MARCIN CICHOŃSKI: Takie projekty nie powstają w kilka dni, tygodni czy nawet kilka miesięcy. Ten musiał powstawać przez lata. Pamiętasz, kiedy ci przyszedł do głowy?

FILIP ŁOBODZIŃSKI: Dokładnej daty nie pamiętam, ale okoliczności - tak. Jechałem samochodem z kolegą Maciejem Starczewskim, który jest producentem programu „Xięgarnia” oraz fanem Zespołu Reprezentacyjnego (grupy, w której Filip Łobodziński gra od lat osiemdziesiątych – przypisek redakcji). Mówił, że bardzo lubi nasze piosenki, zwracał uwagę na sefardyjskie, lubił też katalońskie i dlatego pytał, co jeszcze mamy. Opowiedziałem o tym, ale dodałem, że mam jeszcze sto kilo Dylana przetłumaczonego, ale że tego nie zagramy, bo to nie jest zespół do grania tego typu rzeczy. I że przymierzam się, by łazić po barach i śpiewać, na przykład za udział w drinkach, tak po pół godziny teksty Dylana, bo szkoda mi, by tylko w szufladzie leżały. A Maciek mówi: „Może zespół załóż sobie do tego”.

Najpierw nie bardzo wierzyłem, że mogę założyć jakiś inny zespół. Dziś wiem, że to nie było takie trudne, tym bardziej, że trzy piąte zespołu dylan.pl to członkowie Zespołu Reprezentacyjnego. Kluczowe było znalezienie kogoś, kto będzie grał lepiej na gitarze ode mnie. Tu mi z kolei doradził Wojcek Czern, szef wytwórni OBUH, który też miał kiedyś taki luźny pomysł, mówił: „Filip, ja to bym cię nagrał z tym twoim Dylanem, solowo u siebie, analogowo”. Zadzwoniłem do niego, powiedziałem, że przymierzam się do tego, ale szukam fajnego gitarzysty solowego, akustycznego. On mi doradził Jacka Wąsowskiego, który gra w Elektrycznych Gitarach, ale ponoć najbardziej lubi muzykę folkową, gra akustycznie i gra na iluś instrumentach – na banjo, na mandolinie…

Potem zrobiliśmy casting na perkusistę – zgłosiło się dwóch. Jeden przyszedł na próbę, a drugi olał. Krzysztof Poliński, perkusista Urszuli, został z nami. Z Markiem Wojtczakiem, naszym basistą, zna się ze szkoły muzycznej. Trochę było w tym nepotyzmu, ale bardzo dobrze wyszło.

To była jesień 2014 roku. Pierwsze próbne nagrania powstały po świętach Bożego Narodzenia.

Wiele osób może podejrzewać, że jest to merkantylny, koniunkturalny skok na kasę, na wykorzystanie Dylana po tym, jak został on uhonorowany Noblem.

Muszę zmartwić tropicieli spiskowych teorii dziejów – muzycznie materiał był gotowy przed Noblem, podobnie jak książkaDuszny kraj”, którą złożyłem wczesną wiosną w Biurze Literackim ze 132 przekładami Dylana. Akademia w Sztokholmie postanowiła nam pomóc, choć pojawiają się oczywiście głosy, że to zagranie koniunkturalne.

Na chwilę przy Noblu zostanę. Marcin Sendecki, poeta i dziennikarz, powiedział, że należy się zastanowić, komu ta nagroda będzie bardziej potrzebna – Dylanowi czy szacownej Akademii…

Nie miałem takiego dylematu. Ja wiem, że Dylanowi Nobel nie jest potrzebny do niczego. Chyba tylko po to, żeby z onieśmielającą dumą powiedzieć, że jest jedynym możliwym laureatem i Nobla literackiego, i Oscara, i Pulitzera, i Grammy…

Ciężko dokonywało się wyboru nagrań na płytę spośród wszystkich, które przetłumaczyłeś? I na czym polegała selekcja – liczyła się łatwość śpiewania czy istotność przekazu?

Choć czuję się członkiem kolektywu, muszę powiedzieć, że to ja wybierałem. To wszystko przeze mnie – ja ich do tego namówiłem.

Wybór był oczywiście bolesny. Kiedy doszedłem do dwudziestej piosenki, którą to absolutnie koniecznie chciałem nagrać, zrozumiałem, że nie umiem się ograniczyć. Wpadłem na kolejny szalony pomysł, aby to był album podwójny. Wtedy zacząłem się zastanawiać, czy da się z tego ułożyć historię, aby płyta nie nużyła. To się nie udało, ale ułożyła mi się koncepcja, że będą to dwie różne strony Dylana – publiczna i prywatna, na dwóch płytach. Na publicznej jest więcej tak zwanych hitów. Powiedział mi ktoś, kto dwukrotnie przesłuchał przed premierą materiał od początku do końca, że druga po jakimś czasie robi większe wrażenie, że się głębiej osadza w człowieku.

Były też nagrania, które nie weszły… To było bolesne zadawanie sobie ran. Płyty mają po 65 minut, więc i tak są napięte do granic. Dwie godziny i dziesięć minut – to wydawnictwo może funkcjonować jak album, który się kładzie w salonie i czasem się do niego zagląda, albo jak antologia, do której się sięga i czyta się jeden-dwa wiersze. Może funkcjonować i tak, że ktoś stwierdzi, że posłucha sobie nieparzystych utworów z drugiej płyty, albo piosenek poniżej pięciu minut.

Ostateczna płyta to nie jest pierwszy wybór, jaki powstał, kiedy zaczynaliśmy próby. Pewne kompozycje wypadały, inne wchodziły, ale na szczęście te zmiany na boisku następowały, zanim na serio zaczynaliśmy próby nad jakimś utworem. Koledzy nawet mówili: „Cholernie dużo materiału, rany boskie, ile mamy do zrobienia”. Ale potem okazało się, że to jakoś idzie i dość szybko zgadzamy się co do koncepcji, jak to aranżować.

W istocie mam w zanadrzu repertuar na dwie kolejne płyty – już pojedyncze albo jeden album podwójny. Gdyby rynek powiedział: „Strzał był niezły, czekamy na więcej”, to my jesteśmy gotowi.

Repertuar koncertowy będzie wykorzystywał nagrania z tych dwóch płyt?

Na razie tak. Choć nie wykluczamy, że stopniowo będziemy coś dorzucać. Bo już dostaliśmy propozycję – na razie bardzo wstępną – nagrania płyty koncertowej. Już niektóre wersje brzmią inaczej, niż były nagrywane w studiu. Zastanawiamy się, czy za kilka miesięcy nie włączyć jakichś nowych rzeczy, które stopniowo zasilałyby nasz repertuar.

Oprócz nagrań pomnikowych, takich jak np. "Odpowiedź unosi wiatr", pojawiły się rzeczy stosunkowo nowe – jeśli spojrzeć na to, przez ile lat Dylan nagrywał – na przykład „Burza”, która jest przy okazji utworem bardzo długim. Tu nie było myślenia koniunkturalnego…

Nie ma, choć początkowy repertuar był jeszcze mniej hitowy. Ale zdałem sobie sprawę, że ludziom za ich trud i ciężką pracę trzeba dać parę utworów, które znają. Z rozmysłem przetłumaczyłem dwa utwory, które są sztandarowe, choć nie sądziłem, że uda mi się je przetłumaczyć. Ale się udało, na płycie to są „Ballada o cieniasie” oraz „Oj tam, stara” i mało tego, one są bardzo żywo na koncertach przyjmowane.

Musiałem dodać trochę kamieni milowych, utworów ikonicznych. Ale zamysł płyty był inny, bo Dylan był przedstawiony u nas na poziomie pewniaków. „Knockin’ on Heaven’s Door”, „All Along The Watchtower”. Martyna Jakubowicz wyszła poza ten żelazny repertuar i pokazała parę rzeczy nieznanych, ale dla mnie to wciąż było za mało.

Poza tym Dylan zaprezentował jako autor na płycie „Tempest” arcydzieła – chciałem to zaprezentować. I pokazać go jako twórcę utworów długich – mamy takie po jednym na każdym krążku. „Burza” pokazuje go też jako twórcę długiej ludowej opowieści, to jest trochę pieśń dziadowska. A te pieśni są z natury długie, bo tam trzeba opowiedzieć mnóstwo detali. I chciałem wreszcie pokazać go jako autora rzeczy mnie frapujących – stąd „Północ minęła” czy „Czas mija z wolna”. To są takie rzeczy, które na składak Dylana nigdy nie trafią, natomiast my je zauważamy i lubimy je grać.

Czyli jeśli mam do dyspozycji dwie płyty, to pokażę go maksymalnie z różnych stron, jako twórcę wielowymiarowego i wciąż czynnego.

Miałeś jakieś założenia, podchodząc do tłumaczeń? Bo część jego słów brzmi, jakbyś z pomnika, na który jest wrzucany, często go zdejmował.

Założenia były tylko takie, by przedstawić go zgodnie z moimi oczekiwaniami co do tego, jak Dylan mógłby brzmieć po polsku. Oczywiście to moje wyobrażenie, Dylan tu mówi słowami Łobodzińskiego i nie ma od tego ucieczki. Tak w ogóle jest z przekładami – kiedy idziemy do teatru na Szekspira, słuchamy języka Ulricha, Paszkowskiego, Barańczaka, Kamińskiego…

Ale też odarte jest to z patosu. „Jak toczący się głaz” jako tłumaczenie „Like a Rolling Stone” brzmi inaczej niż „Jak błądzący łach”. Ten drugi jest bliżej języka, którym rozmawiamy na co dzień.

Bo tak to odczytuję. Poruszamy się po dość grząskim gruncie, bo z jednej strony są to w miarę proste frazy, a z drugiej – mam wrażenie, że jest w nich ogromna głębia. Frazy te brzmią, jakby ludzie miedzy sobą gadali, a przy tym przekazywali sobie ważne sprawy. Tak zresztą jest, że sporo tekstów Dylana weszło do krwiobiegu amerykańskiego i ludzie gadają Dylanem, nie zdając sobie z tego sprawy, tak jak w Polsce mówią Młynarskim, nie wiedząc, że Młynarski w ogóle napisał takie słowa. Cieszę się, że tak jest, bo uważam, że on jest bardzo wyrafinowanym poetą. Ale to wyrafinowanie idzie w parze z językiem, który przynajmniej na poziomie składni jest komunikatywny. Tam są oczywiście ukryte znaczenia. Kiedy na spotkaniach autorskich czytam teksty Dylana, to przychodzą do mnie ludzie i mówią: „Trudny to jest poeta, ale dobrze się go słucha”. Bardzo to dla mnie miłe – czyli przekład wyszedł. Jeżeli ludzie nie mają problemu ze słuchaniem, a co najwyżej zastanawia ich treść, to znaczy, że osiągnąłem, co chciałem.

Domyślam się, że pomysł na gości nie pojawił się od razu.

Wydawca stwierdził, że Łobodziński nie zapisał się w historii, nie kojarzy się ludziom ze śpiewaniem, wiec może by chociaż parę gwiazd zaprosić. Zastanawialiśmy się z zespołem, jak to ma wyglądać – kto może, komu by to pasowało. Czy chcemy atakować inną wiekowo grupę docelową niż nasza, czy mamy sięgać po młodziaków. Z drugiej strony – to z reguły są teksty, które wymagają pewnej dojrzałości wewnętrznej. I wiedzieliśmy, że na dwudziestolatków nie powinniśmy liczyć, bo już Dylan 21-letni, pisząc takie rzeczy jak „Na twardy deszcz już zbiera się”, był człowiekiem nadmiernie dojrzałym wewnętrznie. Normalni młodzi ludzie nie piszą takich rzeczy. Dobieraliśmy ich więc pod kątem tego, jak docierać w różne środowiska, które potencjalnie mogłyby być również naszą publicznością, ale również pod kątem tego, czyj głos by tu pasował i czyjej osobowości odpowiadałoby bycie w takim jak to przedsięwzięciu. Jeden wybór był absolutnym pewniakiem, ponieważ z Muńkiem Staszczykiem już wiele lat temu umawiałem się, że zaśpiewamy coś Dylana razem. Kiedy dawno temu wpadłem na pomysł, że nagrałbym Dylana, to spytałem Muńka: „Może byście mi z T.Love przygrali?” Muniek na to, że zespół jest dość zajęty, ale że: „ja z chęcią zawsze coś zaśpiewam”. Zapytał mnie tylko, czy „The Times They Are a-Changin’” mam przetłumaczone. Nie miałem. Na to on: „A szkoda”. Kilka miesięcy później przekład już był gotowy. To działo się wiele lat temu, zanim jeszcze zespół dylan.pl powstał. Dość szybko namówiliśmy też na występ Organka.

Zaskakują – pozytywnie – kobiece głosy.

Marysia Sadowska przyszła nam do głowy tak z głupia frant, bo nie kojarzyliśmy jej z tym repertuarem. Zaśpiewała w trzech nagraniach, w czwartym już się nie czuła dobrze. Zaśpiewała z nami również Martyna Jakubowicz.

Dylana trudno jest rozpisywać na głosy, bo to twórca bardzo indywidualny. Ale przy „Blowin’ in the Wind” pomyśleliśmy o Tadziu Woźniaku. To okazało się strzałem więcej niż w dziesiątkę, ponieważ nie tylko nam sprawiło to ogromną radość, ale jemu też. Kiedy nagrał już swoją partię, siadł z nami w studiu i powiedział: „Tę piosenkę usłyszałem po raz pierwszy w 1965 roku i to był dla mnie niezwykły szok. I właśnie Blowin’ In The Wind ustawiło moje myślenie o działalności artystycznej. Mija 50 lat, jestem z wami w studiu i ją śpiewam”.

Pablopavo, czyli Paweł Sołtys otwiera płytę z odważnym wykonaniem. Brzmi bardzo naturalnie – to pierwszy strzał, o którym myśleliście?

Chciałem kogoś, kto choćby otarł się o rap. Mając na myśli "Tęskny jazz o podziemiu", szukałem kogoś, kto umie taką nawijkę strzelić. Początkowo myślałem, że zrobi to ze mną L.U.C, ale nie miał czasu. Następnym strzałem był Pablopavo, w sumie nawet bardziej oczywistym, nie wiem, dlaczego od razu nie przyszedł mi do głowy. I dobrze się stało, sprawdził się rewelacyjnie. Kiedy weszliśmy do studia, chciał zacząć od tej piosenki. Bał się jej, mówił, że mogą być kłopoty. Po czym po trzech wejściach piosenka była już gotowa.