Nie wyglądasz mi na faceta, który specjalnie lubi fety urodzinowe i wielkie imprezy z pompą…

Z natury jestem człowiekiem kameralnym. I rzeczywiście poszukuję metody na to, jak z godnością przetrwać tego rodzaju większe uroczystości. Ale na koncercie takim jak ten na dwudziestopięciolecie była jednak nasza muzyka. Byliśmy życzliwie traktowani przez naszych gości i przez muzyków – mówię o filharmonikach wrocławskich. Wszyscy na nas dobrze patrzyli.

Sprowadziliście takich gości, że wielu może pozazdrościć. O ile wrocławianin Lech Janerka daleko nie miał, o tyle resztę na Dolny Śląsk musieliście pozapraszać. Były z tym kłopoty, ktoś kręcił nosem?

Każdego zapraszałem osobiście. Wszyscy ochoczo się zgodzili, przyznawali, że to dla nich wielkie wydarzenie, co nas bardzo ucieszyło. Nie traktowałem tego jako języka dyplomacji, ale jako koleżeńskie podkreślenie, że nikt się nie będzie wstydził. Pamiętam Grzesia Turnaua, który powiedział, że bardzo dobrze mu się występowało i że wszystko było bardzo dobrze zorganizowane i że jest dumny, że mógł wziąć w tym udział. A Lech Janerka, z którym kolegujemy się od wielu lat, zgodził się, chociaż wyglądało na to, że wolałby tego nie robić. On nie czuje się dobrze w cudzych piosenkach. Nie zdradzam tu żadnych tajnych kulis, ale Leszek rzeczywiście najlepiej się czuje w swojej twórczości, w niej jest autentyczny. Zaśpiewanie naszej piosenki, która mu się oczywiście podobała, kosztowało go sporo emocji. Nie chodziło o tremę, tylko o to, że to nie są jego buty.

Leonard Cohen powiedział, że czasem szlag go trafia, kiedy słyszy jak inni śpiewają jego nagrania. Lubisz słyszeć swoje teksty w wykonaniu innych twórców?

Chyba niewiele osób śpiewa nasze piosenki. Nie wiem z jakiego powodu i przyznam, że specjalnie się nad tym nie zastanawiam. Może to problem interpretacji, bo ja od wielu lat robiłem wszystko, żeby własną osobą i własnym głosem nie zastępować tego, co śpiewam. Jeżeli ktoś naszymi piosenkami próbuje za bardzo pokazać swój talent wokalny albo swą reprezentację cielesną, to czuję pewien dyskomfort. W przypadku tych kilku czy kilkunastu wykonań, które słyszałem, nie bardzo wiedziałem, co dany twórca chciał opowiedzieć, jaką historię. Przypomnę „W wielkim mieście” zagrany przez „Kombajn do zbierania kur po wioskach”. Ciekawe, bo ich. Ale kiedy zapraszaliśmy gości na ten koncert, wiedzieliśmy, czego się spodziewać.

Dla mnie zaskoczeniem tej płyty są panie. Kinga Preis, Ania Rusowicz, Marika… Kobietom wejść w twą poetykę jest chyba podwójnie trudno. A ich interpretacje zabrzmiały niezwykle ciekawie.

Bardzo się cieszę z takiego obrotu spraw. Głosy Kingi, Ani i Mariki pięknie wkleiły się w te piosenki, nadały im nowej barwy, bo przecież kobieca wrażliwość jest trochę inna. Śpiewając z Kingą, która też była trochę stremowana – ale to jest absolutna profesjonalistka i na scenie tego nie było widać – miałem wrażenie, że mogę stracić życie (śmiech). Umieściłem ją w sytuacji premierowej, co mi koleżeńsko wypomniała, lecz z życiem uszedłem. Zależało nam na tym, by Kinga zaśpiewała swoim głosem. Ma swój piękny naturalny tembr. Dała sobie radę, tak naprawdę prawie śpiewała, bardziej mówiła ten tekst, bo taka była piosenka. I zrobiła to z minimalną dozą interpretacji, na czym mi bardzo zależało. Nie chciałem, by była u nas „śpiewającą aktorką”, ale Kingą Preis ze swoim własnym głosem. I to było fantastyczne zwycięstwo Kingi w tej piosence. Z Anią Rusowicz śpiewaliśmy bardzo spontanicznie, ona jest bardzo sprawną wokalistką. Weszła na scenę na próbie, zaśpiewała, a mi szczęka opadła, że można tak to zrobić. Co do Mariki, to mam wrażenie, że w swoich piosenkach opowiada historie podobne do moich, i że to była dla niej ważna piosenka.

Wiesz, że ludzie słuchając w radiu nagrania ze Skubasem nie zawsze wiedzą, kiedy śpiewa Adam Nowak, a kiedy Skubas?

(śmiech) To dowód, że i ja, i Skubas śpiewamy tak, jak kierowała nami opowieść. Skubas zrobił wszystko to, co do wrażliwego mężczyzny należy, czyli nie zastąpił sobą przekazywanej treści.

Adam, czy zdajesz sobie sprawę, ile jest warta wasza debiutancka płyta winylowa „Jestem Polakiem”?

Kilka lat temu ktoś mi powiedział, że można wyśledzić oryginał za pięćset złotych.

No to już teraz za egzemplarz w dobrym stanie trzeba dać nawet około tysiąca. Wy zamówiliście wtedy w Polskich Nagraniach tysiąc płyt winylowych i trzy tysiące kaset.

(śmiech)Tak było. Ktoś, kto w 1991 roku zaryzykował kupno płyty nieznanej grupy, z muzyką różniącą się od tego, co było dostępne na rynku, jest szczęśliwym posiadaczem numizmatu wartego tysiąc złotych. Zamiast czterdziestu czy pięćdziesięciu. Biję brawo i gratuluję podjęcia ryzyka.

Masz tę płytę w domu?

Mam, ale jej nie słucham. Nie mam też okładki, która gdzieś zaginęła.

A wracasz w ogóle do swoich starych nagrań? Słuchasz siebie z przeszłości?

Rzadko. Czasami odsłuchuję, czy wykonanie sprzed 15 czy 20 lat zadowala mnie dzisiaj. I zastanawiam się, czy dzisiaj zaśpiewałbym to inaczej. W 95 procentach stwierdzam, że nie. Że tak to zostało zaśpiewane w danym czasie i nie ma czego poprawiać.

Jak siebie sprzed ćwierćwiecza odbierasz przez pryzmat tego, co wtedy napisałeś?

Niektóre teksty są młodzieńcze, mniej dojrzałe, z czasów, kiedy towarzyszyła mi radość zabawy. W przypadku części piosenek zastanawiam się, czy to aby na pewno ja napisałem. I po zastanowieniu zdarza mi się stwierdzić, że dziś bym czegoś takiego w życiu w świat nie wypuścił.
Ale kiedyś taki byłem - pociągała mnie zabawa składnią, słowem, rymami. Nie zauważałem, że praca nad tekstem była dla mnie wtedy ważniejsza od poszukiwania treści, którą trzeba przekazać. Dla kogoś, kto się rozwija, to naturalny etap w twórczości – ja się tego nie wstydzę.

Najwięcej zamieszania, które co jakiś czas wraca, wzbudził fragment tekstu „jestem Polakiem, mam na to papier i cały system zachowań”. Nie wszyscy czują delikatny dystans, sarkazm czy nawet cynizm, wyciągana jest z tego za to deklaracja niemalże skinheadowska. Cierpiałeś przez to?

Nie, ale rzeczywiście w latach dziewięćdziesiątych ukazał się artykuł znanej wtedy dziennikarki i takie sformułowanie zostało użyte dość nieszczęśliwie, bez zrozumienia sarkazmu w tekście i w tytule płyty. Trzeba pamiętać, że lata 1989-1991 to było zachłyśnięcie się wolnością, zetkniecie się z absolutnie wolną amerykanką rynkową. Pamiętam, jak z szeroko otwartymi oczami jeździłem do Berlina Zachodniego. Patrzyłem na moich rodaków stojących pod dyskontami z reklamówkami w rękach i robiło mi się smutno. Wydawało mi się wtedy, że możemy tam jechać z mądrością własnych doświadczeń, z wartościami, intelektualnym potencjałem, wiedzą. Że tym możemy się dzielić ze światem. Ale okazało się, że potrzeby dużej części rodaków, którzy wyjechali za granicę, były zupełnie inne. I ja nie umiałem sobie tego poukładać. Dlatego trochę prowokacyjnie nazwałem płytę „Jestem Polakiem” - ze wszystkimi tego skutkami, z poczuciem dumy, że urodziłem się w pięknym kraju. I jednocześnie ze świadomością wielu słabości naszego społeczeństwa, które często nie uczy się na własnych błędach.

Zaraz po premierze płyty pojechałeś ponoć… na wakacje.

W pierwszej połowie września byłem z przyjaciółmi do Chorwacji.

Pytam, bo chciałem się dowiedzieć, jak dziś się czujesz jako Polak za granicą?

Od wielu lat odwiedzam Chorwację. Mogę powiedzieć, że jesteśmy tam lubiani. Razem z przyjaciółmi-żeglarzami zrobiliśmy trochę, żeby nas poznano z dobrej strony. Na przykład grupowo nauczyliśmy się chorwackich piosenek, które śpiewamy na miejscu ku uciesze zdziwionych autochtonów (śmiech).

Kiedyś opowiadałeś mi, że podziwiasz Chorwatów za to, że w czasie spotkań towarzyskich śpiewają piękne piosenki zachwalające urok ich kraju, które nie mają nic wspólnego z nacjonalizmem, tylko są patriotyczne w prawdziwym tego słowa znaczeniu. Takie pieśni też śpiewasz?

Również. Jeden z najsłynniejszych przebojów, „Dalmatinac Sam”, to piosenka śpiewana także na stadionach. Na nagraniach widać, jak 40 czy 50 tysięcy dumnych osób śpiewa melodyjną piosenkę, i to całość, a nie tylko jedną zwrotkę i refren, i nie kojarzy się to z jakimiś kibicowskimi przyśpiewkami. Oni po prostu mają te utwory w sercu. Kiedy przysłuchujesz się tej chorwackiej kulturze śpiewanej, czy raczej śpiewaczej, widzisz, że kultywowany jest rodzaj wspólnej obecności - po części w sytuacjach rodzinnych, ale po części wśród ludzi, którzy po prostu lubią być ze sobą. Śpiew jest dla nich czymś naturalnym, a nie przedmiotem w szkole. A człowiek, który akceptuje swój głos, jest bardziej pewny siebie. Kiedy każe się śpiewać komuś, kto nie chce tego robić, według mnie taka osoba czuje się bardziej niż naga, nie chce się usłyszeć, nie jest pewna tego, co robi. Umiejętność śpiewania w grupie daje niezwykłą radość bycia ze sobą – ludzie patrzą sobie w oczy śpiewając. Kocham patrzeć na coś takiego i kocham być w takich sytuacjach, ponieważ ludzie wtedy naprawdę się lubią. Nie wyciągają sobie różnic religijnych, politycznych, społecznych, nie wyzywają się. Namawiam wszystkich, żeby w gronach zaprzyjaźnionych ludzi robić to jak najczęściej.

A nie masz wrażenia, że w Polsce trochę się to zmienia?

Muszę powiedzieć, że rzadko bywam w Polsce na jakichś uroczystościach. Rzadko wychodzę z domu…

A legendy chodziły o tobie jako o osobie - delikatnie - mówiąc knajpianej.

Nie... Trzeba byłoby podzielić mój życiorys na kilka części. Czas do 1990 roku, kiedy nie było zespołu, i potem, kiedy zespół powstał. Kiedy ma się 30 lat i gra się koncerty, to siłą rzeczy spotyka się dużo osób. Chadza się do knajpy, rozmawia i często pije alkohol. Ale kiedy w moim życiu było za dużo tego, uruchomił się mechanizm alarmowy. Wyłączyłem się z tego. Zagranie i zaśpiewanie dwugodzinnego koncertu kosztuje sporo wysiłku, i to mimo że nie jesteśmy grupą grającą jakąś wyjątkowo dynamiczną muzykę. Dlatego prawie w ogóle zrezygnowałem z obecności na „balach” – nie ma mnie. Najlepiej czuję się w domu, w ciszy. Z bliskimi.

To samo wyznało kilku innych muzyków. Sebastian Karpiel-Bułecka mówi, że po koncercie tak jest wyczerpany psychicznie, że zanim się wyłączy, zanim zaśnie, łapie go blady świt. Robert Gawliński mówił z kolei, że po intensywnym koncercie musi się wspomóc butelką wina.

W środowisku krąży taka anegdota – są dwie czynności, które po koncercie pozwalają „odciąć prąd”: seks i alkohol. Można je stosować razem albo osobno. Opowiadam to jak dowcip, ale rzeczywiście wykonanie trwającego dwie lub ponad godziny, dynamicznego, ciekawego koncertu, to jest jednak gospodarka rabunkowa. Do śpiewania używa się całego ciała, nie tylko gardła. To powoduje, że wypływu energii nie można tak łatwo zatrzymać. Ale mogę powiedzieć, że jeżeli się człowiek odpowiednio nastawi, to spokojnie można zejść po koncercie za kulisy i w ułamku sekundy odciąć wszystkie emocje towarzyszące wykonaniu na scenie. To jest możliwe, robiłem to, bo nie lubię ciągnąć za sobą tego, co się zdarzyło na scenie. Oczywiście wszystko pamiętam, ale staram się jak najszybciej zamknąć cały ten mechanizm, żeby trafić do hotelu, położyć głowę na poduszkę i zasnąć. A kłopoty z zaśnięciem są, jeżeli się gra pod rząd siedem albo dziesięć koncertów i codziennie śpi w innym miejscu, najczęściej za krótko. Trzeciego czy czwartego dnia takiego ciągu, do tego po długiej podróży człowiek czuje się bardzo poważnie zużyty i pusty w środku. A przecież trzeba znów wyjść na scenę i być w dobrej formie, błyszczeć i pokazywać, że wszystko jest najlepiej na świecie. Umiejętność szybkiego pozbywania się okoliczności scenicznej każdy musi sobie wypracować sam. Alkohol temu nie zaradzi – wiem z własnego doświadczenia. On nie działa tu tak, jak powinien. Najlepszym sposobem jest całkowite wyciszenie, takie wewnętrzne. A do tego jest potrzebny spokój, czyli nie impreza, a jej brak. Trzeba to zaakceptować, by móc funkcjonować długofalowo.

Jawisz się jako – z całym szacunkiem – nudny pantoflarz. Dom, po koncercie zero imprezy i wyciszenie…

Życzyłbym każdemu pięćdziesięciotrzylatkowi, by grał ponad sto koncertów rocznie i w dalszym ciągu pociągały go atrakcje knajpiano-towarzyskie. Naprawdę nie chce mi się tego robić. Mam wąskie grono znajomych i wśród nich najlepiej się czuję. Nie lubię być w centrum zainteresowania. Z godnością bycie w centrum wydarzeń na scenie, bo to jest mój zawód, moje zajęcie, które uwielbiam i kocham. Ale jeżeli jest za dużo świateł i za dużo zainteresowania, zaczynam szukać kąta, by się w nim z ulgą skryć.

Wspomniałeś o alkoholu i seksie. Prawda jest taka, że w pewnym momencie płeć piękna na koncerty Raz, Dwa, Trzy… przychodziła tłumniej niż na inne.

Do dziś płeć piękna przychodzi tłumnie. Może jest trochę dojrzalsza, bo jak zaczynała przychodzić w 1990 roku, to teraz jest w kwiecie wieku. A uważam, że kobieta czterdziesto-, czterdziestopięcioletnia i nawet dojrzalsza, jeżeli jest zadbana, to jest absolutnie w kwiecie wieku. Ale przychodzą też ludzie młodsi, którzy poznali nas w późniejszej fazie działalności. Prawie całe spektrum wiekowe jest na widowni. Bardzo lubię patrzeć na twarze podczas koncertu. Lubię widzieć, dla kogo śpiewam i mieć kontakt wzrokowy…

Wiem, doświadczyłem tego. Świdrujesz.

Staram się nie świdrować, tylko śpiewać prosto w oczy. Jeżeli nie ma się kontaktu wzrokowego, to traktuje się taką osobę jak kogoś, kto chce coś ukryć.

Jeśli ktoś cię poznaje na ulicy i podchodzi do ciebie, to dalej jesteś jak niegdyś „Panem Raz, Dwa, Trzy…”, czy jesteś Adamem Nowakiem?

(śmiech) Muszę się przyznać, że nie lubię takich spotkań w sytuacjach, kiedy akurat muszę wyjść z domu i coś załatwić, albo jak źle się czuję, jestem chory... Jestem wtedy zamknięty w swoim w świecie. Ja mam coś takiego – jak to powiedziała Agnieszka Szydłowska w Trójce – że jestem poetą o twarzy bandyty. Mężczyzna nie musi być piękny i jego brzydota twarzowa wcale nie musi odzwierciedlać tego, co jest w środku. Więc jeśli ludzie mają odwagę, to podchodzą i są to bardzo miłe wyrazy sympatii i szacunku wobec tego, co robimy. Coraz częściej ludzie doceniają nasz pomysł na bycie w muzyce w Polsce. Żeby robić to, do czego człowiek został przeznaczony, nie skakać wyżej, niż można skoczyć. Nie robić kroków, nie podejmować decyzji, które mieszają ludziom w głowach. Jeżeli wykonawca wypowiada się tak, że jest to niekompatybilne z tym, co śpiewa, to ma kłopot. My nie lubimy wciskać ludziom kitu i nigdy tego nie robiliśmy. Ludzie ufają w to, co robimy, bo robimy to naprawdę. Jeśli ja w swoich piosenkach przekazuję jakieś treści, wynikające z mojego doświadczenia, to znaczy, że staram się również tak żyć. Nie zawsze mi się to oczywiście udaje, ale usiłuję być częścią mojej twórczości, bo ta twórczość jest częścią mnie. Powinna być wiarygodna. Nie wystarcza, że jest nawet najlepiej wymyślona i wyprodukowana. Potrzeba tego „czegoś” jeszcze. I to „coś” czyni nas być może wiarygodnym w życiu i na scenie. Nie pytaj, co jest to „coś”, bo nie wiem.