywnym przeżyciem. Przecież po to też fani przychodzą na nasze koncerty.

Jak odniesiecie się do Brexitu waszej rodzinnej Wielkiej Brytanii?

DK: Kompletnie nie mogę zrozumieć tej decyzji. Anglia jest o wiele piękniejsza dzięki ludziom z zagranicy. Genialne jest to, że Londyn nie jest wyłącznie brytyjskim miastem, tylko miksem różnych kultur, społeczności. Ten tygiel daje przecież tyle genialnych kulturowych doświadczeń, jedzenia. Pomijając już fakt, że wszystkie moje kobiety pochodziły z innych krajów. Zamknięcie się na migracje ludzi czy ich utrudnianie nie przyniesie nam nic dobrego.

PB: Niepojęte jest, jak można dzisiaj z taką agresją odnosić się do tych, którzy do nas przyjechali. Świat jest zbyt mały, by się gnieździć w jednym miejscu, takie migracje są nieuniknione. Dlatego pokażmy im, jak to fajnie jest być Brytyjczykami, pomóżmy im w tym, a nie atakujmy.

W listopadzie Archive zagrają w Warszawie (19.11, Torwar) i Poznaniu (20.11, Hala MTP2).