Powrót z zaświatów

Błagalne posty na forach? Były. Stalkowanie na portalach społecznościowych? Odhaczone. Wydzwanianie do miejsca pracy dawnego idola? Jeszcze pytasz... A wszystko po to, by nakłonić faceta, który kiedyś rapował, do powrotu na scenę. Niechby capił naftaliną, byle jeszcze coś nawinął.

Rzadko, bo rzadko, ale czasem zawodzenie dochodzi właściwych uszu, staromodły zostają wysłuchane i jegomość wychodzi niespodziewanie z szafy ku uciesze wiwatującego tłumku, który myśli sobie: teraz to się zacznie. Tak było w tym roku chociażby z Reno, autorem klasycznego już „Następnego Levelu” sprzed grubo ponad dekady. Bełchatowski raper zasłynął linijkami błyskotliwego, blokerskiego bawidamka, który dzięki swojej obrotności zrobi za moment cash money, nie kaszę mannę. Trzeba mieć zresztą spore problemy ze słuchem, by nie zarejestrować, że nawet po latach bełchatowianin pisze teksty, o których większość naszej sceny może wyłącznie pomarzyć, a i nos do produkcji nie szwankuje. Problem w tym, że jego „50/50” jawi się niczym jeden z głębinowych stworów wyrzuconych na brzeg któregoś z oceanów. Taka anachroniczna ciekawostka, która sprawi, że jakiejś grupce zapaleńców mocniej zabije serce, ale ogół dostrzeże jedynie niekompatybilne z nowymi czasami dziwactwo. Wszystko przez flow, który mógłby być bardziej potoczysty, a tym samym lepiej (albo raczej – jakkolwiek) skomunikowany z naprawdę konkretnymi bitami, co przyznaję jako zdeklarowany fan autora.

Dokładnie z tym samym problemem boryka się EP-ka „Napisy KońcoweMuflona, legendarnego już freestyle'owca, rapera i aktywisty – wersy z najwyższej możliwej półki, ale nawijka nie pozwala w pełni docenić kunsztu. To jednak nic przy tym, co stało się udziałem Ensona, innego weterana wolnego mikrofonu. Reprezentant Gorzowa Wielkopolskiego wypuścił długo zapowiadany album „Kan Wa Kan”, który okazał się nieznośną wypadkową gonienia po omacku młodzików i przetwarzania nieco już zatęchłych patentów. Swoje krótkie materiały wrzucili również dwaj mało aktywni raperzy, uznawani niegdyś za tych z dużym potencjałem – Maz („HappyMess” brzmi jak ostateczne pożegnanie z grą) oraz Wiciu (dłuższa rozłąka z nawijaniem zaowocowała wyjątkową bryndzą). Pozytywnym zaskoczeniem stał się za to krążek o ojcostwie, którego nikt się nie spodziewał, czyli „Tato Hemingway” dawno niewidzianego Pivota. Mało u nas tak radosnych, a zarazem rozsądnych wydawnictw, które nie mielą ogranych tematów, lecz poruszają ten zupełnie zmarginalizowany przez prymat szlaku „klub-hotel-burdel”.

Role Playing Rap

Zgoda, trudno zaistnieć w obecnych czasach bez PR-u. Polska scena rapowa jednak niebezpiecznie upodabnia się do tej gałęzi popu, która zakłada kreację przed jakimkolwiek działaniem. Upodabnia się do Simsów.

Lista zadań do wykonania jest opasła. Weźmy włosy – zaczesane do tyłu czy jednak do boku? Farbowane czy naturalne? Dziary czy brak dziar? Ciuchy na artystyczny nieład czy może na nuworysza (w kredycie)? A co z charakterem? Płaczliwy czy wygrywający życie? To tylko część palących pytań, które powinny spędzać sen z powiek. Szczęśliwie o jedno nie trzeba się martwić. Skillset jest domyślny, a jego modyfikacji dokonuje się tylko w miarę potrzeby.

Podział na role musi być jasny, bo słuchacz mógłby się pogubić. I tak Deys z „Tape of the Ninja” (oraz PlanBe z „INSOMNI”) musi być tym egzaltowanym gościem, który za mocno wszystko przeżywa na posępnych bitach, rzadko pozwalając sobie na uśmiech. Young Igi z krążka „Trappist” nie może odejść zbyt daleko od niezrozumianego typka, który popadł w nałogi gdzieś w okolicach długiej przerwy w podbazie i nawija coś niewyraźnie. Young Multi, ze swoją „Nową Falą”, jest tym youtuberem, który wcale nie ma w życiu ciężko, ale też nie aż tak lekko, bo życie to ciągła walka. Wac Toja będzie walił na „High Quality” prosto z mostu i monotematycznie, bo taki już jest ten nasz Wac Toja.

Koniec końców komentarz do poszczególnych wydawnictw sprowadzi się do zdania na temat poziomu grozy „Kruka” nieobliczalnego i utalentowanego skądinąd ReTo: trzyma w napięciu jak woda pozostawiona na gazie. Woda w nielubianym czajniku pozostawiona na gazie. Woda w nielubianym czajniku pozostawiona na gazie i gotowana dla wyjątkowo nielubianego gościa.

Teoretycznie zmieniają się bity, ale co to zmienia? Równie dobrze można byłoby je poprzemieszczać i nikt postronny nie odkryłby różnicy. Pieniądz płynie. Bedoes z Kubim zrobili „Aby śmierć miała znaczenie”, płytę, która skupiała jak w soczewce wszystkie mankamenty nowego polskiego rapu, po czym ten pierwszy uderzył takim singlem („Gustaw”), że nie było czego zbierać – czyli zmiany w skillsecie są możliwe, tylko trzeba chcieć. To optymistyczna myśl.

Droga na skróty

Był zły trend, musi być dla przeciwwagi dobry. Jest nim wysyp EP-ek, które przestały być stygmatyzowane niczym mixtape'y. Ma to oczywiście swój minus – przez nawałnicę trudno się przebić – ale nie ma sensu narzekać.

Naturalnie ta forma wydawnicza przypadła do gustu przebijającym się dopiero raperom, którym zdecydowanie łatwiej dźwignąć taką nagrywkę niż rzetelnie poprowadzony, logiczny album. W „ChaosiePatera pobrzmiewają inspiracje innymi raperami, ale czuć, że reprezentanta NNJL stać na wiele, szczególnie gdy bierze na warsztat bity pozwalające na wyważenie chlipania i wkurzenia. „Jim StarkFrostiego Rege to już w tym momencie osobna jazda – z delikatnym, nieprzeszkadzającym seplenieniem sunie stołeczną nawijką („Marcin”!) i wyrasta z miejsca na ostoję hardego skrzydła Prosto. „ExSzopeena brzmi jak zmyślne wypośrodkowanie starego stylu Otsochodzi i cykaczy. „Za Dnia Marnuję Talent” to zaś wyjątkowo przewrotny tytuł, gdyż ani Nawaj, ani też Barto'cut12 nie przegrywają swojej szansy, gdy współtworzą dobry materiał oddający hołd niesłusznie minionym czasom amerykańskiego rapu.

Krótsze premiery pomogły również potwierdzić pozycje Meek, Oh Why?-a („Rękopisy Nie Płoną” to dowód na to, że takohemingłeizm odszedł w niepamięć), WSRH (wydanie dwóch krwistych, sensownych materiałów w rok to duża sztuka), PRO8L3M-u (świat po katastrofie nadal trzyma się dobrze) Kaczora i PIH-a („Zła Krew” to powrót do najlepszej ze stylistyk), Kościeya („Miłość” z „Kto jak nie my” znalazłaby się w topie kawałków roku) czy KęKę (który hitowym i innym niż zawsze „Basement Disco” pomógł w zaistnieniu swojemu krajanowi Hase). Żeby nie było jednak tak cukierkowo – część artystów, i to tych z ugruntowaną renomą, nie wykorzystała okazji. VNM na „Trailblazerze” odtwarza zdartą płytę swoim – bądź co bądź – ponadprzeciętnym flow (podobnie jak Bisz na „Pięknie i Bestii”, będącej wodnistym sequelem „Wilka Chodnikowego”), „RottenbergMałpy, Mielzky'ego i duetu The Returners śmiało może być jednostką pomiaru nudy, „LEPLeha to nadal za dużo obietnic, a za mało konkretów, lubelska Galeria („Ptaki Drapieżne” stworzone z Goldenem) tonie we własnym liryzmie, o problemach ze „SzpryceremTaco Hemingwaya pisałem zaś już szerzej na łamach Dziennik.pl

Wspomniałem o tym, że mixtape'y są traktowane po macoszemu? Tak, ale jeśli już się pojawiały, to przykuwały uwagę. „200 po mieściePawła Bokuna udowadnia, że autor to nie tylko talent czystej wody, ale również wyjątkowo uniwersalny nawijacz, „2canOxona to letniak co się zowie, choć bywa momentami przegadany (choć nie bardziej niż "Snap" Hipocentrum), a „MyślodsiewniaFiłonia wieszczy nadejście ważnego newcomera, pamiętającego undergroundową klasykę i lubiącego dźwięk gitary w bicie.

Zbieg wydarzeń

Co można określić mianem wydarzenia w polskim rapie, oczywiście pomijając wszelkie personalne zatargi czy inne informacje natury towarzyskiej? Rzecz jasna płyty, które starają się wyjść poza schemat i pokazać, że rap jest nieograniczoną twórczo materią (bo przecież nie kolejne wydawnictwo Popka czy zrzucenie maski przez KaeNa).

Cztery to liczba, którą na długo zapamięta pewnie Quebonafide. Wydać w jednym roku kalendarzowym trzy EP-ki i jedno LP – nie lada wyczyn. Szkoda jednak, że tylko na papierze, bo dźwięki nie dojechały. O ile inspirowana produkcjami DisneyaNo to bajka” wyglądała od razu na projekt czysto rozrywkowy i bez wczutki, a „Dla Fanek Euforii” i „Dla Fanów Eklektyki” miały zadowolić zainteresowanych, o tyle utopienie tak wielkiego projektu jak „Egzotyka” może wyglądać na zastanawiające, tym bardziej że cyferki jak się zgadzały, tak zgadzają się nadal. Jak jednak przejść do porządku dziennego nad faktem, że Que pojechał w wielomiesięczną podróż życia z niewłaściwym nastawieniem? Jego pompatyczny album to europocentryczny gulasz, który niewiele mówi o kolejnych lokalizacjach, a zbyt dużo o samym gospodarzu, wspieranym (co trzeba przyznać) odpowiednimi podkładami. Aż dziw bierze, że do wydania nie dorzucano w preorderze cynowego breloczka w kształcie piramidy.

Nie zmarnuj swojego życia!” – grzmią RYMcerze na swoim albumie. Tak, dobrze myślicie: chodzi o jeszcze jeden album, który przestrzega przed wszystkim, jednocześnie swoim poziomem wpychając słuchacza w objęcia rozmaitych nałogów. Nie odmawiam autorom słusznej idei (podobnie jak tegorocznemu Tauowi), ale przecież nawet dzieciaki wiedzą, że nie da się zrobić nic gorszego dla dobrej sprawy niż pozować na neofitę z uśmiechem rodem z teledysku do „Black Hole SunSoundgarden.

Uuu, jeee, bling, bling, blichtr, blichtr, dryń, dryń, dryń – to już krótka, acz trafna analiza „Nowego KoloruOtsochodzi. Wolta stylistyczna, po której gros dawnych fanów musiało się wycofywać rakiem ze swoich wcześniejszych wyrazów uwielbienia dla reprezentanta Tarchomina, nie jest zupełnie niczym zdrożnym. Niech każdy sobie odpowie w myślach: czy w poprzedniej niszy było jeszcze coś więcej do ugrania oprócz kolejnych całusków od weteranów? Podpowiadam: nie bardzo. Dobrze się więc stało, lecz niestety na razie tylko dla Janka. Z tym etapem nowej kreacji artystycznej jest jak z Venecia Palace – miejscem, w którym kręcono teledysk do nośnego, tytułowego kawałka. Niby USA, ale jednak podwarszawskie Michałowice, w których wszystko jest za bardzo. Nie ma jednak obaw, Młody Jan jeszcze nie powiedział ostatniego dobrego słowa.

Po pierwsze: gratulacje. Zebranie w jednym miejscu takiego dream teamu jak na „Słowowtórach” (m.in. Kortez, Mes, Pablopavo, Tymon Tymański) to mokry sen pewnie każdego producenta, a co mówić o emocjach artysty, który wie, że tenże dream team za moment zarapuje/wyśpiewa jego teksty. Do tego dochodzi historia z gatunku „chcieć to móc, mimo przeciwności losu”. Bajka. Największą zaletą i zarazem bolączką materiału jest jego literackość. Skakanie ze stylu na styl z jednoczesnym przeładowaniem treścią sprawia, że chciałoby się obcować z tymi tekstami w zupełnie innym medium. Może to czas na książkę?

Gwiazdorską, mainstreamową obsadę (m.in. Katarzyna Nosowska czy Bajm) zebrał również bardzo znany i lubiany daleko poza środowiskiem rymów i bitów Miuosh. I wszystko wskazuje na to, że „POP.”, niezbyt doceniony wśród swoich, otworzy mu kolejne drzwi w polskim światku artystycznym. Tak się wyciska karierę w stu dziesięciu procentach, dając rynkowi gotowe, rapowe rozwiązania. Lepiej tak, niż nagrywając płytę o bieganiu jak Mezo.

Polska produkcja

Narzekanie na poziom płyt producenckich i składaków to tak nieodłączna część każdego podsumowania jak obecność „Kevina” w świątecznej odsłonie Polsatu. W 2017 roku zrywamy jednak z tą denerwującą świecką tradycją. I chwalimy, bo jest za co.

Oer to jeden z tych bitproducerów, którzy niby są lubiani, ale to lubienie na zbyt wiele się nie przekłada. Jasne, B.O.K. na bydgoszczaninie stoi, ale on sam nie wyskakuje z lodówki, pojawiając się na prawie każdej możliwej płycie w kraju (a mamy kilku takich gości). Być może dlatego „Definicja Brzmienia” jest tak piekielnie intrygującym dokonaniem, które gładko wchodzi do dziesiątki najlepszych wydawnictw roku. Choć – nomen omen – brzmi to nieprawdopodobnie, producent nie zaprosił do współpracy wyłącznie tych raperów, których wypadało zaprosić. Dokonana selekcja to styl znany z podziemia – nie ma zgranych ksyw, obok siebie nawijają i tuzy (Łona, Bisz, Knap, Grubson), i goście znani lokalnie (wspomniana już wcześniej Galeria czy McAdams). Wszystko zagrało tu jak należy: perkusja nie jest tylko kwiatkiem u kożucha, kompozycje mają własny feeling, mocne osłuchanie przebija raz po raz, a nawet ci z teoretycznie drugiego szeregu nie zawodzą („Skazani na Shawshank”).

Podobnie ma się rzecz z „WavesBitykradne. Warstwa muzyczna ma w sobie mało z klasyki, a wiele z eksperymentu poza utartymi szlakami, dlatego umilając sobie czas, warto skupić się nie tylko na partiach z raperami (m.in. Karwel, Olszak czy Szopeen), ale też tych, w których gospodarz demonstruje umiejętności w pojedynkę. Na osobne słowo zasługuje też „MolzaAlkopoligamii, czyli album z gatunku „bohema baluje na wsi i patrzy, co z tego wyniknie”. Szczególnie ujmują dwie rzeczy. Po pierwsze – produkcje, które nie znajdują punktu odniesienia w naszym krajobrazie branżowym, bo są (to akurat dobre określenie) wystrzelone w kosmos. Po drugie – polot, z jakim kolejni członkowie wytwórni toczą opowieści o zupełnie przyziemnych kwestiach, takich jak dodatki do pizzy. Jeśli w przyszłym roku AP pójdzie w takim kierunku... Cóż, narobili smaka.

Droga dorosłości

Zaczynali z różnych pułapów. Łączy ich zazwyczaj tylko to, że przekroczyli już wiek chrystusowy. Jedni starają się cudaczyć w swojej muzyce, drudzy – jak najdłużej pozostać tam, gdzie im wygodnie. Świętują benefisy, biorą pod skrzydła sceniczny narybek, starają się nie wypaść z obiegu – doświadczeni raperzy, którzy codziennie szukają swojego miejsca na mimo wszystko wymagającym rynku.

W poprzednim roku ukułem wyrażenie „stabilizator weterana”, czyli album, który pozwala utrzymać się w obiegu i pograć trochę koncertów. Ni ziębi, ni grzeje. Takie wydawnictwa mają na swoim koncie m.in. Peja, który skorzystał z bitów Braha („Remisja”), mielący własną przeszłość niczym w żarmie Włodi („Wszystkie Drogi Prowadzą Do Dymu”) i Chada („Kolekcjoner Zarzutów”), Pono (bardzo nieudany album „Szlagier” nagrany z Ero, Hudym HZD i Szczurem) i Spinache (zawsze na określonym poziomie, ale „Reality” nie zachwyca). Do tego grona wielu chętnie wpisałoby Palucha, który od lat nie wymyśla koła, ale „Złota Owca” przekonuje, że właśnie znajduje się u szczytu formy z formułą, na której będzie mógł bazować jeszcze kilka sezonów.

Ciekawiej zrobi się, gdy prześledzimy poczynania tych, którzy wymyślają siebie na nowo. Obywatele świata – Łysol i Kosi – nagrali pod szyldem JETLAGZ płytę, która nie notuje milionów w serwisie YouTube, ale daje znać, że warszawiacy są nienasyceni i krok do przodu, jeśli chodzi o inspiracje muzyczne (a także potrafią świętować sukcesy; na dowód puszczają „20 Mixtape” jako JWP/BC m.in. z Siwersem, którego solowa „Huśtawka” rodzi niejednoznaczne opinie). W podróż wyruszył również Kali wspierany przez Pawbeatsa, ale trochę się zagalopował – „Chakra” jest zbyt uduchowiona i nieco mętna w swoich dywagacjach nad istotą spokoju. Uduchowienie poprzeplatane z konkretem pogrzebało za to malujący pejzaże „Dom Otwartych DrzwidonGURALesko. Dłużyzn i niespójności nie można zarzucić krążkom Grubsona i Jareckiego. Brzmią one jak antidotum na wszechobecne zdehumanizowane brzmienia, bo mają coś, czego nie da się uzyskać bez żywego uczestnictwa człowieka, czyli groove. Na przeciwnych biegunach, acz wciąż na wygranej pozycji, stoją Tede i Pokahontaz. Ten pierwszy zapowiadał, że nagra materiał, który młodzi będą starali się naśladować, a nie na odwrót, i w pełni mu się to udało – na „Skrrrt” nie ma darcia mordy, jest miarowe wybijanie wersów z małymi niespodziankami takimi jak choćby „T-Killa”. Ci drudzy postawili na klasykę i chociaż się na niej nie potknęli, to słupki sprzedażowe... Sami wiecie. Wydawnictwa Winiego i Borixona można zaś traktować z przymrużeniem oka (choć tylko reprezentant Stoprocent miał to wkalkulowane – Borygo zgubiło gonienie w krótkich spodenkach za młodzieżą, psujące odbiór tak dobrych utworów jak „Piękność”).

Zawsze po swojemu

W poprzednim roku raperzy szli na swoje, w tym – idą po swojemu, niekoniecznie we własnych wytwórniach i niekoniecznie we właściwym kierunku.

Najlepszy przykład: Sarius, który uplasował się na drugim miejscu w 2016. Tym razem, za sprawą „Antihype'u”, wypadł poza dziesiątkę, ponieważ swój obłąkańczy flow doprowadził do ekstremum – teraz płacze rymami i nie za bardzo wiadomo, o co mu właściwie chodzi. Odpowiednikiem częstochowianina w mijających dwunastu miesiącach był Mada, którego „47%” jest introwertycznie wielkomiejskie, a także igra z rytmiką i tym, co serwuje nam polski przemysł rapowy.

Transfer Kuby Knapa do Hemp Rec wyglądał na dość osobliwy, ale niewątpliwie mu nie zaszkodził – przynajmniej jeśli mowa o walorach artystycznych. Wydane w nowym labelu „Najlepsze wyjście” nie było jednak najlepszym materiałem niedawnego alkopoligamisty w tym roku: palma pierwszeństwa należy do „Bejłocza”, który hipnotyzuje od pierwszej sekundy. Być może dlatego, że gdy wychodził, to koniunktura na leniwego rapera nie była jeszcze nie tyle przegrzana, ile spalona na popiół.

Lenistwo rymuje się z Guzior. Nie wierzycie? Posłuchajcie absolutnie najlepszego materiału mijającego roku, czyli „Evil Twin”, który drwi: „Z jednej strony wielcy hustlerzy, z drugiej mądrzy z Mensy raperzy”. A on? On jest sobą – zblazowanym gościem, który rapuje, nie kopiuje 1:1 kolegów po fachu zza oceanu, ogląda mangi, jara tony zielska i się nie napina. Mało? Dodajmy kapitalne wyczucie w kwestii bitów, a także zupełnie organiczną nośność poszczególnych utworów. W tym roku król jest tylko jeden i bynajmniej nie jest nagi.

Na najniższym stopniu podium stanął duet Dwa Sławy. Niezmiennie trwa spór o to który album jest lepszy – „Ludzie Sztosy” z 2015 czy może „Dandys Flow”? Ile osób, tyle zdań, ale trzeba mieć pasiekę w uchu, by nie docenić zmiany wizerunkowej, która wcale nie musiała przyjść bezboleśnie. W końcu zabawni goście spoważnieli i udowodnili niedowiarkom, że potrafią się dostosować. A potem wymieszali śmiech z powagą i automatycznie stali się najbardziej kompletnymi zawodnikami w naszej rapgrze.

Tuż za Guziorem znalazł się ten, z którego sam gromko rechotałem, po czym posłusznie przeprosiłem. W.E.N.A. od dłuższego czasu wyglądał na faceta, który prędzej wcisnąłby ci dobry ciuch niż dobry kawałek, ponieważ już dawno się pogubił. Wyglądał, wyglądał, aż wreszcie zrzucił atomówkę na kult ładnego życia. Chciałoby się dodać, że „Niepamięć” wali rykoszetem w jego własny lifestyle, ale nie bądźmy małostkowi – to bardzo dobry album, który w odpowiednich proporcjach łączy stare z nowym, a także pozwala uwierzyć, że przynajmniej na trackach WudoE jest nadal „Ostatnim Prawdziwym”. Sam autor pewnie dodałby do tego tekstu sentencję: nie oceniaj książki po okładce, a rapera po jego Instagramie.

Miejsce w dziesiątce mają również Karwel, któremu służy wschodnie powietrze i niespieszny moniecki mental, czego wyrazem jest „T.L.N.” (nie ma drugiego rapera w Polsce, który pisałby podobnie do kolejnego już dawnego alkopoligamisty), a także Kobik ze swoją krakowską „Sygnaturą”.

Na koniec mała ściągawka dla tych, którzy chcą być jeszcze bardziej na czasie. Warto zwrócić uwagę na Deepa i jego depresyjną, niesłusznie przegapioną „Kataraktę”, Adiego Nowaka i nagrany z BarvinskymĆvir” (nikt tak schludnie nie zrobił w tym roku przewrotnie lovesongowej radiówki), Kubana z „Myślisz jeszcze?” (dobrze nawinięty, świadomy swoich atutów rap, lecz straszliwie przydługi – czyli casus „NarkopopuKaza Bałagane oraz „ŚwiattłaHadesa), Faczyńskiego, Kidda i duet Palmer Eldritch z „Hikikomori” (prawdziwa muzyka dla nadwrażliwców, a nie nowomodne postękiwania), BonSoul z „Lepiej Nie Wnikać” (nic nowatorskiego, ale na tym duecie zawsze można polegać, choc "Almost Famous" z Laikiem pstawiło niedosyt), Solara i Deemza z „Klubem 27” (mimo kulawego i nieetycznego pomysłu na promocję), Białasa i Lanka z „Polonem” (solidny mainstream, choć nie bez potknięć w kwestii flow), Te-Trisa z „Tristape'em” (materiał, który ma „więcej den niż kontener z Bogoty”, podobnie jak nieco przeszarżowane "Speciallite"), Flinta z „Niebem na Wrzecionie” (nie brakuje słabszych momentów, ale spójność artystyczna na plus), Guovę z „HEADLINEREM” (jedyna dama polskiego rapu, która wypuściła w tym roku płytę i to w majorsie), Breka z „Kiedyś było inaczej” (brytyjski przelot, którego nikt nie zauważył) oraz Jota z „Po przesłuchaniu spalić” (prochu nie wymyśla, ale nadal ma styl). No i HIFI z „Ludźmi”, by przekonać się, że brak Hadesa to prawdziwe piekło.

10 polskich rapowych albumów roku:

1. GuziorEvil Twin” (QueQuality)
2. W.E.N.A.Niepamięć” (wyd. własne)
3. Dwa Slawy Dandys Flow” (Embryo)
4. OerDefinicja Brzmienia” (PchamyTenSyf)
5. KarwelT.L.N.” (Lekter Records)
6. Mada47%” (wyd. własne)
7. PaluchZłota Owca” (B.O.R. Records)
8. KobikSygnatura” (B.O.R. Records)
9. Kuba KnapBejłocz” (Alkopoligamia)
10. AlkopoligamiaMolza” (Alkopoligamia)