Pan raper na swoim

W silnie skomercjalizowanym świecie zasadne wydaje się rozpoczęcie tekstu od wspomnienia tych artystów, którzy odkryli w sobie żyłkę biznesową i założyli wytwórnie, by zminimalizować wpływ osób trzecich i zmaksymalizować własne zyski.

Najbardziej karkołomną próbą wydawała się ta podjęta przez B.R.O. Owszem. Warszawianin za jeden z poprzednich albumów („High School") zgarnął nawet Złotą Płytę, ale nie zdążył jeszcze okrzepnąć na rynku i na własnej skórze poznać wszystkich mechanizmów nim rządzących. Pod skrzydłami własnego brandu S!EMANKO wydał jednak mixtape „Człowiek Progress” – mordujący naturalny dryg do pop-rapu i zdradzający, że reperkusją wieloletniego hejtingu stało się niedopieszczenie przechodzące w agresję.

Problemów z ego nie mieli i raczej już mieć nie będą Solar i Białas. Duet przekształcił nieformalną grupę SB Maffija w wytwórnię i szybko zaanonsował nadejście płyty „#nowanormalność”, która w ostatecznym rozrachunku więcej obiecuje niż faktycznie daje, głównie przez chorobliwe dążenie do podbicia każdej możliwej stylistyki. Z jednej strony autorzy biorą na warsztat trudne elektroniczne bity obnażające ich braki we flow, z drugiej – marnują swoje siły na plastikowe, eskopodobne podkłady. Szkoda, tym bardziej że potrafią pisać jak mało kto, o czym przekonuje tytułowy utwór.

Na swoje poszedł również ten, który od początku kariery przemierza szlak po czek. VNM spełnił swoje marzenie o De Nekst Best, przedstawiając w grudniu kolejne solo – „HALFLAJF”. Wsparty przez armię producentów nagrał krążek tyleż dobry na każdym poziomie, ile do bólu przewidywalny, stanowiący kontynuację zeszłorocznego „Klaud N9JN” z analogicznymi refleksjami na temat życia. Nieco kolorytu wprowadza współtworzony przez młodszych kolegów po mikrofonie „Cypher 2.0”, czyli banger co się zowie, nawet mimo koślawego występu Sztossa.

Honor uprawiających własne poletko uratował radomski raper KęKę. „Trzecie Rzeczy”, zamykające niepisaną trylogię dotyczącą walki z nałogiem alkoholowym, to jeden z najmocniejszych albumów ostatnich dwunastu miesięcy. Podpita fraza ustąpiła miejsca miarowemu wybijaniu kolejnych wersów, agresywne wnioski przeszły w próbę zrozumienia własnych emocji, a i okazało się, że ucho do nowoczesnych bitów może działać dużo lepiej niż przy poprzednim materiale.

Z konceptem do mnie mów

Konceptualny album nieodłącznie wiąże się z pojęciem pomnika. Kiedy elektryzuje barwnością spostrzeżeń i wciąga w swój mikroklimat, pozwala zbudować cokół. Kiedy jednak coś pójdzie nie tak, nawet z najpiękniejszej rzeźby zostaje wyłącznie sterta gruzu. I parę tych stert rok 2016 ma na sumieniu.

Weźmy choćby – nomen omen – „Marmur”. Doceniany zewsząd Taco Hemingway odwołał taryfę ulgową w postaci imprezowej Warszawy, której zakamarki zna jak własną kieszeń, rzucając się na głęboką wodę. Dokładniej: bałtycką, materiał rozgrywa się bowiem w nadmorskim, odrealnionym hotelu. Ta wycieczka nie wyszła mu na dobre, gdyż obserwacje straciły trochę na zgrabności, linijek do cytowania jakby mniej i z całą mocą powróciło pytanie: czy ten człowiek ma odpowiedni warsztat do nawijania? Niestety nie ma – a to ciężka przewina, jeśli nagrywasz utwory, nie audiobooki.

Temat podróży i związanych z nimi środków transportu zebrał zresztą żniwo także wśród innych. Golin (którego od poklepywania w podziemiu bolą już zapewne plecy) wypuścił podróżnicze „Miasta Krzywych Wież”, pokazując zebranym, jak wygląda człowiek, który najpierw połknął słownik, a potem zadławił nim dobrze zapowiadający się album. Wystartować nie udało się Tedemu, bo „KEPTN'” ugrzązł w tekstach brzmiących jak nieudany freestyle, kontrolowanej ironii i odgrzewanych pomysłach na bity.

Znacznie lepiej sprawy się miały, gdy trzeba było uciec w nie tak daleką, potencjalną przyszłość i uderzyć w katastroficzne tony. Oskar i Steez z PRO8L3M-u udowodnili, że rozumieją się bez słów, choć i tych nie brakowało na ich krążku. Najbardziej elokwentny z uliczników stworzył spójny obraz świata po metaforyczno-fizycznej zagładzie, w którym żądze idą przodem, a człowiek jest z góry na przegranej pozycji. Wszystko to poprowadzone z rozmachem na zapadających w pamięć podkładach, tak różnych od tych wykorzystujących do cna polskie sample. Na większą nawet uwagę zasługuje przy tym „Ucieczka Z KoloniiRoszji i Magiery, którą mało osób dotąd słyszało. Wrocławski duet zręcznie włącza w krąg swoich zainteresowań tegoroczne światowe nastroje, nie tracąc z pola widzenia liryzmu wpisanego w snucie historii jeszcze niedokonanych, a klasycyzującymi bitami hipnotyzuje jak mało kto w tym roku.

Osobne wyróżnienie należy się Ostremu. Uniósł on ciężar, jakim jest nagranie albumu na temat choroby bez gloryfikowania samego siebie. Nie widzimy więc ostatniego sprawiedliwego, lecz faceta z krwi i kości, który wie, że jego tryb życia doprowadził do wybuchu płuca. Mimo że „Życie po śmierci” to aż dwadzieścia trzy utwory, znużenia nie ma. I za to dodatkowe brawa dla Killing Skills, którzy lotu przez inspiracje nie okupili turbulencjami.

Sztuka spadania ze składaka

Dwa albumy producenckie, dwie płyty prezentujące wytwórnię i na dodatek dwa materiały, które miały pokazać skonsolidowaną moc polskiego rapu. W sumie sześć wydawnictw mieszających style. Niestety tylko jeden z nich nie powinien odejść w zapomnienie.

Nim jednak o nim – najpierw ciemniejsza karta dokonań. Wytwórnie QueQuality i Step Records wypuściły na rynek krążki, które w założeniu miały udowodnić potencjał drzemiący w ich kadrach. „Hip-Hop 2.0” od QQ okazał się nieznośną, małoletnią fanfaronadą na nowych bitach, choć zgromadził rokujących raperów. Materiał zaczął się i skończył na utworze numer dwa – „Ōmori ŌmoriGuziora. To jeszcze można zrzucić na karb prób i błędów nowego labelu, ale cóż począć z „Rapem Najlepszej Marki 2” od Step Records? Najlepiej nie poczynać nic, gdyż trudno tu cokolwiek wyróżnić.

Blichtr i przedwczesna celebra zgubiły też „Empire Force One” i „De Nekst Best Mixtape”. Pierwsza z wymienionych płyt przekazała słuchaczom, że nawet wypadkowa doświadczonych nawijaczy i młodych wilków nic nie da, gdy brakuje spójnej koncepcji (tym większy szacunek dla Żabsona, który pozostawił dobre wrażenie). Druga – że dramatyczne stężenie talentu na metr kwadratowy i tak zostanie zniweczone, kiedy do głosu dojdzie wybujałe ego.

Łączenie muzyki miejskiej, orientu i filharmonii pogrzebało „OrchestręPawbeatsa. Mocno obrywający od recenzentów producent przymierzał się do eklektycznego materiału kompatybilnego z kołnierzykiem i bluzą, a wyszedł z tego niestrawny miszmasz przeładowany egzaltacją, której nie zdołali przełamać m.in. KęKę i Dwa Sławy. Wyjść z twarzą – i to w naprawdę dobrym stylu – udało się Little'owi i Chwiałowi, czyli The Returners. Ich „Nowa Stara Szkoła” uwodzi wszystkim, za czym tęskni polski odbiorca rapu – rzeczowa selekcja gości, poleganie na atutach w kwestii muzyki oraz brak zapychaczy. Żadne to przełomowe wydarzenie w skali historii, ale na pewno rzecz, której nie wypada przegapić.

Droga radioty

Ostatnimi czasy największe rapowe zamieszanie w radiach i stacjach telewizyjnych robili reprezentanci MaxFloRec. Często trafiali do nich dzięki mdłym, idealnie stargetowanym kawałkom dla każdego i dla nikogo, ale w tym roku szczęśliwie znalazło się kilku śmiałków, którzy przełamali tę konwencję. Jeden z nich działa zresztą w MFR, tyle że podąża inną ścieżką. Mowa o Vixenie – człowieku orkiestrze, który wyprodukował i wyrapował większość „Vixtorii”. Jego nowy album to niezwykle nośna, a przy tym angażująca płyta z naturalistycznymi sztychami powtykanymi w przyziemne tematy.

W korespondencyjnym pojedynku Bisza i Mesa – raperów, którzy w swojej twórczości coraz mocniej zacierają granice między gatunkami – wygrywa ten pierwszy. Lata tworzenia w ramach B.O.K. dały o sobie znać, gdy przyszło nagrać „Wilczy Humor” wraz z Radexem. Dzięki doświadczeniu z instrumentami i zmysłowi bydgoszczanin z rozwagą porusza się w lekkich klimatach, nie rezygnując przy tym z gorzkich refleksji (chociaż nieco więcej w nim radości). Ten Typ stoi za to w rozkroku. Odbił już tak daleko od innych pod względem zainteresowań i prób, że kroczy sam i zwyczajnie brakuje mu jeszcze rozeznania, przez co musi wytaczać drogę po omacku. „AŁA.” brzmi więc jak wynik okresu przejściowego – ale wynik i tak więcej niż porządny, bo pomysły są, a flow niezmiennie na złoty medal.

DronyFisza i Emade stanowią zupełnie osobną kategorię przez wzgląd na świadomość muzyczną. Tworzywo trzyma się mocno, tym razem eksplorując brzmienia bliskie tym, które można odnaleźć na płycie „CurrentsTame Impali. To właściwa droga, szczególnie przy wieloznacznych tekstach przywołujących uczucie straty. Jeśli już się do czegoś przyczepiać, to tylko do tego, że „Mamuta” nie przebito.

Na zawsze dobra marka

Przeglądając zapowiedzi płytowe w grudniu 2015 roku, można było w ciemno obstawiać, że ci, którzy tworzą obecnie trzon rodzimych rymów i bitów wypuszczą jeśli nie bardzo dobre, to przynajmniej porządne albumy. To nie myślenie życzeniowe – po prostu nie zdarza im się schodzić poniżej pewnego poziomu i musiałby nastać jakiś kataklizm (albo wyjątkowo zuchwały najazd młodych zdolnych), by nie znaleźli się wysoko w podsumowaniach.

Warto od razu wspomnieć o tym, który niespodziewanie pozamykał usta krytykom. Mowa o Vieniu, którego zmyślnie napisane „HORE” przenosi odbiorcę w duszną rzeczywistość toczoną przez chorobę psychiczną, a klaustrofobiczny klimat potęguje odklejona od rodzimego standardu warstwa muzyczna stworzona przez Qbę Janickiego. Na tym tle bledną dokonania kilku raperów, którzy wypuścili zachowawcze krążki, pompujące głównie setlisty koncertowe samych zainteresowanych. „Stabilizator weterana” mają na koncie m.in. Paluch, Onar, Peja i Pelson. Swoje pogra po kraju również Eldo, choć do szczytowej formy mu daleko. Na „Psi” powraca baczny obserwator lubujący się w opowiadaniu historii z perspektywy introwertyka, ale zdecydowanie brakuje mu ikry i błysku. Nuda.

Łatwo zdiagnozować największą bolączkę gatunku – potencjalnych klasyków jak na lekarstwo. Małpa, po latach przygotowań, zaprezentował „Mówi”. Album to zaangażowany i pisany chęcią protestu przeciw światu i scenie, ale w ogólnym rozrachunku bardzo mało komunikatywny. Chciałoby się nawet powiedzieć, że tak dopracowany w każdym calu, że aż nie chce się do niego wracać, bo wypada podziwiać na odległość.

Drugim powrotem z zaświatów był „Ułamek Tarcia” legendarnego Kalibra 44. AbradAb i Joka nagrali kawał bezpretensjonalnego rapu, który trafił zarówno do starych fanów, jak i tych zmęczonych małolatami robiącymi sztukę dla sztuki, lecz o arcydziele nie ma nawet mowy. Tylko i aż bardzo dobra płyta na bardzo dobrych bitach.

Pozostający w znakomitych relacjach z rynkiem wydawniczym Rasmentalism odkuł się po syndromie drugiej płyty. W „1985” pobrzmiewają sprawnie zilustrowane demony Polski B i graniczny, choć zawoalowany ekshibicjonizm, ale to „Za młodzi na Heroda” nadal królują w dyskografii. Swoich najważniejszych pozycji nie przeskoczyli także Bonson z łączącym stare i nowe „Znanym i lubianym” i zawsze błyskotliwy Afrojax z neurotycznym „Nagrałem to, bo nie miałem kasy” (to jednak wciąż czołówka roku). Na półce z wartą posłuchania muzyką stoją twardo kolejni artyści gwarantujący jakość: wiecznie pogodny i zrelaksowany Bleiz („Grill-Funk 2”), mainstreamowo niezobowiązujący i hitowy Sitek („Wielkie sny”), rzucający masą odniesień kulturowych i podążający w swoim kierunku Abel („Hannibal”), poszukujący i chyba wreszcie znajdujący balans między górnolotnymi przemyśleniami a cloudową smutą Gedz („Ameba”) oraz szczęśliwie zakotwiczony w jazz-rapie Eskaubei („Tego Chciałem” z Tomek Nowak Quartet).

To co, rok można spisać bez obaw na straty? Nie do końca. Najlepszy album w karierze wydał duet, który już nic nie musi, ale nadal wiele może. Naturalnie koncyliacyjni Łona i Webber zaatakowali krążkiem „Nawiasem mówiąc” i zgarnęli pełną pulę. Nie mogło być inaczej, skoro – co przyznaję z delikatnym rozczarowaniem – w tekście singlowego utworu „Błąd” dzieje się więcej niż na wielu płytach razem wziętych. Formuła, mimo lat, działa jak perfekcyjnie naoliwiona maszyna. Jeśli mamy mieć za jakiś w środowisku aktywnych muzyków po pięćdziesiątce – życzę sobie właśnie takich.

To idzie młodość

Współprace z markami. Sprawni managerowie pomagający artystom zapełnić kluby w całym kraju. Świadomość jak ważne jest rozwijanie kanałów social media. Wytwórnie-przedsiębiorstwa działające jako kombajny wydawnicze i odzieżowe. To wszystko już u nas funkcjonuje. Brakuje tylko jednego, ale jakże ważnego elementu – profesjonalnego scoutingu pozwalającego wyławiać talenty z podziemia. Na razie mamy działania doraźne; ot, ktoś nagra utwór, dzięki któremu zaistnieje w świadomości słuchaczy i po jakiś czasie zostaje przejęty. Tym oto sposobem wyklarowały się dwa bastiony zrzeszające utalentowanych newcomerów: wspomniane już wcześniej QueQuality oraz Asfalt Records.

Zacznijmy więc od raperów luźno lub ściśle skupionych wokół Quebonafide, ciechanowskiego obieżyświata i self-made mana. Na pierwszy plan wybił się w tym roku opocznianin Żabson. Po serii dobrze odbieranych kawałków wypuścił EP-kę „Passion Fruits”, która przeszła nieco bez echa. Niesłusznie – młodzian jest posiadaczem bodaj najmniej wymuszonego luzu wśród aspirujących graczy, a paleta flow, którą się posługuje, pozwala mu nagrać taką kompozycję na autotunie, że ani przez moment nie odczuwa się zażenowania. Z nawijką, wbrew pozorom, nie ma również problemów Nieznanyklarenz. Autorskie podejście do rapowania, w którym dużą rolę odgrywa offbeat, irytuje nieprzychylnych, ale sprawdziło się na mixtapie „Ofbitwarmup”. Mieszane uczucia budzą za to następni w kolejce po sławę. ReTo ma wszystko, czego potrzebuje raper skazany na sukces – technikę, warsztat i charyzmę – lecz zdarzają mu się dłużyzny i utwory przeraźliwe puste, bazujące wyłącznie na wizerunku dziwnego chłopaka z soczewkami (z krótkiego „GOOD7UCK” i długiego „GODDAMN” przydałoby się złożyć jeden dopracowany krążek). „Pan tu nie stałSzesnastego ujawnia dryg do pisania szkatułkowych wersów, ale w tym momencie jest to nieco denerwujące szaradziarstwo dla szaradziarstwa. A Deys? Cóż, na „Roku Porze Piątej” zboczył z odpowiedniego kursu i zaczął dryfować w kierunku jęków i stęków na wypacykowanych podkładach.

Z Asfaltem sprawa jest prostsza. „Miło było poznaćMeek, Oh Why?-a oraz „NienajprawdziwszeAdiego Nowaka to materiały (w naszych warunkach) ciekawe, ale brzmiące jak próba zagospodarowania niszy tacopodobnej nie pełnoprawnymi projektami, lecz wprawkami. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że obaj panowie nie mają do tego predyspozycji. Hemingway, co by o nim nie sądzić, jest tylko jeden, więc pozostaje – oby owocne – szukanie tożsamości.

Prawdziwie odświeżającym powiewem okazały się dwie premiery, które sprawiły, że macierzysta wytwórnia O.S.T.R.-a przejęła moje tegoroczne zestawienie. Z tą ważniejszą wiąże się ładna historia: Sarius długo nie był doceniony przez słuchaczy, jak na to zasługiwał, a jego pobyt w labelu wyglądał na obustronną wtopę. Dla zainteresowanego – bo nie otrzymywał dostatecznej promocji i stał w miejscu. Dla włodarzy AR – bo nie zgadzał się finansowo. Karta odwróciła się 31 grudnia 2015 roku, gdy światło dzienne ujrzała EP-ka „Złe Towarzystwo” stworzona z Weną i duetem producenckim Voskovy. W maju 2016 pojawił się kolejny konkretny krótkograj, czyli „Zero Starań” nagrane we współpracy z Soulpete'm, a na koniec przyszedł czas na LP. „I żyli krótko i szczęśliwie” kupuje człowieka od pierwszego dźwięku za sprawą rozedrganego, obłąkanego flow, któremu niestraszny żaden bit. Częstochowianin wyrósł także na czołowego tekściarza czującego zarówno storytelling o złym zdrowiu babci, jak i soczyste bragga. Teraz tylko zadbać o większą naturalność w nawijce i mamy artystę na lata.

Na lata wydaje się też propozycja przedstawiona przez rapera Otsochodzi. Po pokojowym przejęciu z Lekter Records wykorzystał swój prime time, serwując długogrający „Slam”. Urzekający to materiał – pełen młodzieńczego zacięcia i wiary we własne możliwości, ale też spokoju i wyrachowania w kwestii doboru muzyki. Młody Jan na nikogo nie pozuje, bo nie musi; kiedy większość rówieśników wzięła na warsztat nowe brzmienia, on dzielnie trwał przy staroszkolnym sznycie, w którym czuje się jak ryba w wodzie, podobnie jak w przyziemnych, sympatycznych spostrzeżeniach. Pochwały spływają z każdej strony i nic nie wskazuje na to, by miały przestać.

W takie zaskoczenie mi graj

Niektórzy z raperów nie zmieścili się w dotychczasowych kategoriach, a żal byłoby ich pominąć. Shellerini przypomniał o sobie nie tylko EP-ką WSRH, ale też solowym, przegapionym projektem „Mam się świetnie”, który toczy się wyszlifowanym stylem. Nadproduktywny Kaz Bałagane – najlepszy spośród raperów używających, na oko, pięćdziesięciu słów – rzucił w eter kilka wydawnictw, wśród których warto wyróżnić „Źródło” („Do następnego” może z powodzeniem walczyć o miano jednego z najbardziej charakterystycznych singli roku). Biak i DJ HWR („The Winners”), Flojd i Wiro („Kilka Stopni Wyżej”), Green i Gres („Fraktal”) oraz Świnia („W przerwie od życia”) dali drugi oddech klasycznemu podejściu do rapu, publikując przemyślane materiały. Jeśli zaś chodzi o luźny, prześmiewczy krążek, konkurencję zostawił w tyle Paweł Bokun i jego „Pjes Uliczny”. Odsłuch tego ostatniego będzie dobrym czekadełkiem przed 2017 i nadchodzącą wielkimi krokami płytą „Dandys FlowDwóch Sławów.

20 rapowych albumów roku w Polsce

1. Łona/Webber „Nawiasem mówiąc” (Dobrzewiesz)
2. SariusI żyli krótko i szczęśliwie” (Asfalt)
3. KęKęTrzecie Rzeczy” (Takie Rzeczy)
4. OtsochodziSlam” (Asfalt)
5. Bisz x RadexWilczy humor” (Pchamytensyf / Agora)
6. Legendarny AfrojaxNagrałem to, bo nie miałem kasy” (wyd. własne)
7. O.S.T.R.Życie po śmierci” (Asfalt)
8. Rasmentalism1985” (Asfalt)
9. MałpaMówi” (Proximite)
10. Ucieczka z KoloniiUcieczka z Kolonii” (wyd. własne)
11. PRO8L3MPRO8L3M” (RHW Records)
12. Kaliber 44Ułamek Tarcia” (Mystic Production)
13. Fisz/Emade Drony” (Agora)
14. Ten Typ MesAŁA.” (Alkopoligamia)
15. Sarius x SoulpeteZero Starań” (wyd. własne)
16. The ReturnersNowa Stara Szkoła” (Prosto)
17. VienioHORE” (Hore Records)
18. AbelHannibal” (Wielkie Joł)
19. BonsonZnany i lubiany” (Stoprocent)
20. ShelleriniMam się świetnie” (Szpadyzor)