MARCIN CICHOŃSKI: Skąd u ciebie fascynacja okresem hipisowskim i samą Joni Mitchell. Dla osób, które są kojarzone z jazzem, to nie jest najbardziej oczywisty wybór. 

MONIKA BORZYM: Wbrew pozorom nie jestem zafascynowana okresem hipisowskim. Jestem zafascynowana kunsztem literackim jak i kompozytorskim Joni Mitchell. Jej absolutnie wyjątkowym językiem muzycznym, który jest totalnie niepowtarzalny. Twórczość Joni jakoś się w Polsce nie przebiła, a to przecież  klasyki muzyki, tyle że folkowej, która nie jest u nas popularna. Miałam taką misję nawet - żeby wrażliwą polską publiczność, która jest otwarta na tak wiele nowych brzmień zapoznać również z tymi pięknymi piosenkami, które zasługują na to, by je lepiej znać.

Zamiast tego spotkałaś się z krytyką, że nie nagrywasz nic swojego i zasłaniasz się coverami.

Tak było, a przecież poprzednią płytę nagrałam właśnie taką, swoją. Jakoś nikt wyjątkowo nie pisał na ten temat. Swoje płyty nagram wtedy, kiedy będę czuła, że to jest właśnie to, co mam ochotę w tym momencie powiedzieć. Wyrosłam w środowisku muzyków jazzowych u których naturalne jest, że gra się tak zwane standardy i nikomu to nigdy nie przeszkadzało. Skoro mnie wszyscy kategoryzują jako wokalistkę jazzową - chciałabym z tego przywileju korzystać w pełni.

Ciężko było dokonać wyboru nagrań z repertuaru Joni Mitchell?

Muszę chyba zacząć od tego, że wybrałam okres, kiedy muzyczna strona poczynań Joni Mitchell była dla mnie jako odbiorcy najmniej satysfakcjonująca. To ten pierwszy etap, kiedy ona muzycznie jest jeszcze nieopierzona, natomiast kompozytorsko już jest geniuszem. Nie śmiałabym tknąć genialnych nagrań, tych z innymi muzykami, stworzonych po 1975 roku. Rozmawiałam z ludźmi, którzy nie zakochali się w jej twórczości z końca lat sześćdziesiątych i początku siedemdziesiątych, bo nie byli w stanie przebrnąć przez te piosenki i dokopać się do piękna tego materiału. Postanowiłam zrobić tym piosenkom pewnego rodzaju remont, uwspółcześnić je, ale mimo wszystko w klasyczny sposób. Z poszanowaniem dla tradycji.
Sam proces wyboru wyglądał tak, że w kółko słuchałam siedmiu płyt Mitchell  z tamtego okresu. Przyznam, że mi też ciężko było ich słuchać. Ale jeżeli jakaś piosenka mnie czymś zainteresowała, to wrzucałam ją do kolejnego folderu. Potem słuchałam tych nagrań z folderu i dokonywałam kolejnej selekcji. Kiedy zostało mi tych piosenek około dwudziestu, to zaczęłam się skupiać konkretnie na tym, czy mogę odnaleźć siebie w tych utworach. Czy będę miała poprzez nie coś do powiedzenia. No i oczywiście czy są one plastyczne na tyle, żeby można było je rozłożyć na czynniki pierwsze i złożyć jeszcze raz.

Znasz na pewno słynnego suchara o jazzmanach? „Kupiłem Twoją płytę” - „A to ty”. Powiedz – jak ten dowcip ma się do twej rzeczywistości?

Akurat moje płyty się sprzedają (śmiech). Bardzo się z tego cieszę, ale z drugiej strony  mam taką politykę, że staram się, by te płyty nagrywać przystępnie. Uważam, że fajnie byłoby żeby ludzie mieli okazję tę muzykę poznać i  zrozumieć. Jeżeli ktoś jest ortodoksyjnym  słuchaczem jazzu to szuka  trudnych i bardziej wyrafinowanych płyt niż moja. A ja jestem pomostem.

Pomiędzy muzyką popularną, a jazzem?

Tak i ani nie będę uwielbiana przez słuchaczy, którzy są radykałami jazzowymi, ani nie jestem uwielbiana przez osoby, które są miłośnikami muzyki tak zwanej użytkowej czy rozrywkowej. Gram muzykę, której też sama szukam -  która zaspokaja mnie w sposób czysty. Mówi do mnie komunikatem emocjonalnym, a z drugiej strony nie jest prostacka.

Waląc bez ogródek – nie masz problemu, by grając to, co grasz, żyć tylko z muzyki?

Nie mam. Od sześciu lat niezmiennie żyje z muzyki i tylko z tego. I na razie tak pozostanie. Dodatkowo zdaję sobie sprawę z tego, że możliwość utrzymywania się z muzyki taką jaką chce się grać jest u nas wielkim przywilejem. Muzyka to całe moje życie. Mam jakieś plany awaryjne na przyszłość, natomiast póki tylko będzie opcja grania i będzie mi to sprawiało frajdę, to  jakiś chwilowy brak totalnej ciągłości stabilizacji finansowej będzie dla mnie akceptowalny.

Znów pojawiasz się na płycie Tego Typa Mesa. Co musi się stać żebyś wzięła udział gościnny na czyjeś płycie? Prawdą jest, że częściej odmawiasz?

Odmawiam rzeczywiście często,  bo dużo propozycji mi się nie podoba. Bardzo ważne są dla mnie relacje interpersonalne. Z Piotrkiem (Szmidtem, znanym jako Ten Typ Mes) mam przyjacielską relację od dziesięciu lat. Wspieramy się w wielu różnych wydarzeniach życiowych - nie tylko muzycznych. Dla mnie każda jego kolejna płyta jest wydarzeniem również na skalę mojego życia, nie tylko w skali jedynie fonograficznej. Spotykamy się towarzysko. Ot tak, żeby porozmawiać o życiu, o  rozterkach, często też tych z życia artysty. Ale kiedy jest do zaśpiewania coś na jego płytę - zawsze to robię. Bardzo się z nim utożsamiam i bardzo wiele jego przemyśleń życiowych trafia do mojej głowy. Poza tym bycie związaną z hiphopowym środowiskiem daje mi możliwość pośpiewania czegoś innego od tego, co robię na co dzień.

Udział w programie „Superstracie” miał pokazać ciebie z zupełnie innej strony, pokazać jak dobrze radzisz sobie poza jazzem?

Bo przede wszystkim jestem wokalistką i po prostu lubię śpiewać. Nie uważam sama siebie za muzyka jazzowego, ponieważ taki typ to przede wszystkim  muzyk improwizujący. A ja po to sięgam rzadko. Wydaje się jednak, że bliżej mi do jazzu niż do popu, jeżeli już ktoś mnie koniecznie chce wsadzić do jakiejś szufladki.

Traktujesz to jako dobre doświadczenie?

Moje podejście jest pełne różnych emocji. Początkowym powodem, dla którego się w ogóle tam wybrałam, był fakt możliwości pośpiewania sobie różnych rzeczy, których nie mam gdzie śpiewać na co dzień. No, chyba że pod prysznicem. Ta potrzeba została spełniona i do tej pory się tym jaram. Tak szczerze, to sporo dowiedziałam się o swoim wokalu i o swoich możliwościach głosowych.
Jeżeli chodzi jednak o to, co nam obiecywali, jak ten program miał wyglądać: miałam mieć dużo większą swobodę w kreowaniu tych przedstawień. Jak to zwykle bywa w telewizji - tak się nie stało...  Producenci wciąż chcieli decydować za mnie co jest fajne do zaśpiewania i w czym mi do twarzy, a w czym nie. Często się z tym nie zgadzałam  w przeciwieństwie do innych moich kolegów bardzo radykalnie o to walczyłam.  To spotkało się z dużą dezaprobatą… Już mnie nie zapraszają do takich programów (śmiech). Absolutnie nie żałuję.
Mam swoją organiczną publiczność, która jest ze mną od lat i czułam się w obowiązku być uczciwa wobec nich i  wobec siebie. Muszę i chcę być niezależna bez względu czy ktoś mi za to płaci czy nie. Dlatego buntowałam się i nie pozwalałam decydować w  co mam się ubrać albo, żeby w kategorii „ muzyka świata” zaśpiewać „Waka, waka” Shakiry (śmiech).