MARCIN CICHOŃSKI: Co sprawiło, że tyle musieliśmy czekać na Pana nowa muzykę?

ANDRZEJ SIKOROWSKI: Są ludzie, którzy mają tak zwany słowotok, produkują wiele i potem dokonują pewnego rodzaju wyborów. Ja jednak nie należę do pracowitych twórców w tym sensie, że dość długo noszę się i pieszczę ze swoimi piosenkami. W związku z tym każda kolejna płyta - czy to w przeszłości zespołu Pod Budą, czy też w ostatnich latach moja autorska, bądź z moją córką - jest odległa od poprzedniej o kilka lat. To wynika z mojej natury, z pewnego rodzaju temperamentu twórczego. Nie należę do tych, którzy rano siadają przed kartką papieru lub przed ekranem komputera z postanowieniem, że oto pojawi się jakiś kolejny tekst, a za moment kolejna melodia, a co za tym idzie kolejna piosenka. Mam przywiązanie do tradycyjnej formy piosenki, która dla mnie musi być pewnego rodzaju opowieścią, historią, musi być spuentowana, musi mieć jakiś morał, jakieś przesłanie. Pisanie małej historyjki, małego opowiadania wymaga cierpliwości. Trzeba mieć pokorę wobec tego, że piosenka ma bardzo poważną siłę rażenia - dobrze napisana potrafi zrobić więcej niż niejedna trzystustronicowa książka, bo ma inny zasięg. Bardzo szybko, bo w trzy minuty ktoś zapoznaje się moim pomysłem na życie, z moim światem, z moim kawałkiem mojego Krakowa... Tworzenie to jest proces długotrwały - mam pewną wprawę językową wynikającą pewnie z wielu lat pisania, ale również ze studiów filologicznych. Kiedy gdzieś w głowie już sobie tę piosenkę wykombinuję, wymyślę, o czym ma ona być, to jaki ma być jej przebieg - to potem samo zapisywanie tego w postaci wierszowanej rymowanej jest stosunkowo krótkim procesem. Natomiast najwięcej czasu zajmuje mi właśnie to, żeby wykombinować, o czym ona ma być. I to czasami trwa tydzień, czasami dwa, a czasami miesiąc. Myślę o kolejnych piosenkach, robiąc zakupy, stojąc pod prysznicem, w kinie, przed telewizorem. Tworzę w głowie cały czas.

Panie Andrzeju, z uwagą wsłuchiwałem się w teksty nowych piosenek. Czy pojawiający się tam mędrzec, który ma być celebrytą, to nie jest przypadkiem oksymoron...

Jest... Stąd to marzenie, żeby to nie był oksymoron. Ja cały czas tęsknię za światem, który ucieka. Bo wychowany w dość konserwatywnym środowisku w Krakowie, mam wielkie przywiązanie do tradycji i do tego minionego, które pod naporem współczesności, bardzo rozpasanej, aktywnej, skomputeryzowanej, skomercjalizowanej, ustępuje. Z jednej strony zdaję sobie sprawę, że to zjawisko jest nieodwracalne. Ale jestem z tym pogodzony - nie jest tak, że ze względu na to, jaka jest rzeczywistość, mam chęć zrobić coś brzydkiego albo popełnić samobójstwo. Natomiast bronię się właśnie przy pomocy piosenek, w których wciąż robię odnośniki do przeszłości, która jawi się jako trochę inny świat, w którym było może trochę więcej miejsca na zastanowienie, może większy szacunek dla tego, co dzisiaj się określa trywialnie sensem świata. W którym inteligent to był ktoś, a nie troszeczkę zmarginalizowany człowieczek, dziwadło, które niekoniecznie kocha Facebooka itd. Wspomniał pan o tekście piosenki "Wyspa wolność" - to jest właśnie moja tęsknota za taką wyspą. Proszę gwiazdy, żeby ona naprawdę gdzieś była, chociaż mam świadomość, że żyjemy na zupełnie innym lądzie. To moje poszukiwanie od lat jest - jak zauważam - bliskie pewnej grupie ludzi. Mam głębokie przekonanie, że ludzie ci przyjdą na kolejny mój koncert, może kupią nową płytę -  bo tak się od wielu lat dzieje - i ta publiczność też mnie trzyma. To nie znaczy, że ja ledwie wiążę koniec z końcem - ale ta publiczność daje mi przekonanie, że to jeszcze ma jakiś sens. A przecież mając tyle lat ile mam, mogę zupełnie spokojnie siedzieć na głębokiej emeryturze. Ale słuchacze dają mi wsparcie i przekonanie, że wychodzenie z domu, wsiadanie do samochodu, jechanie na drugi koniec Polski, żeby się z tymi ludźmi spotkać, jest zasadne. Oni coś ze mnie mają - często spotykam z takim stwierdzeniem, że "ja to coś od Pana sobie wziąłem, coś sobie przywłaszczyłem, coś ze sobą noszę – jakiś pana pogląd na rzeczywistość jest mi bardzo bliski". To pozwala mi ufniej spoglądać w przyszłość.

Wracając jeszcze do sformułowania o mędrcu-celebrycie, ale wracając też do poprzednich nagrań – muszę zapytać o to, co pan śledzi. Pan jest obserwatorem świata celebryckiego, napisał pan kiedyś utwór "Talk-show". By go napisać, trzeba było obserwować.

Tak, to prawda, obserwuję. Zawsze uważałem, że świat, w którym żyjemy, dla bacznego obserwatora jest niekończącym się źródłem pomysłów na piosenki... Gdy pisałem "Talk-show", a było to wiele lat temu, wydawało mi się, że pewien wycinek współczesnych mediów już tak zgłupiał, że w zasadzie głupiej być nie może.

A jednak się dało…

To fascynuje, że jak się dobrze pokombinuje, to świat może jeszcze bardziej zgłupieć. To o tyle smutne, że ja zdaję sobie sprawę również z tego, że jestem reprezentantem pewnego określonego pokolenia. Pokolenie mojej córki czy jeszcze młodsi od niej ludzie nie mają skali porównawczej - przyjmują obecny medialny stan rzeczy jako coś obowiązującego, bo nie wiedzą, że mogło być znacznie lepiej, wzruszająco, piękniej muzycznie i tak dalej... Kiedyś była cenzura, musieliśmy kombinować, żeby nie urazić sojuszy z Ruskimi i przeskakiwać jeszcze wiele innych rzeczy. W porównaniu z tym, co dzieje się obecnie w wolnym przecież kraju, to były Himalaje intelektu. Teraz można w zasadzie wszystko napisać, wszystko zaśpiewać, a ludzie, którzy tworzą piosenki, zachowują się tak, jakby nic oprócz jakiegoś takiego miałkiego bleblania się nie działo, jakby nic ich nie interesowało. Zupełnie przepadł gdzieś po drodze etos autora piosenek. Ludzi, którzy pisali zawodowo teksty i zawodowo komponowali. Dzisiaj młodzi ludzie piszą sobie sami, żeby nie dzielić się z nikim prawami autorskimi, albo korzystają z tak zwanego publishingu, który jest dość popularnym sposobem na robienie piosenek. Wie pan, jeżeli dochodzi do takich paradoksów, że premiery Festiwalu Polskiej Piosenki - podkreślam polskiej - w Opolu wygrywa piosenka napisana przez jakiegoś Belga wzięta z półki, to chyba nie jest tak, jak trzeba.

Muszę zaprotestować. W Polsce scena piosenki zaczęła się rozwijać na nowo, czego przykładem jest Fryderyk dla debiutu roku dla Korteza, który pojawił się znikąd i dał kontrę światu, o którym pan mówi.

Chwała Bogu, ma pan rację. To jednak na razie rodzynek i najwyżej zapowiedź, że może coś w tej materii drgnęło. Natomiast zdaję sobie również sprawę, że to jest Kortez – a festiwal wygrywa piosenka śpiewana przez Michała Szpaka. Nie mam zresztą nic do tego młodego zdolnego człowieka -  to jest fajny gość, który potrafi używać aparatu głosowego. Ale mam równocześnie pełną świadomość, że jest lansowany przez jakąś wytwórnię, która wyciśnie go jak cytrynę - bo przecież tak wygląda ten proces. On jest interesujący najbardziej dlatego, że jakieś panienki są zakochane w jego długich włosach, kolorowych paznokciach... Kortez - powiedzmy sobie szczerze - to nie jest facet, na którego koncercie nastolatki będą wyły z zachwytu.

Zdziwił by się Pan. Byłem i wyły.

Jeśli tak, to jest to dla mnie miła wiadomość. Mogę mu tylko pogratulować i cieszę się, że tacy ludzie są.

Wrócę jeszcze do wolności, która jest obecna w tekstach na pana płytach - czy my Polacy potrafimy upajać się wolnością?

Mamy z tym problem. Nie chcę robić wykładów historycznych, ale gdyby prześledzić polską historię, jesteśmy narodem, który jak już łapał do ręki wolność, to robił wszystko (a ta historia się powtarza), żeby ją utracić - żeby nas rozebrali i zagarnęli. My się wolnością nie potrafimy wspólnie cieszyć. Koncentrujemy się na sobie dopiero, jak jest bieda. Kiedy mamy jakiegoś określonego wroga, kiedy siedzimy pod czyimś butem, to zaczynamy dojrzewać do tego, żeby wspólnie się przeciwstawiać. Stać nas na piękne gesty. Kiedy trzeba było zebrać 6 milionów na operację w Ameryce dla bardzo potrzebującej osoby, którą pokazano w telewizji, to w dwa dni potrafiliśmy to zrobić. Natomiast jak trzeba coś wspólnie zbudować, to wtedy podzielimy się - dziesięciu Polaków podzieli się na pięć par i będziemy się zaciekle zwalczać. Rzeczywiście mamy kłopoty z wolnością - może to dowodzi, że jesteśmy społeczeństwem wybitnym. To znaczy, że mamy takie poczucie autonomii i indywidualności, że nie lubimy wspólnie czegoś budować. Zawsze jakaś Wieża Babel nam się z tego rodzi. Polacy to nie jest naród, który się wolnością potrafi prawdziwie, w racjonalny sposób cieszyć. Jest cienka czerwona linia, która odgradza demokrację od anarchii. Polakom się wydaje, że demokracja to taki stan, w którym wszystko wolno i nic nie trzeba robić. Tymczasem demokracja narzuca bardzo precyzyjne obowiązki na jej uczestników. A u nas się to bardzo łatwo anarchizuje -  mówimy: "a co, kurcze, nikt nam nie podskoczy". Polska, biało-czerwoni i jazda!

Gdy jesienią 2016 roku wychodzi pan pospacerować po Krakowie, czuje się pan jak  postać z piosenki z pana płyty, czyli "Idol z brodą"? Poznają pana ludzie, podchodzą, zaczepiają?

Mnie ludzie w Krakowie czasem rozpoznają, ale to jest rodzaj miłej popularności. To jest uśmiech, czasami ktoś chce fotkę. Mieszkam w centrum Krakowa, więc codziennie jestem przed południem w takim krakowskim barze, gdzie piję rytualną herbatę i jem obwarzanka, i tam ktoś mnie może spotkać. Czasami to są szokująco pokoleniowe sprawy. Młoda dziewczyna podchodzi, a ja już cały się puszę. I wtedy ona prosi o autograf… dla babci. To nie jest popularność faceta, którego napastują, szarpią na nim ubranie, takiego idola, który musi używać bodyguarda, bo mu fani zatruwają życie. W teledysku, który zrobiłem do piosenki tytułowej – "Okno na Planty" - jest taki moment, że idę ulicą, jedzie dorożka i ktoś mnie z niej pozdrawia, bo mnie zna. To nie jest reżyserowane – ja tak swobodnie się w Krakowie po prostu czuję.