Koncert Moniki Borzym w Parku Wolności przy stołecznym gmachu Muzeum Powstania Warszawskiego odbędzie się w ramach cyklu "Pamiętamy '44", w ramach obchodów 73. rocznicy wybuchu powstańczego zrywu. Wokalistka wykona piosenki z albumu "Jestem przestrzeń", na którym zaśpiewała wiersze Anny Świrszczyńskiej.

- Czy śpiewała pani poezję już wcześniej?

Monika Borzym:  - Nie. Choć w sumie wiele w swoim życiu śpiewałam utworów Wasowskiego i Przybory, co zdecydowanie zaliczam do poezji. Poziom literacki tych tekstów jest niezwykle wysoki. Poezji, wydawanej w tomach nigdy jeszcze jednak nie śpiewałam. Nigdy wcześniej.

- I jak śpiewa się pani wiersze Anny Świrszczyńskiej?

- Zasługą Mariusza Obijalskiego jest to, że zdołał ubrać te wiersze w muzykę. Że to nie sili się na bycie poezją śpiewaną. Udało mu się uniknąć tej kliszy. Priorytetem dla nas były teksty i udało się im służyć muzyką.

To najbardziej odważny z moich projektów. Jak zawsze, zawiera instrumenty akustyczne – fortepian, na którym gra Mariusz Obijalski, kontrabas i gitarę basową Roberta Kubiszyna, perkusję Huberta Zemlera, kwartet smyczkowy pod dowództwem Michała Zaborskiego, który na co dzień występuje w Atom String Quartet, gitary Mitchella Longa i Johna Scofielda, a także sporo elektroniki. Postanowiliśmy nie bać się tego połączenie instrumentów klasycznych z elektroniką.

Dołączyliśmy do płyty tekst Agnieszki Glińskiej i wszystkie teksty w oryginale, bez modyfikacji, które wprowadziłyśmy na potrzeby piosenek. To dwanaście utworów, z których wszystkie są poruszające. Choć nasłuchałam się już tej płyty, muszę przyznać, że wciąż mam ciarki, gdy słyszę niektóre z tych utworów.

- Czy to był pani wybór, żeby zająć się twórczością akurat tej poetki?

 - Nie wiedziałam nawet o jej istnieniu. Przyznam się, że nie jestem wielką fanką poezji, preferuję prozę. Dyrektor (Muzeum Powstania Warszawskiego - przyp. red.) Jan Ołdakowski zasugerował mi, że moglibyśmy przymierzyć się do projektu muzycznego i że miał pomysł, by Agnieszka Glińska została jego kierowniczką, ponieważ zafascynowana jest poezją niejakiej Anny Świrszczyńskiej, która dla mnie wtedy była absolutną niewiadomą. Dostałam pakiet wierszy i poznałam Agnieszkę. Okazało się, że jesteśmy niemal jednomyślne pod względem wyborów muzycznych i stylistycznych, a także jeśli chodzi o sam wybór wierszy, kompozytora, producenta.

Od wielu miesięcy żyję z poezją Świrszczyńskiej. Zmieniła mnie, chyba na resztę życia. To teksty odważne, współczesne, komunikaty, których podjęłoby się niewiele kobiet - nawet dziś – mówiąc o swojej cielesności, rozterkach, pożądaniu. Staramy się „wyciągnąć ją” ze zbiorowej niepamięci.

- Czy wybrałyście panie wiersze o tematyce powstańczej?

- Właśnie wcale niekoniecznie! Czerpałyśmy głównie z tomiku „Jestem baba”, a Muzeum wyszło naprzeciw naszej koncepcji i pozwoliło nam na to, żeby śpiewać głównie o emocjach i o byciu kobietą. Zgodziliśmy się wszyscy, że powstanie zmienia na całe życie. Pozostawia tak silne piętno, że nie ma szansy, by jakakolwiek dyktowana uczuciami twórczość nie miała odcisków powstania na niemal każdym słowie.

O powstaniu jako takim mówili niewiele – tylko w dwóch utworach jest nawiązanie do kul, krwi – to ciężar emocjonalny jest wyraźnie widoczny. To w dużej części wiersze napisane po powstaniu, jednak silnie nim naznaczone. Powstańcem pozostaje się do końca życia.

Ma pani powstańczą historię rodzinną?

M. B.: Nie bardzo. Moi pradziadkowie mieszkali na Starówce z moją babcią. Udało im się schować w piwnicy. W jednym utworze śpiewam: Schowam się w murze, wejdę w mur, jak stonoga. Myślałam wtedy o moich pradziadkach, chudziutkich, wątłych, jak chowają się w piwnicy z moją babcią. Jestem warszawianką, więc temat powstania był mi bliski od zawsze.

Rozmawiał Piotr Jagielski/ PAP