Wywiad przeprowadzony 18 kwietnia 2017 roku.

MARCIN CICHOŃSKI: Jak się wczoraj czułeś oglądając tak bezbarwną Legię Warszawa. Remis z Koroną u siebie 0:0…

PABLOPAVO: Na szczęście oglądałem mecz z odtworzenia. Termin meczu (lany poniedziałek, 15:30 – przyp. MC), który zaproponowała Ekstraklasa był bezsensowny. Ja wtedy jadłem obiad świąteczny u mamy. Oglądając z powtórki byłem zły. Mam wrażenie, że część Legii też była na obiedzie świątecznym, a nie na boisku.

Swoim piłkarskim bohaterom czy idolom – drużynom, którym kibicujesz – wybaczasz takie pomyłki? I Legii i Realowi zdarzały się gorsze wpadki.

Jest parę osób, dla których mam większy margines błędów, jaki mogą popełnić. Bo są tak fantastycznymi sportowcami, że im się i tak wybacza, bo wiesz, że i tak nadrobią to, co zrobili źle. A są i tacy w obu tych drużynach, a w Legii, która jest mi najbliższa, szczególnie, którzy margines błędu mają mały. Tak, jak w życiu – jednych bardziej sobie cenisz, innych mniej.

Bycie kibicem to jest dość paranoiczne zajęcie. Parę książek już o tym powstało, że w pewnym momencie powinniśmy sobie zdać sprawę, że mamy tam dajmy na to prawie czterdzieści lat i zająć się czymś poważniejszym. To rodzaj uzależnienia adrenalinowego, które trudno przewalczyć – jesteś wściekły, a i tak za chwilę jesteś na stadionie.

A jak jest z odwrotną stroną medalu. Dostałeś już od fanów obuchem po głowie, że płyta jest inna niż poprzednie albo że nie do końca zrealizowałeś ich wizje na temat tego, jak Pablopavo powinien nagrywać płytę.

Mam tak przy każdej płycie. Wraz z całym zespołem jesteśmy poszukującymi muzykami, a każdy album jest inny – nie można powiedzieć żeby „Polor” był taki sam jak „10 piosenek” a „10 piosenek” taki sam jak „Telehon”. Za każdym razem to jest skok w bok. Ryzykiem jest, że słuchacze, którzy mają trochę mamoniowy gust się irytują. Szanuję wszystkich, którzy słuchają moich piosenek, ale nie mogę być ich zakładnikiem. To byłoby głupie. Mnie ciągle ciekawią nowe rzeczy. A to, że my się zmieniamy i poszukujemy nowych rzeczy świadczy o tym, że wierzymy w inteligencję słuchacza, że on tez jest otwarty na nowe rzeczy. Na pewno jest też twardy elektorat Pablopavo, który to rozumie i za tym idzie. Robię też płyty z Praczasem, które są jeszcze inne.

Największy problem był wtedy, kiedy wyszedłem ze światka reggaeowego. Byłem postrzegany jako taki wokalista, śpiewałem w dość popularnym zespole (Vavamuffin – przypisek MC), momentami bardzo popularnym. Dla części słuchaczy to była duża zdrada. Minęło już wiele lat, zdarzają się niepochlebne opinie, ale ja się do tego przyzwyczaiłem. Taki jest ten zawód.

Nauczyłeś się przyjmować na klatę?

Każdy, kto ci powie, że się nie przejmuje, ten kłamie bo to zawód dla ludzi wrażliwych. Na nienawistników też jestem wrażliwy. Dobre historie, które też się zdarzają niwelują te przykrości. Niech to nie zabrzmi egotycznie, ale mam sporą grupę słuchaczy, którzy do mnie piszą. Po koncertach zawsze wychodzę do ludzi – to mnie nakręca pozytywnie. Staram się nie popadać w długotrwałe smutki.

Nigdy mi się nie kojarzyłeś ze zjawiskiem „piosenki na zamówienie”. Jak było z „Paktem” – klimatyczne i pasujące do nastroju serialu HBO „Nie wiesz nic” powstało, bo znałeś scenariusz?

Zgodziłem się pod warunkiem, że będę mógł zobaczyć część (bo nie wszystko było zrobione) drugiego sezonu. Chciałem popatrzeć i przekonać się, czy to jest dobre i przekonać się, czy warto się angażować. Drugo sezon jest lepszy, a poza tym to jest jeden z lepszych seriali, jakie powstały po 1989 roku. Nagranie zrobiłem z przyjemnością.

Od razu poczułem, że klimat „Paktu”: zdjęcia, pewnie nieostrości, pasują do tego, co ja robię muzycznie z Ludzikami. Poczułem się, jak u siebie. Grają tam fantastyczni aktorzy, których podziwiam, świetny jest operator. Jestem bardzo czuły na tę część pracy filmowej i cieszę się, że tak dobrze to wyszło.

Nie musiałem się jakoś naginać. Pewnie do serialu „Klan” byłoby mi trudniej napisać piosenkę.

Za to zaiksy byłyby wyższe…

Gdyby się kierował takimi rzeczami, to w ogóle wykonywałbym inną muzykę. Ale nie ukrywam, że za nagraniem tej piosenki stał….

...deal komercyjny.

Tak, dobre pieniądze. Nie jestem krezusem, moja muzyka nie sprzedaje się jak disco polo. Dla nas było to wygodne – pomogło nam dokończyć płytę. Na pewno bym się nie zgodził, gdyby mi się nie podobało, jak ten serial jest zrobiony.

Gdy pojawiły się pogłoski o płycie i potem sam album „Ladinola”, a także gdy pojawiły się pierwsze recenzje i obserwacje fanów, kierunek spostrzeżeń wskazywał na wasze zainteresowanie muzyką latynoską i hiszpańską z naciskiem na gitarowe brzmienia w tym nurcie. Mnie uderzyła twoja fascynacja polskim jazzem, popem, a nawet muzyką estradową z lat siedemdziesiątych, sześćdziesiątych. Może nawet pięćdziesiątych, ale z naciskiem na sztukę wokalną.

To jest ciekawe, że gdzieś do lat siedemdziesiątych – później też, ale w innym stopniu – było bardzo dużo dobrego popu. Były świetne melodie, bardzo dobrzy aktorzy tekstów, wykonawczo było to fantastyczne. Całe życie jestem otoczony taką muzyką, nigdy od niej nie uciekałem, z racji też i tego, że dla mnie tekst jest ważny. Nie spodziewałem się przed odsłuchaniem płyty, że to aż tak słychać. Wydawało mi się, że to są drobne nawiązania, np. wokaliza Oli (Bilińskiej w utworze „Zguba” – przypisek MC). Pierwszy raz nie pracowałem z Aleksandrem Olakiem, który do tej pory produkował wszystkie moje wokalne rzeczy, tylko z Leną Romul i to pewnie jej wpływ, że to momentami jest lekko jazzowate.

Muszę się przyznać, że dużo słuchałem płyty, którą znam z dzieciństwa i po latach posiadania jej na kasecie, kupiłem ją. To album „Szalona lokomotywaGrechuty, z udziałem Rodowicz i tekstami Witkacego. Genialna płyta.

Grechutę trzeba u nas odkryć na nowo. Mam wrażenie, że ludzie znają pięć, może sześć najbardziej przebojowych utworów.

Nie dokazuj”, i co najwyżej trudny „Korowód”?

Tak! A jak posłuchasz jego płyt, to zobaczysz, że tam się działy rzeczy bardzo wizjonerskie i nowatorskie biorąc pod uwagę scenę europejską. Anawa to fantastyczni muzycy, bardzo dużo improwizacji, psychodelicznych klimatów, nie tylko takich piosenkowych. „Szalona lokomotywa” była dla mnie inspiracją. Ja oczywiście nigdy nie będę śpiewał tak, jak pan Marek - to zupełnie inna skala umiejętności wokalnych. Chodziło mi o pokazanie emocjonalnego, a nawet harmonicznego podejścia do piosenek.

A tymczasem ukuto ci etykietkę Manu Chao. To nieporozumienie?

Tak. Jest jeden numer, który może gdzieś się kojarzyć. Co ciekawe, jak bardzo lubię Manu Chao i Mano Negra, ale to nie ten kierunek. Trop latynoski jest na płycie subtelny. Są dwie piosenki, które można zapisać do tego nurtu, ale w nich z kolei teksty wyszły mi „nie-radosne”.

Zawsze tak jest, że nagrywając płytę ma się jakieś założenia. Ale praca to emocje i talent siedmiu osób. Każdy od siebie coś dokłada, a efekt końcowy nigdy nie jest przepisaniem założeń jeden do jednego. Dużo improwizujemy, końcowy kształt jest inny od tego, co planowaliśmy.

To nie jedyne i pewnie nie ostatnie nieporozumienie związane z tobą. Napisałeś nawet bardzo ostro, że „Piosenka o różnych rzeczach”, która funkcjonuje już jako „Piosenka o Jolancie Brzeskiej”, nie jest manifestem politycznym. Mam kilku znajomych w Partii Razem, którzy powiedzieli, że niemal hymn im napisałeś.

Zupełnie o tym nie myślałem. Z różnych stron pojawiały się potem różne głosy. Środowisko pisowskie zapraszało mnie do różnych programów telewizyjnych. Mi o to nie chodziło. Nie chciałem uderzać w tę albo tamtą władzę, bo prawdę mówiąc, jeśli chodzi o przekręty reprywatyzacyjne to trwają one w Warszawie od 25 lat i każda władza jest w nie umoczona. Tu chodziło o konkretną osobę.

Wszystko jest w jakimś sensie polityczne. Chciałem, aby to było czyste od polityki, bo o jest piosenka pamięci Jolanty Brzeskiej. I tego, jak to jest możliwe, że w XXI wieku taka rzecz się zdarzyła i była niewyjaśniona. Zupełnie nie chciałem się zapisywać ani do lewicowej, ani do prawicowej partii i tego się będę trzymał. Z tego co wiem, moi słuchacze to jest bardzo szerokie spektrum polityczne.

Obserwujemy się wzajemnie jako tzw. przyjaciele na Facebooku. Uderza mnie, że masz bardzo ogromny wkurw na to, co się dzieje z przestrzenią miejską w Warszawie. Natężenie postów o niszczeniu zieleni, jako pokłosie lex Szyszko, o likwidowaniu magicznych zakątków stolicy jest ogromne. Zapytam wprost: czy w oderwaniu od polityki, nie korciło cię związanie się z którymś z ruchów miejskich? Mówisz na Facebooku jasno i konkretnie, mam wrażenie, że takiego głosu brakuje.

Jeśli chcę coś powiedzieć, to moim medium są piosenki. O deweloperce warszawskiej numer powstał w 2009 roku. Nie mam temperamentu trybuna ludowego, nie interesuje mnie to. Jeśli coś mnie wkurwia albo zachwyca to piszę o tym piosenkę. Staram się tego trzymać. Ja jestem grajkiem – nie politykiem i nie aktywistą miejskim.

Ale emocje masz. Co ludziom takim jak Ty, ja czy innym, którzy mają podobne uczucia radzisz, by ze ścianą się nie zderzać, ale w jakiś sposób ją przynajmniej kruszyć? I żeby nie wchodzić w politykę, bo ona brudzi ręce.

Mówisz o walce z czym konkretnie?

O lex Szyszko i niszczeniu zieleni, o dzikiej deweloperce, o przekrętach reprywatyzacyjnych, o znikaniu miejsc świętych dla krajobrazu Warszawy. Ty masz do tego większe serce niż na przykład ja, bo jestem warszawiakiem raptem od 23 lat, a teraz jeszcze uciekłem na wieś. Czujesz to miasto.

Warszawiakiem jest każdy, kto się nim czuje. Podział na słoików i prawdziwych mieszkańców mnie śmieszy, bo znam historię miasta i widzę, że w każdym pokoleniu przyjeżdża i zostaje tu dużo osób. Takie dzielenie jest głupie.

A co robić? Mądrze wybierać, również w wyborach lokalnych. A po drugie – jeśli kogoś cenię i popieram, to wszystkie inicjatywy oddolne, aby na przykład coś zachować w Warszawie, żeby coś zbudować, np. jakieś miejsca artystyczne, a nie tylko biurowce albo knajpy, gdzie jest wóda. By posadzić gdzieś drzewa, zadbać o park. Nie wierzę w to, że zmienię świat, ale na pewno z przyjaciółmi możemy zmieniać swoją okolicę. Trzeba skrzykiwać się z sąsiadami i działać – takie rzeczy są w Warszawie.
Bardzo trudno jest walczyć z czymś, co jest mafią, ale nie w takim sensie, że ktoś strzela do nas z karabinu. To są tak wielkie pieniądze, że dla nas są niewyobrażalne. Działki w centrum Warszawy są najdroższe w Polsce – tu nie ma żartów.

Najgorsze jest, że od kilkunastu lat żadna władza w Warszawie, bo nie tylko ta ostatnia, nie czuje tego, że miasto to coś więcej niż przedsiębiorstwo, które ma zarabiać pieniądze. Zburzenie rotundy i postawienie tam innego budynku, który być może będzie piękny, to jest działalność zbrodnicza. Wiesz… W Barcelonie by tego nie zrobili. Miasto ma mieć jakąś tożsamość – a my się jej pozbywamy, co jest dodatkowo bolesne, bo to jest Warszawa, która powstała na nowo z niczego.

Trzeba na ten temat krzyczeć i tyle mogę robić. Ale prezydentem Warszawy nie zostanę.

Przywołam jeszcze jedną rzecz, z którą czasem jesteś niezrozumiany. Przypominając fakty – w 1988 roku, podczas Euro, kibicowałeś drużynie Związku Radzieckiego. Po prababci jesteś w 1/16 Rosjaninem. Często odwołujesz się do kultury rosyjskiej. Zderzasz się czasem z niezrozumieniem dlaczego to robisz? Wiesz, poziom nienawiści do kultury naszych sąsiadów jest w Polsce ogromny.

Nakłada się na to polityka, co w jakimś sensie jest zrozumiałe. Władze Rosji w ostatnich 10-12 latach to nie jest najprzyjemniejsza władza na świecie. Ale to nie ma nic wspólnego z fantastyczną i wielką kulturą rosyjską, która jest niesamowita i dla mnie osobiście pasująca. Staram się dobierać znajomych i przyjaciół na tyle inteligentnych, by te dwie sprawy odrzucali. Jeśli ktoś kocha Płatnowa czy Wysockiego to raczej nie kocha Putina. Mam też wielu przyjaciół na Wschodzie – na Ukrainie i w Rosji i oni zazwyczaj nie są piewcami nowego reżimu.

U nas, po 1989 roku, pewne naturalne odsunięcie się od kultury rosyjskiej, której być może było zbyt wiele z powodów politycznych, sprawiło że wahadło się przechyliło. Mało się tłumaczy rzeczy ze współczesnej literatury, muzyka jest praktycznie nieznana.

Mówisz o współczesności. A mamy pokolenie kinomanów - ludzie chłoną i nowe i stare filmy garściami, a gdybyśmy ich zapytali o znajomość np. klasycznego obrazu „Lecą żurawie”, który jest abecadłem dla światowej kultury, okazałoby się, że jest ona niemal żadna.

Z każdej kultury, a z rosyjskiej już na pewno, można wyciągnąć wiele rzeczy genialnych i przepięknych. One są zatopione w rosyjskiej kulturze, ale wylatują ponad poziomy. Tak jest ze wszystkim – Wajda jest arcypolski, ale przez to, że jest arcypolski już nie jest polski. Jest dobrem światowym. Podobnie jest z Płatonowem czy Tarkowskim.

A nie korciło cię, by kulturę tę bardziej przybliżyć przez twórczość?

To jest trudne. Przede wszystkim nie czuję, że na tyle dobrze znam język rosyjski. Znam go w najgorszym stylu – wiem, czego nie wiem. To jest dosyć paraliżujące. Żeby się wziąć za tłumaczenie trzeba albo znać genialnie, albo trochę i się tym nie przejmować. Bardzo dużo tłumaczeń piosenek z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych nie koniecznie tłumaczyli filolodzy rosyjscy. Jak powiedział Tuwim, w tłumaczeniu najważniejsze jest, aby znać język ojczysty. Ktoś ci filologicznie może przetłumaczyć, ale ty musisz to i tak ułożyć. Dlatego Młynarski świetnie tłumaczył Wysockiego, a niekoniecznie robili to dobrze filologowie.

Reasumując: nie mam takich ciągot. Czasem mi się zdarzy, że trafią mi się drobne tropy. W moich piosenkach jest dużo małych haczyków – jeśli słuchacz będzie uważny, to może na ten haczyk się złapać. Staram się traktować słuchacza jako inteligentnego człowieka.