W ciągu jednego wieczoru występuje pan w dwóch operach - jako Turiddu „Rycerskości wieśniaczej” i Canio w „Pajacach”. Jakie to przed śpiewakiem stwarza wyzwania?

Roberto Alagna: To duże wyzwanie, ponieważ muzyka jest trudna, emocje intensywne, a z emocjami należy zachować ostrożność. Na przykład w „Rycerskości wieśniaczej” Turiddu śpiewa zza kulis Sycylianę. Aria jest napisana w wysokiej tessiturze, a ponieważ jest to serenada, powinna sprawiać wrażenie łatwej i lekkiej. W istocie jest to bardzo trudne. Dodatkowo nie jest to typowa serenada służąca wyłącznie sprawieniu komuś przyjemności, ale ma stanowić prowokację. Turiddu zdradzony przez Lolę chce ją sprowokować.

Z kolei w „Pajacach” już pierwsze wejście jest bardzo zdradliwe. Orkiestra i chór wydają potężne brzmienia, a śpiewak jest w samym centrum tego i publiczność musi go słyszeć. Jeśli nie jest ostrożny może stracić głos. Niebezpieczne dla głosu są zawsze także głębokie emocje. Nie można im za bardzo popuścić wodzy. Sekret polega na tym, aby utrzymać jedno i drugie, tzn. zrównoważyć emocje i zachować bel canto.

W „Pajacach” występuje pan wraz z żoną, Aleksandrą Kurzak. Czy wpływa to na kształt roli, którą pan wykonuje?

Oczywiście. W „Pajacach”, tak jak w rzeczywistości jesteśmy mężem i żoną. Odtwarzamy te postaci nawet podwójnie. Raz w scenicznym życiu samego utworu, a także po raz drugi ponieważ występuje tam teatr w teatrze, w którym, znowu odgrywamy role męża i żony. Fikcja miesza się z realnością. W każdym z tych przypadków dzieje się to jakby w innym wymiarze. Jak myślę widownia odczuwa, że jest to bardzo prawdziwe, bardzo uczciwe.

Ile razy występował pan już scenie Met?

Nie liczę tego. (126 razy - dodaje, przysłuchująca się rozmowie, Aleksandra Kurzak, przypominając, że tych, którzy mają ponad 100 występów Met nazywa weteranami) Po raz pierwszy miało to miejsce w 1996 roku. Otrzymałem co prawda już w 1987 roku ofertę zaśpiewania partii włoskiego tenora w „Der Rosencavalier” Richarda Straussa. Miałem jednak wtedy 23 lata i sądziłem, że jest to dla mnie za wcześnie, byłem zbyt nieśmiały.

Którą z prezentowanych dotychczas postaci operowych uważa pan za najważniejszą?

Każda jest równie istotna. Zawsze daję z siebie 100 procent. Kiedykolwiek śpiewam jest to dla mnie najważniejsze. Nie uciekam od niczego, jestem bardzo, bardzo szczery i uczciwy. Ktoś mnie zapytał kiedyś, czy się bardzo cieszę z tego ponieważ mam wystąpić w Met na otwarcie sezonu, a to jest bardzo ważne. Odpowiedziałem, że każdy występ jest dla mnie ważny, każdy jest specjalny. Zawód śpiewaka operowego jest bardzo dziwny. Dobry występ wymaga cudu. Wystarczy odrobina flegmy żeby wszystko zepsuć. Mam szczęście, bo mojemu życiu towarzyszy wiele cudów.

Czy jest różnica między operą amerykańską i europejską?

W Ameryce widz chce mieć więcej radości; wydał pieniądze i chce spędzić miły wieczór. W Europie ma czasem ochotę krytykować, być ekspertem. Jest wielu fanów, którzy podążają za śpiewakami gdziekolwiek oni występują. Jeśli jesteś szczęśliwy pokazują, że też są szczęśliwi, jeśli nie, także wyrażają smutek. Ogólnie jednak publiczność jest podobna.

Nie wiem czy wypada o to pytać kogoś kto ma włoskie pochodzenie, ale jak się to stało, że zainteresował się pan operą?

Operę mam we krwi. Mój wywodzący się z Sycylii pradziadek, który urodził się w Ameryce i nazywano go Mister Jimmy, był tenorem. Przyjaźnił się z Enrico Caruso. Ponieważ umarł młodo, prababcia przyjechała do Europy. Mieszkała z nami we Włoszech i we Francji do czasu kiedy miałem 20 lat. Opowiadała wiele o Ameryce, o Caruso. Także syn pradziadka, który odziedziczył imię Ernesto po postaci z „Don Pasquale” Dionizettiego, był tenorem. Mój ojciec miał dobry głos, pajsę do opery i byłem tego świadkiem od małego. Ponadto jako dziesięciolatek widziałem film o Caruso („Wielki Caruso” – przyp. PAP), którego grał Mario Lanza. Dla mnie, w mojej wyobraźni, to nie Lanza, ale właśnie mój pradziadek, Mr. Jimmy, był Carusem. Wszystko co opowiadała mi babcia odkryłem później w tej opowieści filmowej. Zapoczątkowało to moją pasję do opery.

Jaka jest recepta, by zostać wybitnym śpiewakiem operowym?

Nie wiem. Nigdy o tym nie myślę. Zawsze staram się uczyć, być coraz lepszym i nigdy nie jestem z siebie w pełni zadowolony. Jeśli myśli się za bardzo o swej doskonałości, jest się skończonym. Dla mnie najważniejsze jest, aby mieć w czasie przedstawienia świeży głos i zadowolić publiczność.

Którzy kompozytorzy operowi są panu najbliżsi?

Prawdopodobnie Berlioz, który nigdy nie był zrozumiany i w pewnym sensie podobny do mnie. Był samoukiem, nie posiadał akademickiego wykształcenia, chciał robić wszystko, komponował opery, oratoria. Był samokrytyczny i nigdy do końca z siebie zadowolony. Zawsze pragnął dawać z siebie więcej.

Który z utworów Berlioza najbardziej pan docenia?

Najbardziej ulubioną operą są dla mnie „Trojanie”. Jest piękna, ma wspaniałą konstrukcję, stanowi dzieło geniusza.

Czy ma pan ulubionych współczesnych kompozytorów operowych?

Tak, jest nim mój brat David Alagna. Jest autorem m.in. opery „Le Dernier jour d'un condamne” (Ostatni dzień skazańca) napisanej na podstawie powieści Victora Hugo. On skomponował muzykę, a ja z drugim bratem, Frederico, napisaliśmy libretto. Jest to wspaniała opera.

Nie unika pan także śpiewania utworów z gatunku muzyki popularnej. Czy ma to jakiś wpływ na brzmienie pana głosu?

Jeśli otrzymuje się w darze talent trzeba go moim zdaniem dzielić z największą liczbą ludzi jak to tylko możliwe. Mam dobry głos, ale nie wszyscy są zainteresowani operą. Aby do nich dotrzeć trzeba im zaoferować coś innego. Dla mnie nie ma różnicy miedzy operą, a pop. Najważniejsza jest muzyka, nuty, sztuka harmonii, sztuka kompozycji. Zawsze jest to: „do re mi fa sol la si do” i kwestia różnej techniki. Trzeba poznać różne style: Mozarta, Verdiego, Berlioza i innych oraz dostosować do tego swój głos. Na skrzypcach Stradivariusa można grać nie tylko muzykę poważną, ale też jazz, rock itp. Nie powinno się rozgraniczać gatunków na dobre i złe. Wszystko jest ważne. Folklor, muzyka tradycjonalna, inspirowała utwory wielkich kompozytorów np. „Węgierski marsz” Berlioza, czy „Carmen” Bizeta. Podobnie było w przypadku Mascagniego, Verdiego, Chopina, i Bartoka.

Nie miałem nawet na myśli porównywania gatunków, ale interesowało mnie to, czy nie szkodzi głosowi jeśli się śpiewa i utwory operowe i pop music?

Dla głosu wszystko może być szkodliwe. Czasem bardziej nawet mówienie niż śpiewanie. Jeśli się śpiewa zachowuje się ostrożność. Kiedy się mówi można dać się ponieść pasji, niebezpiecznie wysilić głos i go zniszczyć. O wiele gorsze jest zupełne zaniechanie śpiewu. Trzeba natomiast panować nad pasją, odruchami i szanować swój głos. Tak jak szanować swoją żonę, bo jeśli nie, to odejdzie.

Występował pan w filmach opartych na „Tosce” oraz „Romeo i Julii”. Jaką ma pan opinie o tego rodzaju kinie?

Moją pasję do opery zapoczątkowały właśnie filmy z Mario Lanza. Takie kino trafia do nowej publiczności. Opera objawia się tam jakby w innym wymiarze. Kiedy byłem nastolatkiem dzięki mamie i babci poznałem na ekranie wiele oper produkowanych we Włoszech. Skorzystało z tego wielu ludzi, którzy nie mieli możliwości kontaktu z teatrem operowym. Szkoda, że nie produkuje się takich filmów więcej także w dzisiejszych czasach.

A co pan sądzi o transmisjach na żywo do kin z Metropolitan Opera?

Roberto Alagna: To świetny pomysł podobnie jak zainicjowane wcześniej transmisje radiowe z Met. Teraz operę można oglądać na wielkim ekranie z wspaniałym dźwiękiem. Jest to cudowne, czyni operę czymś nowoczesnym. Stała się bardziej dostępna i popularna niż kiedykolwiek. Dla opery nastały dzisiaj najlepsze czasy.

Co pan myśli o polskich śpiewakach operowych?

Znam ich, poczynając od Jana Kiepury który był najlepszy. Występował w wielu filmach i znał go bardzo dobrze mój przyjaciel, francuski reżyser pochodzenia ormiańskiego Henri Verneuil. Przyjaźniliśmy się z Charlesem Aznavourem, który opowiadał mi o Kiepurze dużo anegdot, w tym zabawnych. Spotkałem też kilka razy syna Kiepury (John Thade – przyp. red).

Stefania Toczyska była moją sceniczną matką w „Rycerskości wieśniaczej”. Z Mariuszem Kwietniem śpiewałem w „Pajacach” oraz w „Carmen”. Znam też Piotra Beczałę i Artura Rucińskiego. Są to śpiewacy zaliczani dzisiaj do najlepszych.

Jakie wyniósł pan doświadczenia z występów w Polsce?

Śpiewałem w Polsce na dwóch koncertach i byłem pod wrażeniem świetnej organizacji. Uważam, że polska publiczność jest wspaniała, chłonie każdy moment. Także orkiestry były świetne. Będziemy nagrywać z Aleksandrą wspólną płytę w Warszawie. Mamy też zaplanowany koncert w Rzeszowie oraz w Szczecinie, zorganizowany z okazji 65-lecia filharmonii. A w ogóle jest to niesamowite, że każdego miesiąca otrzymujemy z Polski nowe propozycje. Mamy jednak zakontraktowane występy na kilka lat, musimy więc szukać jakichś luk w treminarzach.

Czy rozważyłby pan występ w którymś z polskich teatrów operowych?

Bardzo bym chciał i jeśli nadarzy się taka możliwość oczywiście chętnie z niej skorzystam. Na razie za wcześnie o tym mówić, ale być może pojawi się taka okazja w roku 2019 w Poznaniu. Pracujemy nad tym. Miło byłoby także wystąpić w operze w Warszawie.

Z Nowego Jorku Andrzej Dobrowolski/PAP