MARCIN CICHOŃSKI: Patrząc z boku na twą działalność, podkreślmy, pozaaktorską – musi cię bardzo swędzić mózg. Wydajesz bardzo zróżnicowane płyty, bo nawet albumy Dr Misio różniły się od siebie. Skąd u ciebie aż tyle pomysłów? Aż tyle rzeczy jest do wykrzyczenia?

AREK JAKUBIK: To nie jest prosta sprawa. Raz - jestem pracoholikiem. A dwa – faktycznie mam jakiś rodzaj twórczego ADHD, które co jakiś czas musi znaleźć ujście, ujrzeć światło dzienne. W muzyce jestem kimś w rodzaju demiurga, kreatora. To ode mnie zależy kiedy i jaka płyta ma szansę powstania. Nie jestem uzależnionych od żadnego producenta, reżysera, scenariusza. Tu ja jestem siłą sprawczą. Dlatego w ciągu ostatnich pięciu lat, to jest od 2013 roku, czyli płytowego debiutu Dr Misio, co roku jakiś nowy album się pojawiał. Nie żeby to był jakiś obowiązek, ale rzeczywiście tak się dzieje.

Zmieniłeś podejście twórcze – to jest płyta sygnowana twoim imieniem i nazwiskiem. To jest też mocno zmienione brzmienie.

Jak rok temu skończyłem w studio pracę z Kubą Galińskim, producentem muzycznym „Zmartwychwstaniemy” Dr Misio, to ja już wtedy wiedziałem, że następnym albumem będzie płyta, którą chcę zrobić tylko z Kubą. Dlatego, że podczas wspólnej pracy uwolnił się między nami jakiś rodzaj fantastycznej energii, wspólnego lotu. Konkretnie polegało to na tym, że któregoś dnia szukaliśmy kolejnego pomysłu na zaaranżowanie piosenki Dr Misio – akurat zabrakło takiego, nie wiem, może mieliśmy gorszy dzień. I wtedy Kuba wyciągnął gitarę, zaczął grać parę akordów i zapytał – masz jakiś tekst? Ja, że mam. I w ciągu kilku następnych dni nagraliśmy trzy nowe piosenki. I wtedy zrozumiałem, że to jest facet, który ma tak niebywały potencjał twórczy, kompozytorski i aranżacyjny, że muszę z nim zrobić razem następną płytę.

Dobrze jest od czasu do czasu stosować ulubioną przeze mnie zasadę płodozmianu. Żeby mieć alternatywną ścieżkę, mieć czasem gdzie uciec od Dr Misio. W swej pracy najbardziej boję się rutyny, odcinania kuponów, że Dr Misio ja już kręcę w lewej ręce. Że mamy to obcykane, sprawdzone, za nami setki koncertów.

Rutyny.

Boję się takiego momentu, w którym zagramy koncert, który będzie końcem Dr Misio, kiedy będę stał na scenie, będę śpiewał piosenki, ale w głowie będę odliczał, ile jeszcze numerów zostało mi do końca. Trzeba uciekać od czasu do czasu, by za nimi zatęsknić i czekać na kolejne koncerty Dr Misio.

Stąd potrzeba zrobienia czegoś zupełnie innego. W „Szatanie na Kabatach” na parę rzeczy się otworzyłem, na które nigdy bym się nie odważył w swoim zespole. Na przykład na nawijanie do mikrofonu, na melorecytację, rapowanie – jak zwał, tak zwał. Wiem, że mam przypiętą łatkę, gębę śpiewającego aktora. Żaden ze mnie raper. Takie „melorecytacje” kojarzą mi się raczej z aktorami, którzy „Pana Tadeusza” deklamują do podkładu muzycznego, a wokalistki śpiewają w refrenie jakąś tam melodię. Od tego zdecydowanie chciałem uciekać. Ale w końcu za którąś tam namową kolegi Galińskiego zdecydowałem się spróbować i... Powstała piosenka „Twoje zniknięcie”. Dzisiaj jeden z moich ulubionych momentów na płycie „Szatan na Kabatach”.

Portalom internetowym dostało się na płycie za tytuły i za to co przekazują. Uznam, że to nie do mnie zarzut, bo dumnie reprezentuję Dziennik.pl (w tym momencie obaj wybuchamy śmiechem), ale przyznam zarazem, że litania tytułów robi wrażenie. Ty od tego poprzez nagranie uciekasz, czy próbujesz coś nam powiedzieć?

Uciekam od mediów, od internetowego chłamu jak tylko mogę. Zaszyłem się na podwarszawskiej wsi, stworzyłem sobie swoiste eldorado. Widzę jednak, że nie ma większych szans na taką totalną ucieczkę. Ponieważ ten atak jest zmasowany. Jest też poniżej jakiejkolwiek krytyki – obraża inteligencję wszystkich ludzi. Myślę o nagłówkach, debilnych, durnych, chamskich tytułach, które krzyczą na nas z portali. Elektroniczne media zachowują się jak „Fakt” czy „Super Express.” Ja nie chcę być czytelnikiem tych gazet. Natomiast czasami nie mam na to żadnego wpływu, ponieważ otwieram komputer i to do mnie strzela z każdej strony.

To jest… nie apel, bo ja od takich słów uciekam, to jest zwrócenie uwagi ludziom, którzy te debilizmy piszą tylko dla kliknięć, które tak naprawdę są ważniejsze od wartości merytorycznej. Chodzi tylko i wyłącznie o to, ile ten nagłówek ściągnie odbiorców. Ale to jest też moja rozmowa z ludźmi, aby nie dali się zalewowi tej głupoty pseudo-dziennikarskiej i żeby próbowali – co nie jest w dzisiejszych czasach łatwe, wyciągnąć z internetu to, czego potrzebują i to, co dla nich jest ważne i wartościowe.

A te tytuły – to przyczyna czy skutek?

Myślę, że dwie strony są tak samo winne. To jest samo nakręcająca się spirala. Bo pewnie gdyby ludzie nie klikali, to pseudo-dziennikarze takich głupot by nie wymyślali.

Skąd tak dobrze znasz klasę średnią. Kabaty, Mordor – wygląda na to, że bardzo dobrze przyglądasz się tambylcom.

Mam dużo dobrych znajomych, którzy pracują w reklamie, w korporacjach. Natomiast Kabaty są częścią Ursynowa, dzielnicy Warszawy, która jest najbliżej położona mojej wsi. Tam nieopodal jest moje ulubione kino, do którego chodzę z synami, żoną lub mamą. Jeździmy też tam – to ukłon w stronę moich synów – głównie dlatego, że tylko w Multikinie na Ursynowie jest słodki popcorn (śmiech). A na metro Kabaty odwożę zaś i odbieram moich synów, którzy stamtąd jeżdżą do szkoły. To jest to miejsce gdzie trochę się czekało i obserwowało ludzi.
Na tej płycie podpisałem się jako współautor kilku tekstów. I nie chowam się za punkowym, rokendrolowym sztafażem Dr Misio. Staję przed ludźmi bezbronny emocjonalnie i opowiadam o sobie, zwierzam się. Posłuchaj „Twojego zniknięcia”, „Atomowego skutera”. Taką piosenką jest też „Plan antypaństwowy” – próba wytłumaczenia, czy wręcz wyspowiadania się, dlaczego zawsze muszę przed ludźmi uciekać, chować się przed nimi. Bo tak naprawdę ja się ludzi boję. Teraz prowadzimy rozmowę – ja gadam, ty zadajesz pytania. Gadam jak najęty i gęba mi się nie zamyka. Ale taka jest nasza umówiona wcześniej zabawa w wywiad. Jednak w życiu to ja nie jestem typem wodzireja, który opowiada żarty, pręży się, ma przygotowaną setkę różnych anegdot z planów filmowych czy tras koncertowych, żeby zabawić towarzystwo. Raczej biorę sobie szklaneczkę whisky i siadam z boku. Wolę słuchać ludzi, wolę obserwować.
Piosenki na tej płycie to próba rozmowy, dialogu z ludźmi, na który nie zawsze mnie stać. Bo z tyłu głowy jest strach.

W ustach jednego z najbardziej znanych aktorów brzmi to paradoksalnie. A co się stanie, jeśli ta płyta nie dotrze do odbiorców?

Liczby czy procenty mnie tutaj nie za bardzo interesują. Oczywiście – tfu, tfu, tfu, spluwam przez lewe ramię, bo jestem bardzo przesądny – byłby jakiś smutek, żal gdyby „Szatan na Kabatach” zupełnie przepadł, przeszedł wśród ludzi bez echa. Ale na pewno by mnie to nie załamało. I każda następna płyta, którą zrobię, nie będzie zrobiona pod dyktando komercyjne, dyktando masowego, wirtualnego gustu ludzi, żeby im się przypodobać. Dwa lata temu nagrałem z Olafem Deriglasoffem album „40 przebojów”. Od początku założyliśmy sobie, że robimy płytę totalnie antykomercyjną. Od początku liczyliśmy się z tym, że te „anty-przeboje” mogą nie znaleźć szerokiego odbiorcy, większego poklasku. W końcu każdy z tych 40 numerów trwa od kilkunastu sekund do niespełna minuty…(śmiech) Ale ja jestem z tej płyty dumny. Od dwóch lat gramy z Olafem koncerty z tym materiałem na żywo, świetnie odbierane przez publikę. To, że ludzi na tych koncertach jest mniej niż na Dr Misio, nie ma żadnego znaczenia. A jaki będzie żywot „Szatana na Kabatach” – to się okaże. Ale będzie dobrze, zobaczysz...