MARCIN CICHOŃSKI: Koncepcyjnie to twoja najbardziej spójna płyta. Na ile jest to efekt twoich przemyśleń, a na ile reakcja na to, co podpowiadali ci ludzie?

VIXEN: Bardzo dużo słuchałem, więc trudno mówić o wpływach i inspiracjach twórczością konkretnych artystów, podać ich nazwiska. Sięgałem po gatunki, których do tej pory w ogóle nie słuchałem, jak np. country. Wsłuchiwałem się w brzmienia z różnych płyt Stonesów. Ogólnie najczęściej patrzyłem w stronę rocka.

Do pewnego czasu środowisko rapowe było zamknięte na różne brzemienia. Teraz trendem jest to, by słuchać jak najwięcej i przemycać te wpływy w swej muzyce.

Sporo się ostatnio nad tym zastanawiałem. Bo rzeczywiście – teraz jest większa otwartość. I dobrze, że tak jest. Myślałem dużo o fenomenie rocka – ten gatunek kwitnął, ale zamknął się na wpływy i dlatego przestał się rozwijać, a nawet zaczął przekwitać. Rapowi udało się rozlać na inne gatunki. Jeszcze nie wiem, czy to jest pozytywne, czy nie. Przyjdzie czas, by to na spokojnie ocenić. Na pewno jednak hip-hop stał się gatunkiem popularnym, co jednym się podoba, a innym nie.

A Tobie?

Dla mnie to jest dobre – ja zawsze chciałem wychodzić poza jeden gatunek. Nigdy nie interesowało mnie to, by tkwić wyłącznie w jednej stylistyce. Zawsze chciałem czegoś więcej.

A samo środowisko jest już otwarte? Gdybyś parę lat temu nagrał płytę np. z utworem „Romantyczna miłość”, zostałbyś wyklęty. Teraz jesteś wyklinany?

Wydaje mi się, że nie. Przynajmniej nic o tym nie wiem (śmiech). Nie spotkałem się z takimi opiniami. Nie zaznałem agresji, dlatego, że na płycie jest kilka numerów, które można nazwać muzyką komercyjną, popową, skierowaną w stronę radia. „Romantyczna miłość” jest właśnie takim utworem i nie boję się o tym mówić, tak jej nazywać. Robiąc ten numer, nie chciałem zrobić piosenki do radia – on po prostu „tak wyszedł”. I nie czuję z tego powodu wyrzutów sumienia. Nuta wyszła sama z siebie. Pomysł na żeński wokal pojawił się na początku tworzenia płyty: spisałem wszystkie utwory, w których słyszałbym Marysię [Mery Spolsky – przyp. red.] – jej wokal, chórki. To ona podjęła decyzję, w których nagraniach się widzi, i to ona wybrała m.in. „Romantyczną miłość”. Spotkaliśmy się w studiu, wszystko wyszło na tyle dobrze, że mogę powiedzieć, że zrobiłbym to samo jeszcze raz.

Trudno było Ci prowadzić własną karierę? Po odejściu z RPS-u wydałeś EP-kę sam, by ostatecznie trafić do MaxFloRec. W pojedynkę miałeś zbyt wiele obowiązków do ogarnięcia?

Niełatwo było wyjść z jednej struktury, spróbować samemu ogarnąć swoje obowiązki, by potem przejść do następnej zorganizowanej struktury. Nie wiem, jak inni znoszą takie rzeczy, ale dla mnie jest to trudne, choć na pewno rozwojowe. Samemu jednak zbyt trudno było mi zająć się wszystkimi działaniami – i twórczymi, i tymi wydawniczo-promocyjnymi. A w zmianach zawsze trudniejsze jest dla mnie odłączanie się niż wchodzenie w nowy świat. Rozstanie – muszę powiedzieć – było w porządku, ale sam proces podejmowania decyzji po mojej stronie nie należał do najłatwiejszych.

Jakim szefem był Peja? Wśród wielu – w tym dziennikarzy – sieje postrach. Kiedy ja z nim rozmawiałem, miałem odczucie, że obcuję z wrażliwym człowiekiem.

Bo na pewno takim jest. We współpracy z wydawcą ważne jest dogadywanie się, znalezienie wspólnego języka, a czasem pójście na kompromis. I z nim to się zawsze udawało – tzn. nie tylko ja, jeśli trzeba było, potrafiłem ustąpić. W pewnym momencie zdałem sobie jednak sprawę, że do tamtej firmy nie do końca pasuję i trzeba to było z twarzą zakończyć. Uznałem, że lepszym wyjściem będzie spróbowanie „na własną rękę”.

Wiele osób wskazuje, że to jest przyszłość muzyki. Mamy w Polsce sporo przykładów na to, że można, że to się udaje. Czym skusili cię zatem Rahim i MaxFlo?

Na samodzielne wydawanie nie byłem gotowy organizacyjnie. Chodzi o to, co musiałoby mi spaść na głowę. Musiałem odciążyć procesor – robiąc coś dla wydawcy, czuję się odciążony. Mogę zająć się tylko robieniem muzyki. Cała energia idzie w tę stronę i to mi odpowiada. Nie mam aż tak podzielnej uwagi, by zająć się wszystkim sam. A co do decyzji – może chodziło o sentyment? Zanim byłem w RPS-ie, odzywałem się do MaxFloRec – nie udało się. Potem z kolei Rahim sam odezwał się do mnie z zapytaniem, co u mnie słychać, czy mam nowe numery. Przesłałem, spodobały się. Zaczęły się rozmowy...

Długo pracujesz nad nagraniami? Komponujesz miesiącami czy jak coś ci już zagra w głowie, to natychmiast to spisujesz?

Różnie. Czasem potrafię się obudzić w środku nocy i zapisać w telefonie coś, co mi akurat przyszło do głowy. Dużo robię takich notatek, chodząc po ulicy, zapisując wers, zapisując pomysł... Czasem wygląda to dziwnie, bo przepraszam ludzi, z którymi jestem, mówiąc: „muszę to teraz zrobić, bo zapomnę”. Są takie momenty, kiedy robię to na przykład w autobusie – musi to wyglądać dziwnie, choć staram się, by nikt tego nie zauważył.

Trafiają się i takie utwory, które „tworzą się” tygodniami – powoli, po jednym wersie, spokojnie się rozwijając. „Romantyczna miłość” np. powstała szybko – najpierw była melodia, potem beat napisany na szybko w domu. W studiu na gitarze zagrała to Marysia [Mery Spolsky – przyp. red.] – ja potrafię grać tak tylko dla siebie, by jakieś szkice zrobić. Tekst też powstał niemal natychmiast, a potem były w nim tylko proste poprawki.

Jak piszesz? Masz w głowie całą historię czy raczej słowa, wokół których dobudowujesz kolejne wersy?

I tak, i tak. Często historie, które są w głowie, dość trudno przenosi się na papier. Jak to ktoś kiedyś powiedział: „granice języka są granicami świata”. To, co jest w głowie, zawsze jest doskonałe, a niedoskonała jest próba odzwierciedlania tekstu. Czasami pisząc, myślę o odbiorcy, ale nie w kontekście targetu (grupy docelowej). Bardziej chodzi mi wtedy o to, by słuchacz właściwie odebrał to, co chcę mu przekazać. By poczuł to, co ja chcę, by on poczuł.