KRZYSZTOF NOWAK: Ile masz centymetrów wzrostu? Tylko bez oszukiwania.

JAKUB "B.R.O." BIRECKI: 173.

Czyli słynna zasada czeskiego trenera Libora Pali z Polonii Warszawa naprawdę ukróciła ci karierę piłkarską.

Czy ukróciła... Na pewno miała wpływ, ale fakt, że jak szkoleniowiec robił nabory, to tam poniżej 180 cm nie miałeś po co przychodzić. Bez znaczenia, czy jesteś drugim Leo Messim, Diego Maradoną czy Andresem Iniestą. Stawiali na wynik, chcieli go zrobić warunkami fizycznymi, co nie wyszło - pewnie także dlatego, że Pala jest, w mojej ocenie, marnym trenerem. Nie wiem, czym się teraz zajmuje – mam nadzieję, że czymś ciekawszym niż zbieranie znaczków bo chyba trenerem już nie jest. Wygranego w tej sytuacji nie było. Nie zyskała na tym ani Polonia, ani Pala, ani tym bardziej ja.

Ciężko było być młodym polonistą w stolicy?

Niekoniecznie. Ja grałem w Polonii, ale nie byłem jej kibicem. Przez jakiś czas, jako 8- czy 9-letni chłopak, grałem dla Legii w młodych wilkach. Potem nie byli mną zainteresowani, więc mnie odpalili. Jako młodziak bardzo to przeżyłem, bo dla każdego chłopaka z Warszawy granie w Legii było czymś dużym. Potem zahaczyłem się jednak w Agrykoli, a to zaplecze Wojskowych... Powiem ci tak – w tamtych czasach najbliżej poziomu Legii na Mazowszu była właśnie Polonia. Jeżeli nie załapałeś się w Legii szedłeś właśnie tam bo chciałeś walczyć o najwyższe cele. Raz wygraliśmy z Legią, raz zremisowaliśmy, ze dwa razy przegraliśmy, a same różnice w punktach w tabeli były niewielkie. Jednak to Legia wypuściła na świat paru piłkarzy z mojego rocznika, natomiast z Polonii nikt kariery nie zrobił.

W naszej drużynie przy Konwiktorskiej było pełno legionistów. To była norma, że jak jakiegoś chłopaka odpalili lub siedział na Łazienkowskiej na ławie, to na drugi dzień automatycznie się u nas pojawiał. Wybór był naturalny.

Potem zaliczyłeś jeszcze Start Otwock i zakończyłeś karierę. To wtedy pojawiło się parcie na coś większego z rapem?

To zagmatwana historia, złożyło się na nią dużo czynników: drastyczna śmierć trenera w Otwocku, który trzymał starszyznę w pionie i nowy trener, który był dobrym kumplem wszystkich starszych, przez co młodzi byli głównie od pompowania piłek. Nie chciałem tego robić, więc w ogóle miałem przechlapane. Klub nie miał za dużo do zaoferowania młodemu człowiekowi. Mam duży sentyment do miasta, do ludzi, mam stamtąd paru dobrych znajomych, ale sama gra wiązała się z problemami finansowymi i szatnią, która nie była pierwszej świeżości. Nie czułeś, że podbijasz świat. Znudziło mnie to mocno i stwierdziłem, że mam piłki po dziurki w nosie. Wtedy też zaczęły się pojawiać pierwsze oferty koncertowe za jakieś pieniądze, do tego rozpocząłem studia i chciałem je skończyć. Przyszedł czas na męską decyzję, musiałem na coś postawić. Zrezygnowałem z czegoś, co robiłem całe życie. Nagle budzisz się rano i wiesz, że nie będziesz jechał na trening, w weekend nie będziesz miał meczu. Było to dla mnie trudne wewnętrznie.

Postawiłeś na rap i wziąłeś go, sam przyznasz, szturmem. Nie uczestniczyłeś w branżowych przedsięwzięciach dla młodych nawijaczy, a rozpoznawalnością szybko wyprzedziłeś tych szeroko promowanych. Był to dla Ciebie szok?

Nie miałem czasu o tym pomyśleć, tak szybko się to działo. To zaś spowodowało brak głębszej refleksji, w którą stronę powinna pójść moja kariera, więc popełniałem błędy – jak każdy młody człowiek. Portale i fora rapowe nie były mi szczególnie przychylne. Popkiller nie wziąłby mnie raczej do „Młodych Wilków”, bo pewnie połowa raperów z tamtych edycji by im odmówiła udziału. Summa summarum – dalej jestem, wydaję płyty, gram koncerty, a tamtej połowy nikt już nie pamięta. Nie żywię jednak urazy, nie jestem pamiętliwy. Kumam, że coś mogło się komuś nie podobać. Freestyle'owcy i ich fani mieli wrażenie, że po tylu latach w środowisku teraz coś im się należy, a dostaje to ktoś z poza środowiska. W tamtych czasach dostawałem naprawdę dużo hejtów, to nie była tylko fala zwycięstw.

Mówisz, że nie było refleksji. Zachłysnąłeś się trochę tą fanowską atencją zarezerwowaną dla debiutujących artystów?

Nie. Wizerunek, który był opisywany w tamtym czasie, nie był zgodny z prawdą. Ludzie nie pałali do mnie sympatią, więc wymyślili sobie taką łatkę i koniec. Nie próbowałem na siłę jej odkleić, bo to wymagało po prostu czasu. Nie miałem też potrzeby socjalizować się z polską sceną rapową. Wiesz, robię swoją muzykę, słuchacze jej chcą, a ja nadal nie szukam sobie znajomych na siłę. Ci, którzy mieli mi podać rękę, kiedy nie było fajnie - zrobili to.

Cóż, byłeś spoza środowiska.

I nadal trochę się tak czuję. Znam siebie, wiem, jaką zbudowałem sobie hierarchię wartości i jest mi bardzo trudno znaleźć wspólny temat z innymi gośćmi, bo nie piję, nie jaram i nie ogarniam głupich rzeczy. Moja kariera przerodziła się bardziej w bycie biznesmenem. Nie spotkasz mnie chlejącego wódy na backstage'u, bo mnie to nie kręci. Nie jest jednak tak, że nie mam w rapie dobrych kolegów. Z Sitkiem mamy bardzo fajną znajomość, przy ostatniej płycie miał mi się dograć Quebonafide, ale kawałek nie do końca mu siadł, a później zabrakło czasu przez jego podróże... Tak jak w jednym z moich dwuwersów: „Czasami czuję się outsiderem / choć wolałbym być Apple, nie Alcatelem”. Wyświetleń na YouTubie jest masa – liczby nie kłamią. Środowisko może okłamywać samo siebie, ale bardzo dużo osób zaczęło mnie doceniać, jak chociażby Borixon co nie ukrywam było mega fajne z jego strony.

Uważam, że przetrwałem próbę czasu. Próbę hype'u, próbę hejtu, próbę dobrych czasów i złych. Wciąż gram i to jest godne docenienia, niezależnie od tego, czy komuś podoba się moja muzyka.

W trakcie jednej z prób, 2012 roku, wziąłeś też udział w dość bezsensownym beefie z ulicznikami.

Byłem atakowany za to, że zyskiwałem popularność, a ktoś nie zyskiwał jej wcale. Po czasie muszę stwierdzić, że ludzie są po prostu młodzi i buńczuczni, więc rozumiem, że oni, chłopcy ze środowiska, mogli czuć się poszkodowani. Nie mogę jednak zrozumieć, czemu nie starali się trafić do słuchaczy dzięki własnej twórczości, a nie konfliktowi ze mną, który na dobre im nie wyszedł. Tak czy inaczej czas pokazał skutki tamtych zdarzeń i zwycięzca jest jeden.

Nie odnosisz wrażenia, że w pewnym momencie byłeś najbardziej hejtowanym raperem w naszym kraju?

Trudno powiedzieć. Odwołam się za to do teraźniejszości – można wejść sobie na fora i poczytać, że wiele osób ciśnie ReTo, który moim zdaniem jest bardzo dobrym raperem. To jednak tylko internet, bo w rzeczywistości z tego co wiem wypełnia regularnie sale koncertowe. Na dobrą sprawę nie spotyka się z tymi negatywnymi opiniami w realu i dokładnie tak było ze mną. Jak jechałem gdzieś na koncerty, to oczywiście raz na jakiś czas zdarzały się incydenty, ale chyba każdy artysta tak ma...

Jakieś incydenty?

Nieraz trafił się ktoś pijany, kto szukał zaczepki i atencji. To jednak normalka, tak samo mają Tede, O.S.T.R., Peja czy ktokolwiek. Zawsze się zdarzy jakiś gamoń, który napierdolił się tanim piwem i staje się chojrakiem. Chciałbym ci powiedzieć jednak o czymś innym.

Tak?

Zobacz, jak bardzo przesunęła się w polskim rapie granica tego, co wolno. Jak ja wchodziłem do gry, nie do przeżycia były wąskie spodnie, włosy postawione na „piłkarza” czy młody wygląd. Dziś możliwości i próg tolerancji są większe. Kiedyś ciśnięto po mnie za śpiewanie na autotune'ie, teraz ci sami ludzie nagrywają na nim całe płyty. Zawsze ktoś przeciera szlak i musi być narażony na to, że wpadnie w chaszcze i się podrapie, a następny idzie już łatwiejszą, wydeptaną ścieżką. To pokolenie, które wchodzi obecnie i buduje kontrowersyjne wizerunki, w tamtych czasach byłoby nie do zaakceptowania.

Wspomniałeś wcześniej o Tede. Traktowałeś przejście do Wielkiego Joł jako dużą szansę?

Przychodziłem do innego WJ niż obecnie – Jacek był w infamii, nie było jeszcze nawet płyty „Mefistotedes”, która wcale nic nadzwyczajnego nie przyniosła. Sam widzisz, to nie była wcale tak wielka szansa, na jaką wygląda. Nie uważam zatem, bym podejmował na swojej drodze złe decyzje, jak choćby ta dotycząca odejścia z tego labelu. Stworzyłem sobie lepsze szanse na rozwój.

Czułeś się zaniedbany? Ten transfer do innej „stajni” tuż przed pierwszym albumem był przedziwny.

Popatrzmy, kto tam teraz jest. Abel, zdolny raper, wydaje dobre płyty, które odbijają się echem, ale nie idzie to na bardzo dużą skalę, nie gra ogromnej trasy, nie sprzedaje tych krążków w kilkudziesięciu tysięcznych nakładach. Działania wytwórni nie są nadzwyczajnie budżetowe, co nie znaczy, że są złe. Taka po prostu jest ich polityka – najpierw Jacek, a dopiero potem reszta - i kiedy to zrozumiałem postanowiłem odejść. Nie mam żadnych pretensji i raczej oni nie powinni ich mieć do mnie, takie jest życie. Lata mijają, każdy robi swoje i każdy chyba dobrze na tym wychodzi. Ja im życzę jak najlepiej bo nie mam żadnej urazy.

Kiedy byłeś u Tedzika, mieliście jednak niezły kontakt?

Jasne, było trochę rozmów. Jednak pamiętajmy, że Tede był na trochę innej pozycji niż jest teraz. Obecnie mu się udaje i ma, tak myślę, większy wewnętrzny ogień w sobie, pozytywniej patrzy na świat niż wtedy. Natomiast nie znam, go aż tak dobrze, żeby móc w pełni się o tym wypowiadać. Tede jest jednak przede wszystkim postacią, którą każdy młody raper musi sobie rzetelnie przeanalizować, bo to koleś, który walczył z wyparciem ze strony ludzi i znowu wszedł na sam szczyt, a to nie udaje się przeciętniakom tylko wybitnym jednostkom - za co należy się ogromny szacunek. Zachowałem za to kontakt z Michem, myślę, że cos razem zrobimy. Miała być współpraca teraz, ale oni mieli koncert w Stodole, kończenie płyty Keptn. Brak czasu. Nie chciałem truć mu dupy, bo wiem, jak to jest.

Powiem Ci, abstrahując od tematów labelowych, że jesteś chyba najbardziej statecznym 25-latkiem w polskim rapie. Żona, córka... Ewenement.

Ten sam casus co ze środowiskiem – zawsze byłem nieco inny. Nie chcę tu pozować na wielce dojrzałego, ale jak znajomi szukali w danym wieku pewnych rzeczy, to ja już miałem ten etap dwa, trzy lata za sobą. Czerpałem naukę od starszego brata. I dobrze, bo od dzieciaka byłem strasznie niecierpliwym człowiekiem. Szukałem prezentów po domu przed pierwszą gwiazdką. Bardzo dużo zmieniła w moim życiu córka. Do dziecka trzeba mieć masę cierpliwości, bo to nie jest "rzecz", którą możesz odłożyć czy wyłączyć. Ono potrzebuje troski i czasu spędzonego wspólnie, a ja staram się go dać ile tylko mogę. A jak jestem w trasie to po koncercie chcę zadzwonić do żony i spytać, czy mała była grzeczna, a nie trąbić flachę na hejnał.

Dość niespotykane w naszym małym rock'n'rollu.

Człowieku, przy naszej obecnej trasie jakikolwiek melanż byłby totalną masakrą. Podłożeniem bomby. Kac i niedyspozycja by była jak popchnięcie pierwszej kostki domina. Oczywiście, żadni z nas chłopcy z kółka różańcowego, ale nie chcemy torpedować własnych planów. Jak gdzieś jedziemy i ktoś płaci za bilet, to nie możemy mu pokazać widowiska z nawalonym typem, który stracił głos dwa dni temu i nabija sakwę. Fan ma dostać wyjątkowe show na wysokim poziomie, a nasze świętowanie zostawiamy na koniec touru. Wszystko ma swój czas i my to rozumiemy chyba jak nikt inny. A jak już przychodzi moment, że można napełnić kieliszki to robimy to w zaufanym gronie przyjaciół i wtedy jest prawdziwa przyjemność z takiego melanżu. Nie wyobrażam sobie też sytuacji, że moja żona ogląda przypadkowe zdjęcia z koncertu, na których jestem napierdolony. Byłoby mi autentycznie przed nią wstyd. Więcej – gdybym poszedł na koncert lubianych przez siebie artystów, zabulił pieniądze za bilet, a oni wyszliby pijani na scenę, to chyba bym podszedł i ich opluł. Trzeba szanować samego siebie oraz fanów, którzy jakby nie patrzeć są dla artysty chlebodawcą.

Profesjonalizować chciałeś się też dzięki własnej wytworni S!EMANKO. Jeszcze rok temu wydałeś tam mixtape, a teraz znalazłeś się nagle w potężnym w naszych warunkach Step Records. Coś mi się tu nie zgrywa.

Długa historia. Powiem tak – rok temu siedzielibyśmy tu w innym gronie, a ten wywiad miałby dużo mniej odbiorców. Moje ruchy były z różnych przyczyn blokowane, więc postanowiłem realizować swój pomysł wbrew wszystkiemu. Z boku mogło się wydawać, że byłem niezależny, ale niezależny stałem się dopiero po zaniechaniu tego przybytku, bo to stwarzanie sobie możliwości są oznaka niezależności, a nie bycie koniecznie na swoim. W czerwcu 2016 roku zacząłem na dobre sam o sobie decydować i jestem z tego bardzo zadowolony. Z resztą widać tego efekty.

Jako że rozmawiamy dosłownie kilka dni przed Twoimi urodzinami, odpowiedz mi szczerze: jesteś zadowolony ze wszystkich ruchów, jakie do tej pory wykonałeś, czy może jednak czegoś się wstydzisz?

Niektóre rzeczy na pewno można było zrobić inaczej, ale mądry Polak po szkodzie. Nie rozpamiętuję, za to czasem zastanawiam się nad tymi paroma latami w branży. Wiesz, miałem ten wizerunek bardzo młodego chłopaczka. Co by było, gdybym na początku inaczej kreował swoją przygodę z muzyką? Czy wtedy ludzie też by za mną poszli? Może nie byłoby hejtu? A może jednak by był z innego powodu? A może nie byłoby tej platyny Donatana na ścianie w moim studio i złota za album "High School"? A może w ogóle nie miałbym studia i nie mielibyśmy gdzie pogadać w spokoju? Ruchy chyba nie były najgorsze, bo – inaczej niż kiedyś – mam przy sobie oddanych ludzi. Gramy do jednej bramki.