Twój kolega z Salonu Niezależnych Michał Tarkowski powiedział kiedyś, że jesteś "hipisem, nonkonformistą, rozrzutnikiem" i "mieszanką sprzeczności". Zgadzasz się z tymi określeniami? Jaki jest dzisiaj Jacek Kleyff?

Jack Kleyff: To jest widzenie Michała. Ja nie kultywuję w sobie sprzeczności; reaguję na świat, który jest ambiwalentny, rozkroczony w różne szpagaty, w różnych kierunkach. Dlatego, że w miarę sprawnie reaguję na ten świat, może wydawać się, że jestem mieszanką sprzeczności. Świat jest jaki jest, a człowiek musi zachować w tym wszystkim siebie; odbija ten świat jak lustereczko przez co komuś może wydawać się niekonsekwentny.

W momencie gdy odbierałeś dyplom architekta na Politechnice Warszawskiej, wiedziałeś, że muzyka to jest to co będziesz robić do dzisiaj?

Dyplom robiłem dla swojej mamy. Przed jego uzyskaniem pojawił się teatrzyk - Salon Niezależnych, który przyniósł nam sporo satysfakcji. Otrzymaliśmy kilka nagród, stale byliśmy w trasie. Były to czasy zachłyśnięcia się gierkowskim poluzowaniem. Nasz teatrzyk był na szczycie mainstreamu, więc byliśmy dwa razy w miesiącu w większości klubów studenckich.

Wiedziałem już, że architektem raczej nie zostanę. Moją jedyną realizacją jest dom, w którym obecnie mieszkam. Każdą deskę i każdy centymetr sześcienny tego budynku przeanalizowałem - jestem jego autorem. Jednak architektura bardzo dużo mi dała - są tu studia rozwarte między romantyzmem, a pozytywizmem; pomiędzy technologią, a sztuką, wiedzą o kolorach i jednocześnie o obliczaniu konstrukcji mostu.

Jesteś osobą towarzyską, a zdecydowałeś się zamieszkać pod Warszawą. Unikasz ludzi?

Miałem ich nadmiar. Dopiero gdy zamieszkałem poza miastem złapałem harmonię towarzyską. Znajomi często przyjeżdżają do mnie, nocują; siedzimy przy kominku, ale jest to określona grupa osób. Odjeżdżają, a ja mam czas żeby robić swoje. W Warszawie jestem co najmniej raz na tydzień. Uczę w szkole rysunku architektonicznego i pojawiam się na występach.

Wydałeś niedawno płytę. Opowiedz o tym jak doszło do spotkania z kapelą Drewutnia z Lublina. Muzyka ludowa od zawsze była ci bliska?

Jesienią 2014 r. muzyk i dźwiękowiec Andrzej "E-moll" Kowalczyk zorganizował ognisko z okazji wiechy stanu surowego "Domu Muzyki" dla niepełnosprawnych starszych osób. Zaprosił m.in. Kapelę Drewutnia, która gra folkową muzykę ukraińską. Złożona jest z "ukrainofilów" Polaków, ale krwią i sympatiami związaną z południowym wschodem Polski. Połowa tego ośmioosobowego zespołu jest niewidoma. Podczas tego ogniska śpiewałem piosenki, a oni zaczęli mi przygrywać na cymbałach, mandolinach i domrach.

Od 40 lat jestem "pomazany" wielogłosami ukraińskimi, białoruskimi i cudownością tej muzyki. Jestem zadziwiony, że przekraczając Bug od wschodu, z tych pięknych wielogłosów, których przestrzenność niesie się aż do Władywostoku, słyszymy tylko skarłowaciałe kalectwem śpiewy kościelne. Kapela Drewutnia spadła mi z nieba.

Płyta rozpoczyna się i kończy śpiewem ptaków, ożywionymi rozmowami, okrzykami, jednak jej środek jest refleksyjny i nastrojowy. Najstarszy utwór, który się na niej znalazł pochodzi z 1975 r., a najnowszy z 2015 r. Co je łączy?

]To są piosenki nieznane jeszcze światu, a także te, które się jeszcze nie zestarzały. Łączy je to, że wołają o wschodnie brzmienie, wzmagają moją tendencję do skrętu na Wschód. Znudził mnie anglosaski odczyn całej otaczającej nas w mediach kultury muzycznej - bas, perkusja, gitara elektryczna; solo, druga zwrotka, solo podniosłe, trzecia zwrotka, solo ekstatyczne i koniec piosenki. Kocham Nosowską, która jest poza tą manierą; Kazika, Pablopavo, Grabaża - to fantastyczne zjawiska w polskiej muzyce. Wciąż jednak wiemy niewiele o muzyce karpackiej. Tak więc, wspominany skręt na Wschód sam do mnie przyszedł.

Również do Orkiestry na Zdrowie (ONZ) wszedł Wschód. Po wykruszeniu się z zespołu gitarzysty elektrycznego wiedzieliśmy, że nie tęsknimy za kolejnym, a cymbały i akordeon sama wniosła do zespołu Nasta Niakrasava z Białorusi. Projekt z Drewutnią był jednorazowy - mimo, że kocham ich i pozostaję otwarty na przyszłe koncerty - a moim zespołem jest ONZ.

"Na tym dachu całkiem sam, w czerwonym swetrze". Na nowej płycie zdecydowałeś się zaśpiewać o Marku Edelmanie. Ta postać jest dla ciebie w szczególny sposób bliska?

Od 17 lat jestem w związku z Basią Mechowską, która współpracowała z doktorem kardiologii Markiem Edelmanem w łódzkim szpitalu. To gigant, o którego otarło mnie samo życie. Tekst jest więc o nim, jego czerwonym swetrze; zawiera prowokację o powstaniu w getcie jako pierwszym powstaniu warszawskim.

Opowieści Edelmana, które znamy z książek są porażające. Co ciekawe, przez to, że był przywódcą powstania w getcie, nikt nie zauważył, że uratował dużo więcej ludzkich istnień jako kardiolog. Kolejne sukcesy nie przebijają się już na tyle mocno. On wymyślił bypassy, ale wdrożył to ze wspaniałym kardiochirurgie prof. Mollem.

"Ja chyba muszę nie musieć nic i wtedy wiem co na prawdę muszę, a czego nie" - to fragment "Płachty nieba", utworu, który nie pojawia się na płycie, ale mówi o tobie jako autorze tekstów. Brak przymusu sprawia, że tworzy się najlepiej? Swoboda grania z kim chcesz i kiedy chcesz w żaden sposób cię nie ogranicza?

Podstawowym błędem i źródłem wszystkich idiotycznych rewolt jest mylenie wolności z samowolką; zapominanie podstawowego komunału, że moja wolność kończy się na czyjejś. Z rozwianą grzywą, rewolucjoniści zapominają o tym i uzdrawiają świat na siłę. Ja nie mam problemu z wolnością - poddaję się ścieżce, która sama mnie prowadzi. Realizuję tę wolność i wiem, że od 1989 r. ogranicza mnie o wiele mniej barier.

W czasach komunistycznych wiedziałem, że mało co jest w stanie ograniczyć moją wolność wewnętrzną. W pewnym momencie nie miałem możliwości występów estradowych, ale w zamian za to ścieżka mojej wolności zetknęła mnie z himalaistami, a wcześniej z Janem Krzysztofem Kelusem. Wiem też, że na tych samych budynkach co ja pracował też Leszek Cichy - zdobywca Mont Everestu zimą, a gdzieś tam Twójmieście Donald Tusk; zacząłem zarabiać więcej niż na scenie.

Nie była to jednak tylko kwestia finansowa, ale także szansa na pokonanie własnych barier?

Od zawsze miałem potworny lęk wysokości. Gdy z Jankiem Kelusem chodziliśmy na szyszki, zakładałem uprząż zaczynałem od dwóch metrów, później wyżej i wyżej, a już po tygodniu byłem na wysokości 16 metrów. Trzeba mieć zdrowy lęk przed wysokością, ale jego nadmiar udało mi sie pokonać stopniowo. Nie może być przymusu. "Kiedy nie muszę nic, wtedy wiem co naprawdę muszę" - tam to ułożyłem.

Jesteś otwarty na współpracę z młodymi?

Wszyscy w Orkiestrze na Zdrowie są ode mnie młodsi, współpracuję też z młodzieżą ucząc rysunku. Zarażam się młodszym widzeniem świata i nie za bardzo dogaduję się z moimi rówieśnikami. Wykruszają mi się znajomości z rówiesnikami, albo to ja zostaję w miejscu - nie wiem.

Edelman był do końca życia dzieciakiem, fantastycznym zgrywusem. Nauczył mnie nieliczenia się z wiekiem, co nie znaczy, że każdy dzień nie przybliża nas do sytuacji ostatecznych. W moim wieku prędzej zauważa się, że skoczkiem narciarskim to już nie będę.

Rozmawiał Marek Sławiński/PAP

Jacek Kleyff (1947) jest polskim pieśniarzem, poetą, kompozytorem i malarzem; jednym z założycieli kabaretu Salon Niezależnych, z którym trzykrotnie wygrał festiwal FAMA, oraz Orkiestry Na Zdrowie (ONZ), z którą w 1995 r. na pierwszym Przystanku Wodstook zdobył główną nagrodę publiczności. Kleyff został w 2003 r. odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.