Mieszane uczucia festiwal w Opolu wzbudzał nie tylko w samych artystach, ale i konferansjerach, którzy mieli go prowadzić. – Irena Dziedzic, bez której nie mogła odbyć się żadna "porządna" impreza muzyczna w Polsce, także odmówiła. Stwierdziła, że interesują ją tylko festiwale międzynarodowe, takie jak chociażby Sopot – opowiada dziennikarka. O ile na początku postawa Ireny Dziedzic była pewnym kłopotem, szybko się z nim uporano, a dzięki Opolu wylansowani zostali nowi prezenterzy, którzy poniekąd właśnie tej imprezie zawdzięczali swoją popularność.

Należał do nich z pewnością Lucjan Kydryński. Choć nikt nie wróżył mu wielkiej kariery, zwłaszcza przez jego wadę wymowy, czyli charakterystycznie wypowiadane "r", stał się fenomenem i wzorem dla przyszłych pokoleń. – Lucjan często kradł show występującym na scenie artystom. Często bywało tak, że widownia skupiała się na tym, co mówi i jak mówi, a nie na tym, kto za chwilę wystąpi. Śmiałam się czasem, że zapowiedzi były barwniejsze niż same występy zapowiadanych – mówi Szabłowska. Oprócz Kydryńskiego w roli konferansjerów festiwalu występowali, w co dziś pewnie trudno uwierzyć, Jacek Fedorowicz oraz Piotr Skrzynecki, który stworzył słynną, krakowską Piwnicę pod Baranami. – Najlepszy bez dwóch zdań i tak był Kydryński. Zawsze trafiał w punkt, w samo sedno, a publiczność nigdy nie ziewała, nawet jak mówił długo – wspomina z uśmiechem artysta Jerzy Połomski.

Woda w instrumentach

Do dziś największą zmorą artystów występujących w Opolu jest deszcz. Jak będzie w tym roku, gdy festiwal został przeniesiony na dosyć mokry wrzesień, nie wiadomo. Oby nie było tak, jak przed laty, gdy festiwal odbywał się dopiero po raz drugi - Jacek Fedorowicz trzymał nad artystami parasol, a muzycy wylewali wodę z instrumentów. O tym, że pogoda często nie była łaskawa dla śpiewających, mówi również Ewa Dębicka z zespołu Alibabki. W 1969 roku zespół prawie w ogóle nie schodził ze sceny. Piosenka "Kwiat jednej nocy" otrzymała nagrodę, a zespół towarzyszył innym wykonawcom w roli chóru. – Pogoda była naprawdę okropna, lało strumieniami, a my miałyśmy przeforsowane gardła. Skończyło się wizytą w szpitalu. Na szczęście żona Jaremy Stempowskiego miała specjalny inhalator i dzięki niemu głównie ja mogłam rozluźnić struny głosowe i wykonać naszą piosenkę podczas koncertu laureatów – wspomina.

Młodzi artyści często podglądali swoich starszych kolegów. – Byłam tak onieśmielona swoim pierwszym występem, że chowałam się po kątach. Nie miałam śmiałości żeby do kogoś podejść, porozmawiać, poprosić o autograf – opowiada Izabela Trojanowska, która w 1972 roku otrzymała nagrodę za debiut w Opolu z piosenką "O czym marzą zakochani". Przyznaje, że jako debiutantka kochała się i podziwiała Seweryna Krajewskiego. – Mieliśmy nawet po Opolu wspólną okładkę w piśmie "Kobieta i życie". Kiedy wróciłam do swojego rodzinnego Olsztyna, koleżanki mnie obstąpiły, dotykały i pytały, czy naprawdę byłam tak blisko niego – śmieje się piosenkarka. Przyznaje, że debiut w Opolu otworzył jej drzwi do kariery. – Zaraz potem pojechałam studiować aktorstwo. Nakręciłam pierwszy film, drugi film, dostałam angaż w Teatrze Syrena. Miałam tyle pracy, że spałam po trzy godziny na dobę, ale dziś wiem, że to wszystko się opłaciło – wyznaje.

Złośliwa konkurencja

Festiwal przyniósł rozgłos również innej wielkiej artystce, czyli Maryli Rodowicz. Gwiazda w ciągu 50 lat swojej kariery scenicznej wystąpiła na deskach opolskiego amfiteatru aż 36 razy. Początki nie były łatwe. – Mój debiut był bardzo nieudany pod każdym względem. Narzucono mi repertuar, kazano śpiewać z orkiestrą, a ja na co dzień występowałam w klubach studenckich ze swoim zespołem i wykonywałam rock’and’rolla. Poległam na tym i, jak to się mówi, odkułam się dopiero rok później. Miałam już swój zespół i swoich gitarzystów – opowiada.

W kulisach amfiteatru była łazienka, w której młode gwiazdy rozśpiewywały się i malowały. – Była tam świetna akustyka i lustro, przed którym można było poprawić makijaż czy fryzurę. Kolejka do pań charakteryzatorek była bardzo długa, więc nie każda z nas załapywała się na profesjonalnych makijaż – mówi.

Zdobywająca sławę Rodowicz była jedną z tych gwiazd, które wzbudzały ogromną zazdrość wśród innych wykonawców. – Ktoś co chwila robił jej żarty, czasem bardzo nieprzyjemne. Pamiętam, że pewnego razu dostała telefon, że jej mama jest chora. Maryla zdenerwowana pobiegła, by zadzwonić do domu i dowiedzieć się, co się dzieje. Trzeba pamiętać, że nie było wtedy telefonów komórkowych, a łączność była mocno utrudniona. - Okazało się, że była to plotka, którą rozpuściła zazdrosna koleżanka, która chciała się pozbyć konkurencji – mówi Szabłowska.

Przez lata zastanawiano się też, czy bójka, do której doszło między Rodowicz a Urszulą Sipińską, wydarzyła się naprawdę, czy była udawana…

Oderwany rękaw marynarki

Doszło do niej podczas koncertu "Nastroje, nas troje". – Kiedy Urszula ubrana na biało wykonywała piosenkę, w pewnym momencie za jej plecami pojawiła się Maryla, ubrana na czarno. Zaczęła przedrzeźniać śpiewającą Sipińską, ta to zauważyła, zezłościła się i rzuciła w Marylę jakimś owocem ze straganu, ustawionego na scenie w ramach dekoracji. W pewnym momencie zaczęły się bić, szarpać. Sipińska miała oderwany rękaw od marynarki. Przez kilka lat obydwie śmiały się z tego i mówiły, że bójka była udawana, ale wersja wydarzeń Sipińskiej w pewnym momencie się zmieniła i piosenkarka zaczęła twierdzić, że Maryla odegrała się w ten sposób na niej, tylko nie wie dokładnie, za co. Jedno jest pewne: legenda krąży do dziś – mówi Szabłowska.

Suchej nitki na Rodowicz nie pozostawiała czasem również prasa. Jedna z dziennikarek, relacjonując festiwal, nie omieszkała napisać w swoim artykule, że "Rodowicz spasła się jak świnia". – A ja byłam już w zaawansowanej ciąży. To były czasy, kiedy nie eksponowało się tego stanu tak, jak robi się to dziś. Stałam na scenie, garbiłam się jak mogłam i próbowałam wciągnąć brzuch, żeby nie było widać. Miałam na sobie sukienkę poupinaną tak, by specjalnie udrapowane falbany również niczego nie zdradzały, a i tak przeczytałam potem, że się spasłam – wspomina gwiazda.

Wina nie było

Tak jak legendą obrosły spory między gwiazdami i próby wyeliminowania konkurencji, tak samo często z łezką w oku artyści wspominają towarzyszące festiwalowi imprezy do białego rana, które dziś można by było zaliczyć do tzw. afterów. Gdy już wszyscy wszystko zaśpiewali, wygrali i odebrali statuetki za swoje debiuty i najlepsze występy, przenosili się do restauracji "Pająk" znajdującej się u zbiegu ulic Osmańczyka i Książąt Opolskich. To właśnie tam do białego rana śpiewano i pito, głównie wódkę.

Wina nie było, coli też nie, więc tę wódkę popijało się oranżadą lub innym dostępnym napojem gazowanym. Ważniejsze od trunków były jednak te nasze śpiewy. W restauracji zazwyczaj znajdowało się pianino, więc Marek Grechuta czy w późniejszych latach Andrzej Sikorowski albo Grzesio Turnau siadali przy nim, wszyscy stawali dookoła i śpiewaliśmy po kolei repertuar każdego z nas – wspomina Rodowicz. Gdy zamykano "Pająka", impreza przenosiła się na dworzec. Tylko tam podawano jeszcze piwo i jajecznicę o tak późnej, a może już wczesnej porze. W "Pająku" często oprócz śpiewów odbywały się również tańce do białego rana.

Artystów obserwowali nie tylko kelnerzy, ale również SB. – Znalazłem w IPN raport na temat tego, co nagadałem w "Pająku" po pijaku. Panowie z SB mieli też osobny stolik na widowni w amfiteatrze – mówił w jednym z wywiadów Jan Pietrzak.

Jedną z często powtarzanych anegdot związanych z szaleństwami w "Pająku" była ta opowiadana przez Wojciecha Młynarskiego. Po jednym z takich rautów wytoczył się z tejże restauracji dziennikarz Jerzy Falkowski. Otworzył pierwsze drzwi, jakie napotkał, ale pech chciał, że były to drzwi od stojącego przed restauracją samochodu-chłodni. Mimo że wiało chłodem, postanowił wejść do środka i uciąć sobie drzemkę. Gdy odnaleziono go po paru godzinach, zachrypniętym głosem stwierdził, że: "Opole jest nie do zdarcia".