Album "TU" to wyrzucenie z siebie emocji, wręcz ekshibicjonizm emocjonalny. Jak dużo kosztowało Cię nagranie tej płyty?

Czułem, że muszę wyrzucić z siebie energię, która się przez długi czas skumulowała. Przez dwa lata graliśmy koncerty – po płycie „Scarlett” było ich aż 160. Tęskniliśmy za sceną, ale w naszym życiu wydarzyło się też trochę. Skupiliśmy się na rozwoju osobistym, ale też muzycznym, technicznym. Również emocjonalnym – i pewnie stąd ta zmiana. Były w nas pokłady energii – nie wiem czy dobrej lub złej, ale na pewno prawdziwej. Zdaję sobie sprawę, że to jest album tekstowo mocno intymny, klaustrofobiczny. Myślę też, że jest mądry tekstowo i na pewno lepszy technicznie. Rozwinąłem się jako muzyk, tekściarz i jako człowiek – myślę, że to słychać.

W tekstach mówisz jako Ty, czy to podmiot liryczny?

Gdybyś mnie spytał, czy są to wydarzenia z mojego życia, to jeśli odpowiem ci „nie” to i tak w to nie uwierzysz. Chciałem, by testy były bardzo klaustrofobiczne, a muzyka była otwarta. Pojechaliśmy do starej, łemkowskiej chaty na Beskid Niski. Jedliśmy mód, piliśmy mleko i samogon. Wychodząc z chaty, widząc góry czuliśmy przestrzeń, wiatr i spokój. I chcieliśmy by lewym narożnikiem ringu, którym jest nowa płyta, był Beskid Niski. Tam powstało czterdzieści procent albumu – jej brzmienie, jej kolor i tematy. Nie ma na płycie żadnego utworu po łemkowsku, ale wszystkie posiadają łemkowską duszę, dzięki Beskidom.

A druga część?

Drugim narożnikiem ringu był Nowy Jork – czułem, że on musi się we mnie jakoś odbić i skontrastować Beskid Niski, jego frywolność. Wielkomiejskość Nowego Jorku przytłaczała. Tam czuje się ten bieg za niewiadomo czym – za marzeniami, monetą…
Miałem tam taki dzień, kiedy walczyłem ze swoimi demonami życiowymi - akurat padał deszcz. Chodząc po ulicach, ze słuchawkami na uszach trafiłem do Musem of Modern Art. Tam są dzieła Picassa, tam jest Dali, Warhol, którego uwielbiam. Ale nic nie zrobiło na mnie takiego wrażenie jak to, kiedy zobaczyłem Pollocka „Numer 1” - ogromny obraz. Po raz pierwszy zainspirowałem się obrazem, co było dla mnie dziwne i ciekawe. Zawsze patrząc na ludzi, którzy stoją pół godziny lub godzinę przed jednym obrazem zastanawiałem się, na co oni się tak gapią. Nie potrafiłem tego zrozumieć, a sam tak utknąłem przed Pollockiem. Widziałem jak on stoi przy płótnie, jak rozlewa farby, jak walczy ze swoimi demonami, ze swoimi emocjami, które nie do końca może zrozumieć i poskromić. Pod wpływem tych emocji zadzwoniłem dwie przecznice dalej do studia nagraniowego. Kiedy przyszedłem już czekał na mnie fortepian. W studiu były wielkie okna, prze które widać było zalaną nowojorską ulicę. W tych warunkach utwór „Pollock” powstał w dwadzieścia minut.
Na pewno więcej poszukiwałem. Są tu inspiracje Cortazarem „62. Model do składania”, mamy też tu nagranie „Papier” inspirowany „Listami na wyczerpanym papierze”, miłością Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory – ich uczucie było piękne, cudowne. Oni do siebie pisali językiem tak doskonałym, tak perfekcyjnie nim władali…

Powiedziałeś, że bardzo mocno popracowaliście nad rozwojem muzycznym. Czy to oznacza, że nie do końca byliście zadowoleni z brzmienia płyty „Scarlett”?

Tacy byliśmy wtedy, tyle potrafiliśmy i tyle mieliśmy do przekazania. Tak wygląda nasza droga – rozwijamy się. Może następna płyta będzie jeszcze lepsza? Teraz jesteśmy tacy, jak to brzmi na albumie „TU”. Jestem dumny z tego, ale nie chcemy usiąść na laurach – chcemy się rozwijać, chcemy szukać. Ta płyta pokazała nam, że jeszcze dużo przed nami i cieszę się, że tak jest. To działa trochę na zasadzie „wiem, że nic nie wiem”.
Na pewno się rozwinęliśmy – ja zacząłem więcej słuchać muzyki, więcej czytać.

Zdajesz sobie sprawę, że podnosisz poprzeczkę – że albumem emocjonalnym, osobistym zmuszasz do zatrzymania się, skupienia, a to w tych czasach łatwe nie jest.

Chciałem, by ta płyta została posłuchana, a nie przesłuchana. Nie da się jej pobieżnie ocenić po np. okładce. Ale wydaje mi się, że mamy mądrych fanów. Staramy się robić muzykę dla mądrych ludzi, dla tych, którzy nie są leniwi. Mieliśmy taką łatkę „radiowych chłopaczków”, „cytryny z tv”, ale ten, kto tak mówi, nas nie zna. Nasi fani może nawet nie będą zaskoczeni, bo my tak gramy na koncertach.

Ta płyta wymaga oddechu i ma być oddechem. Żyjemy w czasach „podobno chujowe, nie słuchałem”, mam tego świadomość. Chcieliśmy przekonać ludzi do słuchania, poznawania. Z wierzchu nasza nazwa to cytryna, ale jak wejdziesz w to głębiej, znaczy: tylko włącz – lem ON.
I to cię zabiera, albo nie zabiera. Nam chodzi o to, by w tych zabieganych czasach znaleźć czas i wejść w to, mieć na to oddech. Jeśli powiesz, że to nie trafia do Ciebie – rozumiem, przyjmuję. Ale przynajmniej posłuchasz. Chciałbym, by ludzie mogli wyrazić opinię – o tym co robimy, o tym, jaka jest ta płyta.

Forma waszych utworów przypomina to, co działo się w muzyce w latach 80tych i i 90tych. Wspomniałeś, że dużo słuchałeś. Zdradzisz czego?

Dużo słuchałem wcześniejszych rzeczy – Floydów, Zeppelinów, Beatlesów. Zacząłem ich poznawać i trochę rozumieć. Trzy lata temu nie do końca ich rozumiałem. Ale rozumiałem jazz i folk. Zacząłem o roku dużo czytać. Dostałem też gramofon i zacząłem kupować winyle. I stad dużo zabiegów. Np. w utworze „Po” wstawiliśmy mikrofony takie, jak miał Ringo Star. Miałem taką ogromną książkę „Recording of The Beatles” i zainspirowany nią, wstawiłem do studia trzy stare mikrofony, czego teraz się nie robi. Piotr Łukaszewski, który świetnie realizował był w totalnym szoku, że to jeszcze tak doskonale działa.

W graniu z lat 70tych i 80tych była magia. My chcieliśmy ją odtworzyć, chcieliśmy by nagarnia były brudniejsze, stad nagrywanie „na setkę”. Nagrywaliśmy wszystko na taśmę. Nagranie „Ostatni walc” początkowo miało sześć minut – w studiu zostało nam na taśmie koło ośmiu. Weszliśmy w taki trans, że nagranie zaczęło żyć, a Rubens (gitarzysta zespołu) zaczął grać długie solo. Widziałem jak Piotr Łukaszewski tylko ogląda się, czy starczy taśmy. Wystarczyło dokładnie niemal do ostatniej sekundy – gdyby skończyła się kilka sekund wcześniej, to cały utwór musielibyśmy robić od nowa.

Jak myślisz, jak płyta zostanie odebrana? Macie dużo młodych fanów, którzy mogli jeszcze do tego, co zrobiliście nie dorosnąć.

Jestem osobą, która czyta wszystkie komentarze. Może nie dlatego, że jestem osobą autodestrukcyjną – choć może trochę (śmiech). Czytając je poznaje trochę ludzi – w jakim miejscu życia, emocjonalności się znajdują. To jest bardzo ciekawe doświadczenie. Zdarzają się wśród nich nawrócone owieczki, osoby które dowiadują się więcej o tym, co robimy, skąd pochodzimy, co znaczy LemON i pod tym wpływem zaczynają nas szanować bardziej niż jak znali nas tylko np. z radia.

Jak sobie radzisz ze swoją wrażliwą, łemkowską naturą w naszych czasach?

Utwór „Myśl”, drugi na płycie, trochę o tym mówi. Zaczyna się od słów „Nie jestem przekonany do czasów, w których żyję”. To jest pytanie na trochę dłuższą rozmowę. Wszyscy żyjemy teraz w ferworze i pędzie. Oprócz tego żyjemy w społeczeństwie projektów, których mamy mnóstwo. Gdzieś nasze człowieczeństwo, nasza natura zanika przez brak czasu, przez pęd.