Skandal wisiał w powietrzu już w kwietniu. Rozmowy między telewizją a miastem się przeciągały. Czasu na podpisanie umowy było coraz mniej. - Przed finalnymi negocjacjami żartowaliśmy, że TVP powinna od razu jechać do miasta z kamerami, żeby w razie odmowy nagrywać materiał. Sytuacja była naprawdę napięta - mówi nam jeden z menedżerów z telewizji. Na spotkanie z Arkadiuszem Wiśniewskim, prezydentem miasta, pojechał wiceprezes spółki, Maciej Stanecki.

- Wyciągnął mu umowę z gardła. Specjalnie pojechał z komputerem, żeby w razie czego na bieżąco wprowadzać zmiany i tak długo siedział, aż nie wyszedł z jego gabinetu z podpisanym dokumentem. Negocjacje trwały kilka godzin i przeciągnęły się do późnego wieczora - słyszymy od jednego z naszych rozmówców ze strony miasta.

Bunt artystów

Przedstawiciele Opola nieoficjalnie opowiadają, że umowę z telewizją podpisali z oporami i tylko na rok, a nie - jak to było do tej pory - na kilka lat do przodu. Problematyczna była nie tylko ostateczna kwota, jaką do festiwalu miał dorzucić prezydent. Opole miało wątpliwości także co do oferty programowej i dystrybucji biletów. Kurski miał zażądać, aby pule biletów, które do tej pory sprzedawało miasto, przekazać telewizji. Szybko posypały się komentarze, że po ubiegłorocznym wygwizdaniu przez opolską publiczność prezes TVP postanowił zapełnić amfiteatr ludźmi, którzy będą mu sprzyjali, i bilety przekazać „Solidarności”. Opole miało z tym gigantyczny problem, bo dla wielu mieszkańców festiwal to najważniejsza impreza w roku. Miastu nie podobał się ani fakt, że na scenie mieli się pojawić artyści disco polo, ani też spór wokół koncertu zmarłego niedawno Wojciecha Młynarskiego. Nie chciała się na niego zgodzić rodzina zmarłego artysty.

Umowę ostatecznie podpisano pod koniec kwietnia. Niedługo potem Opole przelało na konto telewizji 400 tys. złotych, czyli niemal połowę z obiecanej kwoty na organizację festiwalu.
W tym czasie wokół imprezy zaczęło się jednak pojawiać coraz więcej kontrowersji. W połowie maja „Gazeta Wyborcza” napisała artykuł o „czarnej liście” artystów wycinanych z programu festiwalowego i wymieniła m.in. Kayah, która miała wystąpić w czasie jubileuszowego koncertu Maryli Rodowicz. Kayah miała trafić na listę z powodów politycznych, bo wspierała KOD i śpiewała w czasie "czarnego protestu" kobiet. W środowisku artystów zawrzało. Z udziału w imprezie zrezygnowała nie tylko Kayah, ale też Katarzyna Nosowska. Ich oświadczenia odbiły się szerokim echem w mediach. Na Rodowicz, która zdecydowała się spotkać z Kurskim i zapewniała wraz z nim na antenie, że ma pełną wolność w doborze artystów na swój jubileusz, posypały się gromy. Ostatecznie piosenkarka postanowiła się wycofać - tłumaczyła to osobistą tragedią (zmarła jej matka) i atmosferą politycznego skandalu.

Obrazoburcze sutanny

Niemal w tym tym samym czasie telewizja zdecydowała się cofnąć nominację dla utworu zespołu Arkadiusza Jakubika w konkursie „Debiutów”. TVP tłumaczyła to nieemisyjnym charakterem piosenki wykonywanego przez grupę Dr Misio. W teledysku do utworu „Pismo” muzycy występują w sutannach, a cały utwór ma wydźwięk mocno antyklerykalny. - Piosenkę zaakceptowano, zanim Dr Misio pokazał teledysk. A ten uderza w bardzo dużą grupę społeczną. Choć tak samo byłoby, gdyby muzycy wystąpili w strojach rabinów. Nie mogliśmy sobie na to pozwolić. Już pojawiły się pierwsze protesty. TVP musiało się liczyć, że to wywoła kontrowersje, posypią się setki skarg. Na korytarzach komentowano, że Wojciech Smarzowski, reżyser teledysku, chciał sobie zrobić reklamę nowego filmu, zatytułowanego „Ksiądz” - mówi nam jeden z dyrektorów w TVP. W rzeczywistości teledysk Dr Misio był dostępny na YouTube dużo wcześniej, ale zanim do telewizji nie zaczęły spływać pierwsze protesty, nikt o tym nie wiedział.

Co ciekawe, w komisji selekcyjnej „Premier” zasiadała Magdalena Gachewicz, wieloletnia pracowniczka telewizji, zatrudniona w TVP1 w redakcji rozrywki. Prywatnie żona obecnego wiceministra kultury, Jarosława Sellina. Z naszych informacji wynika, że Gachewicz była redaktorem prowadzącym program „O!Polskie przeboje”.

Z dnia na dzień lista artystów, którzy dołączali do bojkotu, pęczniała. Buntowali się nie tylko muzycy. W ramach protestu wobec usunięcia z koncertu Premier Dr Misio, z konferansjerki wycofał się Artur Orzech. Reżyserować opolskich koncertów nie chciał Konrad Smuga. - W tym roku w opolskim amfiteatrze rozsiała się polityka we wszystkich barwach i odmianach. Współczuję Maryli rodzinnej tragedii, ale także koszmarnego hejtu "kolegów" z branży, których czasami nazywa się "jedną wielką artystyczną rodziną". Współczuję władzom TVP, że prawdopodobnie musiały ugiąć się pod naporem polityków i mniej przychylnie patrzeć na pewne nazwiska artystów planujących występ w Opolu - napisał w oświadczeniu.

Dobry i zły policjant

Problem zaczął nabrzmiewać także w Opolu, gdzie już czekały pierwsze ekipy techniczne. W weekend w TVP Stanecki próbował zebrać sztab kryzysowy. Ale nie było to łatwe. Kurski ponoć miał w tym czasie komunię dziecka i nie odbierał telefonów. Wielu dyrektorów wyjechało zaś poza miasto. Ostatecznie udało ich się zgromadzić na Woronicza w niedzielę po południu.

W telewizji stawiło się kilkanaście osób, w tym szef Jedynki Krzysztof Karwowski, wicedyrektor TVP1 ds. rozrywki Jarosław Burdek, szefowa biura marketingu Iwona Bocian-Zaciewska, Łukasz Greszta, który pełni rolę rzecznika telewizji, i przedstawiciele działu technicznego. Kurski na spotkanie nie dojechał.

- Stanecki chciał się za wszelką cenę dogadać z miastem, ale Kurski wolał iść na ostro. Miał przygotowaną strategię komunikacyjną na wypadek rozwodu z miastem - słyszymy od osób, które znały przebieg sprawy.

Spór zaognił w poniedziałek rano prezydent Opola, który nie wpuścił ekip technicznych telewizji pod amfiteatr i zapowiedział wypowiedzenie umowy. Przez cały dzień Stanecki spotykał się z artystami, próbując łatać dziury w programie. W poniedziałek lista muzyków, którzy zrezygnowali z Opola, przekroczyła już 20 osób - a wśród nich znajdował się m.in. Andrzej Piaseczny, który miał świętować na scenie - podobnie jak Rodowicz - swój jubileusz artystyczny. Ale pojawili się też tacy, jak Doda czy Edyta Górniak, którzy zgodzili się wystąpić. Artystów miała przekonywać do udziału Halina Frąckowiak. Telewizja chciała się też ratować młodymi talentami z programu „Voice of Poland”. Pretekstem do przełamania impasu miała być śmierć Zbigniewa Wodeckiego. Prezydent Opola dostał od Staneckiego SMS-a z informacją, że w obliczu tej tragedii należałoby się pogodzić.

Plan był taki, by w Opolu zorganizować koncert upamiętniający gwiazdora, którego kariera zaczęła się właśnie w czasie festiwalu. Wiśniewski i Stanecki umówili się na spotkanie na wtorek. Ale w tym samym czasie w gabinecie Kurskiego powstawał inny, konfrontacyjny plan. Gdy po południu prezydent Opola wypowiedział telewizji umowę, prezes zaczął wprowadzać go w życie. „Wiadomości” wyemitowały materiał uderzający w Wiśniewskiego i artystów, a zarzuty jeszcze ostrzej sformułował sam Kurski w czasie telewizyjnego wywiadu. Żalił się, że nastąpił "brutalny atak na dobro publiczne, na Telewizję Polską i na polską kulturę”, zarzekał, że „czarnej listy” nie było, a jedynym winnym jest prezydent Opola, który był radnym Platformy Obywatelskiej. Kurski zapowiedział, że zrywa umowę z miastem, występuje do sądu o odszkodowanie i przenosi festiwal w inną lokalizację.

To oznaczało koniec rozmów z Opolem. Do telewizji zgłosiło się kilku chętnych - oprócz niewielkich mieścin, które z oczywistych względów odpadły, były to m.in. Szczecin i Kielce. TVP postawiła na to ostatnie. - Sęk w tym, że już nikt nie chciał w Kielcach wystąpić, poza Janem Pietrzakiem i kilkoma „tetrykami” - słyszymy od jednego z rozmówców.

„Ramona” wzywa na dywanik

Na poniedziałek w TVP zwołano posiedzenie rady nadzorczej, na której będą się z afery tłumaczyć Kurski ze Staneckim. Czy polecą głowy? Trudno powiedzieć. W telewizji plotkuje się, że Kurski szuka kozła ofiarnego i będzie chciał zwalić winę na Staneckiego. Zarzuca mu, że ten nie dopilnował sprawy, bo za późno podpisał umowę, a do tego wyjechał do Chin na długą delegację. Przed jego wyjazdem lista artystów była dopięta, w ciągu paru dni nieobecności wszystko się posypało. O torpedowaniu negocjacji z miastem już nie wspomina.

Poza tym jego zastępca jest kojarzony z Kukiz'15, a nie z PiS-em. Medialna koalicja między partią Kaczyńskiego a Kukizem w radiu rozpadła się dawno temu. W telewizji przetrwała.

Na czwartek władze telewizji zostały wezwane na dywanik do Rady Mediów Narodowych. Szef „Ramony”, jak radę nazywają w TVP, czyli Krzysztof Czabański nie należy do zwolenników Kurskiego. I wiadomo, że wykorzysta każde jego potknięcie, by osłabić pozycję rywala.

Sęk w tym, że po całej aferze PiS zaczęło Kurskiego bronić. Oficjalna narracja w partii jest taka: „czarnej listy” nie było, a cały skandal podkręcało Opole, wspierane przez opozycję. – Nie wiem, w jaką grę gra prezydent Opola i jaki cel chce osiągnąć, prezes TVP Jacek Kurski w kwestii organizacji festiwalu jest niewinny - oceniła posłanka PiS, przewodnicząca sejmowej komisji kultury i środków przekazu, Elżbieta Kruk. Podobnie wypowiadał się minister kultury, Piotr Gliński.

- Kurski jest dziś dzięki Opolu nie do ruszenia. Kaczyński kupił jego wersję wydarzeń. Im bardziej będą w niego naparzały media, z „Gazetą Wyborczą” na czele, tym wiarygodniejszy będzie w oczach prezesa PiS jako ofiara - słyszymy od naszego rozmówcy.

Krajowy Festiwal Piosenki Polskiej w Opolu w swojej ponad pięćdziesięcioletniej historii nie odbył się tylko raz - w 1982 roku, w czasie stanu wojennego.