"Ktoś, kto dostaje złote płyty, żyje z tantiem, jest z systemu zadowolony. Jednak poza kilkoma największymi nazwiskami, artyści bardzo narzekają na OZZ-y. W szczególności na ZAiKS. On wykazuje w tej chwili ponad 1 mld zł w aktywach własnych - to są w ogromnej części pieniądze na kontach lub lokatach. Dzieli je w taki sposób, że ta kwota zamiast maleć, rośnie. Stąd wśród artystów pojawia się podejrzenie, że coś jest nie w porządku. Z drugiej strony mamy przedsiębiorców, którzy skarżą się na system pobierania tantiem" - powiedział PAP Radosław Żydok, koordynator projektów w Fundacji Republikańskiej.

Dlatego właśnie - wskazał - Fundacja przygląda się systemowi, temu, czy dałoby się w nim coś poprawić. W ostatnich tygodniach wydała raportOrganizacje zbiorowego zarządzania prawami autorskimi”. "Nasz raport opisuje sytuację w wybranych państwach UE, USA i Kanadzie. Chcieliśmy zorientować się w rozwiązaniach światowych, by zobaczyć, co można zrobić, by polski system działał lepiej. Z jednej strony chronił dobrze interesy artystów, a z drugiej nie był opresyjny wobec przedsiębiorców. Biznes skarży się bowiem, że OZZ-y są wobec niego opresyjne, a sposób pobierania tantiem jest trudny do zrozumienia. Już pomijając to, że są one wielokrotnie pobierane od tych samych dzieł, gdyż stacje radiowe płacą za ich emitowanie, a potem np. fryzjer, który puszcza daną stację radiową swoim klientom, też za to płaci" - mówił ekspert. "Jeszcze będziemy nad tym tematem pracować. Na maj-czerwiec planujemy publikację raportu nt. sytuacji w Polsce" - dodał.

Jak podkreślił, "główny wniosek, który wypływa z raportu jest taki, że polskie organizacje zbiorowego zarządzania prawami autorskimi i pokrewnymi są dość dobrze kontrolowane jeśli chodzi o ustalanie tabel wynagrodzeń, czyli to, ile użytkownicy płacą za wykorzystanie chronionych utworów". "To zatwierdza komisja prawa autorskiego powołana przez Ministerstwo Kultury. Natomiast już zasady dystrybuowania tych środków są wewnętrznie regulowane przez OZZ-y. Zasady te są albo w ogóle tajne, albo tak skomplikowane, że przeciętny artysta niewiele z nich rozumie" - wyjaśnił.

"Stąd bierze się podejrzenie, że te pieniądze nie są sprawiedliwie dzielone. Ten argument pada przede wszystkim z ust mniej znanych artystów. Przykładowo w środowisku polskich raperów, wydawców hip-hopowych ZAiKS ma bardzo złą opinię. Dlatego, że system ten jest niedostosowany do jakichkolwiek innowacji w sposobie docierania do klienta, jak sprzedaż internetowa. W efekcie takim wykonawcom często nie opłaca się sprzedawać przez internet swoich dzieł, ponieważ stałe miesięczne opłaty są wyższe niż to, co oni zarabiają. Tacy artyści czują się przez system skrzywdzeni" - powiedział Żydok.

Poza tym - zaznaczył - OZZ-y to teoretycznie stowarzyszenia twórców. "Tak jak ZAiKS jest stowarzyszeniem artystów, natomiast to nie jest tak, że każdy, kto wydaje płyty, może zostać jego członkiem. Są bowiem dość trudne procedury wejścia - trzeba mieć dwóch członków polecających, jest pewien okres karencji - dopiero po trzech latach uzyskuje się pełnię praw" - tłumaczył.

Na pytanie, co już dziś - zdaniem Fundacji - można wskazać jako wymagające poprawy w naszym systemie, odpowiedział: "Przede wszystkim potrzebny jest większy nadzór nad mechanizmami wewnątrz OZZ, ich finansami. Dziś problem polega na tym, że OZZ-y mają formę stowarzyszeń. Jednak są to stowarzyszenia bardzo niezwykłe - nie ma bowiem chyba innych stowarzyszeń w Polsce, które miałyby setki milionów złotych w aktywach. A z drugiej strony organizacje te rozliczają się, jak spółki handlowe. Ich sprawozdania finansowe są niezwykle skomplikowane, do ich rozgryzienia potrzeba biegłego rewidenta. Te organizacje się bronią, że takie jest prawo, że wypełniają wszystkie wymagania i my się zgadzamy, że rzeczywiście takie jest prawo. To jednak nie znaczy, że to prawo jest dobre. Wszystko wskazuje na to, że właśnie w systemie prawnym tkwi problem".

Dopytywany, czy Fundacja widzi zatem potrzebę zmiany Prawa autorskiego, odparł, że prawo to jest bardzo skomplikowane i zostawia za duże pole do interpretacji. Jak dodał, i tak będzie ono zmieniane, ponieważ Polska przygotowuje się do wdrożenia nowego prawa unijnego, w tym dotyczącego tzw. Jednolitego Rynku Cyfrowego. Jego celem jest likwidacja międzynarodowych barier i zwiększenie dostępu użytkowników do treści spoza ich państw.

"Natomiast polski system niewątpliwie wymaga lepszego uregulowania, takiego, by rzeczywiście była kontrola nad tym, co się w tych organizacjach dzieje - żeby ich finanse były przejrzyste. Tak naprawdę na tym najbardziej powinno zależeć artystom, ponieważ to są ich pieniądze" - podkreślił.

"Jeśli chodzi o zbiorowe zarządzanie prawami autorskimi i pokrewnymi, to generalnie wszędzie te systemy są bardzo podobne. Rzeczywiście kształtują je dyrektywy unijne. Natomiast są kraje, w których koszty poboru przez te organizacje są ustalane przez prawo - tak jest np. w Finlandii. Dzięki temu te koszty tam są niższe. Można się zastanawiać, czy tak jak dzisiaj niektóre organizacje w Polsce mają ponad 20 proc. kosztów to, czy to nie jest za dużo. Jak się przejrzy kraje europejskie, to rzeczywiście są i takie, które mają 20 proc. kosztów i więcej, ale są i takie, które lepiej radzą sobie z tym zadaniem, mają niższe koszty, a to oznacza, że więcej pieniędzy trafia do artystów" - opisywał.

I zaznaczył: "Uważamy, że jest możliwe w Polsce lepsze kontrolowanie tego procesu, co wymusi większą oszczędność, spowoduje, że te pieniądze będą lepiej zarządzane, dzięki czemu więcej środków i szybciej będzie trafiać do artystów. Dziś w przypadku np. ZAiKS-u to jest ok. 2 lat oczekiwania na wypłatę tantiem, w przypadku tradycyjnej sprzedaży muzyki. Wydaje się, że w dobie pełnej informatyzacji, płatności elektronicznych, to zdecydowanie za długo. Zupełnie nie przystaje to do dzisiejszej rzeczywistości".

Wyraził jednocześnie nadzieję, że wdrażanie nowych dyrektyw unijnych, które wiążą się również ze zmianami technologicznymi, "przesunie polskie prawo w kierunku XXI wieku".

"Nikt nie kwestionuje tego, że organizacje zbiorowego zarządzania są potrzebne, dlatego, że to jest narzędzie do zbierania tego, co się artystom należy. Nikt więc tych instytucji nie chce likwidować, jednak istnieje wśród artystów przekonanie, że obecnie te organizacje nie reprezentują ich dobrze, a przynajmniej – że nie reprezentują wszystkich. Przepływ tych pieniędzy od użytkowników do artystów to kluczowa rzecz. Jak wspomniałem, kontrolowana jest tylko część tego procesu, czyli tabele wynagrodzeń, a już niekoniecznie to, jak te środki są potem dzielone pomiędzy artystów. OZZ-y pobierają to, co się artystom należy, jednak trzeba egzekwować to, by te pieniądze faktycznie do artystów trafiały" - konkludował.

Zapytany o fakt, że Fundacja przygotowała raport wspólnie ze Związkiem Importerów i Producentów Sprzętu Elektrycznego i Elektronicznego Cyfrowa Polska, który też jest stroną sporu, odpowiedział: "Nie ukrywamy tego. Mamy po prostu bardzo podobny pogląd do ZIPSEE. Uważamy, że ten system nie działa dobrze i dlatego się nad nim pochyliliśmy, natomiast wszystkie wnioski, które zawarliśmy w raporcie, są nasze".

"Niewątpliwie mówienie o tym, że pobiera się za mało opłaty reprograficznej jest nieporozumieniem. Przecież dziś ogromna większość muzyki jest słuchana prze YouTube'a czy Spotify'a, który finansuje artystów poprzez wpływy z reklam. W takim układzie nie ma już mowy o utraconym zysku ze względu na dozwolony użytek. Mam wrażenie, że polskie OZZ-y pod tym względem tkwią mentalnie w XX wieku. To jest trochę walka z postępem. Już najwyższy czas, by przenieść się mentalnie, technologicznie i prawnie w XXI wiek. I dostosować do tego sposoby finansowania zrzeszeń artystów" - przekonywał.

Opłatę reprograficzną uiszczają producenci sprzętu służącego do kopiowania lub jego importerzy. Zdaniem organizacji zarządzających prawami autorskimi opłata ta jest formą rekompensaty dla twórców, czy wydawców za potencjalne kopiowanie utworów na użytek osobisty.

Ekspert przyznał zarazem, że "niestety" obowiązywanie tej opłaty wynika z prawa unijnego. "Ale jesteśmy generalnie przeciwko takiemu fiskalizmowi. Nie wierzę, że dokładanie dodatkowego podatku do ceny urządzeń może pozytywnie wpłynąć na rynek np. muzyki" - wskazał.

Na uwagę, że opłata zwiększa pulę środków do podziału wśród twórców, odpowiedział: "Zwiększa pulę, ale z drugiej strony powoduje podwyżkę cen sprzętu, na czym tracą klienci. Wskazał to w swoich badaniach np. Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową".