WOJCIECH PRZYLIPIAK: Za kilka dni dasz u nas dwa koncerty. Jest szansa, że przyjedziesz choć z częścią zabytkowych, wyjątkowych instrumentów, które można usłyszeć na płycie "Citizen of Glass"?

AGNES OBEL: Nie uda mi się zabrać wszystkich. Transport niektórych z nich jest bardzo trudny. Trautonium to instrument niezwykle delikatny i ciężki, jego przemieszczanie nie jest wskazane. Zdaje się, że są tylko dwa takie na świecie, jeden zbudowany specjalnie dla mnie. Został wymyślony pod koniec lat 20. zeszłego wieku i ma piękne, chłodne brzmienie pasujące do klimatu płyty. Jak tylko pojawił się jej tytuł i pomysł, zaczęłam szukać instrumentarium, które ma zimne, transparentne, jednocześnie delikatne brzmienia. Łączące klimat baśniowy z sennym koszmarem. Wyszukiwałam je często na aukcjach internetowych i teraz wypełniają moje mieszkanie w Berlinie. Dzięki temu przypomina mieszkanie w rodzinnej Danii przed laty. Mój tata, który niestety odszedł kilka lat temu, niespełniony muzyk, też zbierał różne instrumenty. Ja dzięki pracy nad "Citizen of Glass", oprócz wspomnianego trautonium, mam też m.in. szpinet, czyli rodzaj klawesynu z XVII w. Sporo kompozycji na płytę napisałam z kolei przy użyciu czelesty. Wracając do koncertów, trudno będzie mi zabrać wspomniane wyżej instrumenty, ale na pewno będą ze mną chociażby melotron, harfa czy klarnet.

W jednym z wywiadów powiedziałaś, że już po nagraniu "Citizen of Glass" uświadomiłaś sobie, że może być niezwykle trudno grać ten album na żywo.

Tak. Po pierwsze, z powodu, o którym wspomniałam wcześniej. Poza tym nowe piosenki są naprawdę trudne. Także jeśli chodzi o wokale, bawię się w nich głosem jak nigdy wcześniej. To bez wątpienia najbardziej wymagająca dla mnie płyta. Nagrywając kompozycje, nie zastanawiałam się, jak będzie brzmiał na żywo. Później było małe "ups" (śmiech). Muszę się bardzo skupić na żywo, dlatego też na scenie nie będzie żadnych fajerwerków. Delikatny klimat ze spokojnymi światłami pasującymi do opowieści na płycie. Muszę też koniecznie uprzedzić ekipę, by nie było dymu na scenie. Mój sposób śpiewania wymaga ode mnie brania dużych wdechów, używam sporo powietrza, dlatego wdychanie dymu niespecjalnie mi pomaga. Zdarzyło się, że miałam przez niego problemy.

Tytuł płyty odnosi się do niemieckiego określenia "gläserner mensch" czy też "gläserner bürger". Kiedy się z nim zetknęłaś i co oznacza?

Trafiłam na to określenie jakiś czas temu w niemieckiej prasie. Używane jest w kontekście poruszania problemu naszej prywatności, inwigilacji ludzi. Od razu pomyślałam o tym, że często sami pozbawiamy się swojej prywatności, sekretów, stajemy się transparentni, dzieląc się nawet najbardziej intymnymi aspektami naszego życia z obcymi. Nie mamy problemu na przykład z umieszczeniem kamery w naszym pokoju rejestrującej nasze życie. Taka otwartość jest dla mnie pociągająca, bo sama jestem raczej osobą zamkniętą w sobie. Opowieść o ludziach jakby ze szkła, bez tajemnic wydała mi się jednocześnie poetycka, ale też lekko przerażająca. To się stało punktem wyjścia tego koncept albumu.

Na płycie odwołujesz się także do literatury. Kompozycja "Red Virgin Soil" to wynik twojej fascynacji literaturą rosyjską?

Tak, odnosi się do słynnego magazynu literackiego wydawanego w Związku Radzieckim w okresie międzywojennym ("Krasnaja now" – red.). Tworzyło wtedy wielu wybitnych literatów, chociażby Isaak Babel albo Jurij Olesza, którego powieść "Zawiść" z 1927 r. (po raz pierwszy wydrukowana w "Krasnaja now") stała się bezpośrednią inspiracją dla piosenki "Golden Green". Opowiada o konflikcie pokoleń, dwóch ścierających się postawach, dwóch postawach społecznych: popierającej ustalony porządek i postawy otwartej na zmiany, nowoczesnej. Mam wrażenie, że tamte lata mają wiele wspólnego z tym, co się dzieje dzisiaj. Technologia pobudzała wyobraźnię i tak jest też teraz. Ślepo w nią wierzymy i z nią wiążemy przyszłość. I tu wracamy do tego, co mówiłam w poprzedniej odpowiedzi. Dzięki niej dzielimy się najintymniejszymi sferami naszego życia.

Od dekady mieszkasz w Berlinie. Jak z perspektywy czasu patrzysz na duński rynek muzyczny? Kino jest u nas dobrze znane, ale muzycznie chyba wciąż brakuje na nim fajerwerków.

Niespecjalnie tęsknię za tamtą sceną, bo ona zawsze była bardzo skierowana na pop. Artystów ocenia się tam przez pryzmat komercyjnych sukcesów. Alternatywnym twórcom nie jest łatwo. Mam wrażenie, że z kinem też niestety trochę poszliśmy w tę stronę. 20 lat temu, kiedy narodziła się Dogma, chodziło o artystyczny wymiar kina, powiedzenie czegoś ważnego. Dzisiaj myśli się w komercyjny sposób. Ten ruch zjadł jego własny sukces, popularność. Miałam okazję doświadczyć jego artystycznego wymiaru, bo w latach 90. pracowałam w Zentropie (wytwórni Larsa von Triera), obok mojej cioci, brata i całej rzeszy znajomych. Wtedy poruszano odważne tematy, bawiono się sposobem opowiadania historii. Cieszę się jednak, że wyjechałam do Berlina, bo z tej perspektywy widzę, jak artystyczna społeczność jest w Danii zamknięta, jak wchłania w swój trybik i często zmusza do ustępstw i wciąga w popkulturowy mechanizm. Bardzo nie chciałabym przekroczyć tej granicy komercjalizmu mojej twórczości. Mam niesamowite szczęście, że na tym poziomie mogę z moją muzyką jeździć po całym świecie, i byłabym zadowolona, gdyby tak zostało.