MARCIN CICHOŃSKI: Czy Ty się jeszcze czujesz młody?

TEN TYP MES: Tak!

Co to dla ciebie znaczy?

Być rozpalonym, a nie wypalonym. I czerpać radość ze swojej pasji.

Jest taka teoria, że młodość się kończy, kiedy suma doświadczeń, zazwyczaj związanych z bliskimi, powoduje, że mamy w sobie więcej żółci niż optymizmu.

Ach, pod tym względem… Mam w sobie znacznie mniej żółci, niż wtedy, gdy technicznie byłem młody. Jak miałem 21 lat, naprawdę nienawidziłem wszystkich, ale przede wszystkim nienawidziłem siebie. Z różnymi młodzieńczymi smrodami psychologicznymi musiałem się mierzyć. Teraz do wielu rzeczy mam potężny dystans: i do siebie, i do świata, i do ocen - do rzeczy, na które nie mam wpływu. Poziom zgorzknienia i frustracji kiedyś był we mnie większy, w dodatku wymieszany z chęcią podobania się jak największej grupie ludzi. Teraz mam na to dużo bardziej wywalone. Wydaje mi się, że po człowieku, który jest pasjonatem swojego zawodu, który się nie wypalił, coś takiego widać. Niektórzy mają tak do końca swojego życia, inni mimo wszystko się wypalają, a inni z kolei odblokowują - są pisarze, którzy zaczęli karierę po czterdziestce. Odmłodnieli i dopiero wtedy zaczęli używać życia. A młodość techniczna - wiadomo, że jak mam 35 lat, to nie jestem skory do aż takich melanży, jak miałem lat 21. Technicznie to nie jest już ta sama wątroba.

Prawdą jest, że odbiorcy polskiego hip-hopu mają problem z bardziej dorosłymi treściami?

W większości tak. Zawsze był pewien problem z docenieniem pokombinowanych tekstów, a największy luz z odbiorem muzyki na poziomie lifestyle’u. Kojarzy się swoich ziomków, plemię, do którego się przynależy, to, że się ubiera w określony sposób. Na swojej pierwszej solowej płycie - a miałem 22 lata, kiedy ją wydawałem - byłem ubrany inaczej niż każdy inny hip-hopowiec wokół mnie. Tę swą oryginalność, może trochę na siłę manifestowaną, w sercu niosłem. A miałem 13 lat mniej niż teraz.

Czujesz już to, co będzie się działo z tobą dalej? Wiesz, że odchodzisz od hip-hopu?

Robię to, na co mam ochotę w danym okresie.

A czujesz, że grupa odbiorców ci się zmniejszyła albo zmieniła?

Odbiorcy to pewnego rodzaju sinusoida, zmienna materia. Trzeba być jej tyle samo wdzięcznym, co od niej niezależnym, bo jest w niej bardzo wiele zmiennych. Pierwszy przykład: ktoś, kto słuchał twojej muzyki, jak miał 17 lat: podobała mu się, bo była pierwszą, która zrobiła na nim wrażenie. Drugi przykład: 24-letni student, który utożsamił się z moją muzyką, bo właśnie coś stało się z jego dziewczyną i posłuchał sobie piosenek, w których tłumaczyłem, że „tego kwiata to pół świata” i nie ma co siebie przez pryzmat takiego rozstania postrzegać. Mamy tu dwie, zupełnie inne, równie emocjonalne reakcje na muzykę. I nie możesz o nich w żaden sposób myśleć, kiedy piszesz piosenkę. Jakby myśleć o tych wszystkich grupach, można by zwariować. Bardziej myślisz o tym, by twoja linia życia szła równiutko z tekstami - łeb w łeb.

Pytam cię o to wszystko, bo to druga z rzędu płyta, na której aż tyle gorzkich przemyśleń z siebie wyrzucasz. Nie ma tyle rzeczy rubaszno-krotochwilnych, co na „Trze’a było zostać dresiarzem” – kurde, chyba ciągle źle to wymawiam…

…dobrze wymawiasz!

Pytanie jest takie: czy to, co nagrywasz, koresponduje z tym, jakim jesteś człowiekiem. Za każdym razem, kiedy cię widzę, mam przed sobą uśmiechniętego, a na pewno pogodnego człowieka. A kiedy włączam płytę…

Myślę, że sporo moich rozmówców mogłoby się z tobą zgodzić. Ja na twój widok się cieszę, bo jesteś człowiekiem, przez którego serce roście. Masz coś takiego w spojrzeniu i wypowiadaniu się, że bardziej się wierzy w świat. Natomiast jest mnóstwo sytuacji, w których mnie nie widzisz, a ja jestem ultra, megasfrustrowany. Bo ktoś, kogo ty nie znasz, a ja znam bardzo dobrze, mnie zawiódł. Bo spotkało mnie coś niesprawiedliwego albo słyszę, że kogoś z moich bliskich spotkało coś niesprawiedliwego. I niestety - albo stety - to musi ze mnie ujść. Jest w piosence coś z walki, zazwyczaj zwycięskiej, bo nie czuję, by język polski mnie pokonywał. Jest w piosence też coś z seksu, a to są sprawy, do których ty nie masz dostępu - ponieważ nie mam ochoty ani na walkę, ani na seks z tobą. Natomiast na walkę i na seks z piosenką to i owszem. „Trze’a było zostać dresiarzem” powstało, jak już miałem trzy dyszki. Ale kiedy rok przed jej wydaniem ją pisałem, świat był w zupełnie innym miejscu. To był jasny świat zmierzający w stronę postępu. Wszelakie populistyczne smrody, jazdy na antyludzką optykę były w odwrocie. Wtedy byliśmy po Euro, była jakaś jedna awantura z Rosjanami, poza tym się udało. Byliśmy obywatelami świata, Europy, jasno patrzyliśmy w przyszłość.

Jesteś kolejną osoba, z którą zawodowo rozmawiam, która mówi coś podobnego. Powtarza się kwestia o sinusoidzie losów ludzkości, na której my jesteśmy akurat w tej części spadającej, idącej w złą stronę.

Z uporem maniaka powtarzam, że nie mam kompetencji, by wypowiadać się o polityce. Bardzo łatwo można mnie zagiąć - w legislacyjnych sytuacjach wyszedłbym na debila, którym w tej materii jestem. Ale jeśli chodzi o relacje międzyludzkie, o społeczeństwo, o coś, co jest blisko ziemi - takie nasze kino obyczajowe na co dzień - to na tym się trochę znam. I zależy mi na kompletnie innych obyczajach niż te, które są promowane przez obecną władzę. Jestem osobą o - mówiąc ogólnie - przeciwrządowych pomysłach na przyszłość. Człowiekiem, który życzy sobie wzajemnego szacunku, spokoju i uprzejmości na ulicy wobec każdego. Czy jest jakieś wyjście, aby się odbić? Tak! To odrobina zmężnienia i agresji. Są piosenki, które mają uzmysłowić wszystkim bez względu na wiek czy zawód, że nie musimy być tylko załamującymi ręce wrażliwcami, ale też możemy być silnymi gośćmi, którzy się przeciwstawiają pierdoleniu głupot również ostrą gadką, a nie tylko spolegliwą mową.

Twój kolega po fachu, KęKę, powiedział w wywiadzie dla Dziennika Gazety Prawnej, że on się sprzeciwiać niczemu nie będzie, bo nikt mu nie zabiera żadnych wolności, żadnych praw. Z tego, co widzę, jest to postawa coraz częstsza. I to nie tylko wśród ludzi 35 +, takich jak my, tylko właśnie u młodszych. Z czego to wynika?

Cóż, można tak myśleć świecie, jako o sobie i o swoim gospodarstwie domowym. Nie mam dzieci, nie wiem jak to jest. Media społecznościowe działają na ludzi w sposób schizofreniczny, rozdwajając jaźń. Z jednej strony mówią jesteś superwyjątkowy – ty to ty, jesteś jedyna w swoim rodzaju, piękna i mądra. A z drugiej strony jeśli robisz coś, co odbiega od kanonu plemienia, jesteś wykluczona, narażasz się na śmieszność. Plemię może wyglądać różnie - może być to grupa tipsiar ze zbyt dużymi wargami albo grupa „chodzę na offowe filmy i słucham offowej muzyki, i to tylko wtedy, kiedy jest aktualna”. W związku z tym poruszasz się w dwoistej, nieprawdziwej rzeczywistości. Jesteś wyjątkowy, ale w narzuconych ci granicach. To zachęca, by patrzeć tylko na siebie, ewentualnie jeszcze na swoją rodzinę, najbliższych przyjaciół. A ja zachęcam, żeby pomyśleć o sąsiadach, o ziomkach, którzy mają inne zawody. Mnie nikt niczego nie zabiera - żaden minister, żaden inny muzyk. Natomiast mam sporo znajomych, którzy zostawili pracę w mediach publicznych albo praca w mediach publicznych zostawiła ich. Mam sporo znajomych, którzy pracując w spółkach Skarbu Państwa, czyli należących poniekąd do mnie, jako podatnika, stracili pracę. Nie przez brak umiejętności, a przez politykę! Warto szerzej pomyśleć, że państwo zostało stworzone dla nas. Państwo nie powinno być opresyjne. To, że w tym danym jednym momencie ono dla ciebie nie jest opresyjne, nie jest całością obrazu rzeczywistości. Jeżeli ktoś jest wrażliwy na ludzką krzywdę, na niesprawiedliwość, to w pewnym momencie to zauważy. Przewidywałem trzy lata temu, na początku dyskusji o pomocy uchodźcom, że to zacznie prowadzić do nieufności absurdalnej i złej i tak już jest. Czasem wystarczy, że mój kolega jest brunetem i nosi brodę, a już się go pytają czy mówi po polsku i nie jest to uprzejme pytanie.

Pamiętam, kiedy nie chciałeś mieć smartfona, ba – nie chciałeś mieć abonamentu i miałeś non stop telefon na kartę. Mediami społecznościowymi się wręcz brzydziłeś. Obserwując to, co się dzieje na Instagramie twoim czy Alkopoligami, sporo się tu zmieniło. To ty się pogodziłeś, poszedłeś na kompromis sam z sobą, czy masz ludzi, którzy to za ciebie odwalają?

Pogodziłem się z tym, że wpływ takiej przygłupiej wersji telewizji, bo tym jest YouTube, jest strasznie duży. Instagram jest przygłupią wersją gazety. Facebook jest przygłupią wersją chuj wie czego i cieszę się, że jest w odwrocie.

Wierzysz w to?

Tak. Myślę, że jest. Ale - wracając - pogodziłem się z tym ze smutkiem, kijem rzeki nie zawrócę. A z drugiej strony zajarałem się, że mogę dotrzeć do ludzi, którzy patrzą na świat podobnie jak ja. Kierowanie na nich uwagi jest związane z wytwarzaniem pewnego dobra. To jest tą najsprawiedliwszą wersją mediów społecznościowych - że ktoś, kto wytwarza dobro, może zwrócić na siebie uwagę. Niestety, dobra strona social mediów to ułamek całości. Całość to Trump, Andrzej Duda, wojny w Syrii i na Ukrainie, wszystko to napędzane przez złudzenie Marka Zuckerberga, że damy ludziom narzędzie, a reszta sama się ułoży.

A sam wiele miejsc śledzisz w mediach społecznościowych?

Trochę ich śledzę. Ale weźmy tu pod uwagę aspekt, o którym nie mogę nie wspomnieć, bo byłbym hipokrytą. Instagram to też forma gazety erotycznej, czy nawet półpornograficznej. Przeglądam profile aktorek porno, by zobaczyć, co tam u nich słychać. Higiena tego spędzania czasu z telefonem, to osobny wątek. Internet dał dostęp do wiedzy, ale większość ludzi wybiera głównie dostęp do głupot. Nie jestem wyjątkiem.

Patrząc na upływ czasu i znów odwołując się do momentu tuż przed wydaniem płyty „Trze’a było zostać dresiarzem” - jak określisz biznesową pozycję Alkopoligamii? Wiesz, że jesteś już rasowym biznesmanem?

Mam 30 procent tej świadomości, którą mieć powinienem. Cały czas promieniuje ze mnie idealizm - wydajmy kogoś, bo zasługuje, a nie dbajmy o to, jak się sprzeda. Wydajmy kogoś, bo się nam podoba i nie obchodzi nas, czy znajdzie się 20 tysięcy osób, które myślą tak samo. Raz się to podejście biznesowo udaje, a raz nie. Ja nie załamuję rąk, mnie to nie rusza, bo jestem pewien wartości artystycznej. Gdybym miał się poruszać po rynku muzycznym, patrząc tylko biznesowo, gryzłoby mnie to na łożu śmierci. Wtedy ktoś by mi wypomniał, że nie musiałem robić płyty komercyjnej, bo nie musiałem mieć nowego samochodu, a mieszkanie już miałem. Byłem chciwy, pazerny, a nie byłem biedny. Czym innym jest być napalonym na pieniądze, kiedy jesteś totalnym golcem.

Z jaką perspektywą czasową poruszacie się po rynku?

Planujemy strategię na kilka lat do przodu. Ja swą życiową zawsze na dyszkę.

Poważnie? Masz zaplanowane, co będziesz robić za dziesięć lat?

Nie tyle zaplanowane, co obwarowane. Od 16 roku życia tak robię. Stąd moja słabość m.in. do nieruchomości, a nie inwestowania w szafę ubrań Gucci.

Ostatnia płyta to dużo rzeczy rodzinnych. Mogę zapytać, jak zdrowie mamy?

Już dobrze.

Na tym poprzestanę, jeśli chodzi o mamę. Ale nie ukrywam, że zaintrygowałeś tekstem „Krzyczał na synka”. Też z tego powodu, że nie raz wypytywałeś mnie w prywatnych rozmowach o moich trzech synków.

Rozumiem… Nie reaguję już tak alergicznie na dzieci, jak kiedyś.

Coś się zmienia?

Na pewno. Dzieci postrzegałem kiedyś z punktu widzenia 22-, potem 27-, potem trzydziestolatka jako pójście katolicko-rodzinnym stylem w dorosłość, na pełnej nieświadomce. Jest potężna grupa ludzi, która w ten sposób widzi dorosłość - jako odhaczanie rzeczy, a nie bycie na nie gotowym. Jako coś, co trzeba zrobić, bo ktoś ci suszy łeb, a nie idzie za tym samoświadomość. Wypowiadałem się z perspektywy 24-latka, który widzi, że ktoś nie skończył studiów, ma pierwszą dziewczynę i wpierdala się z nią w ślub i dziecko, myśląc, że to jest zajebiste, bo tak powtarza im cały świat. I wtedy rodzina faktycznie kojarzyła mi się z rozwodami, jak u ciebie, a nie z miłością. Natomiast dziś świadome składanie ślubów, jak już znasz swoje i swojej partnerki wady i zalety, pewne i słabe strony, nie kojarzy mi się już tak źle. Obserwuję więcej świadomych rodziców czy małżonków. Ale mam taką zasadę, że nikomu nie gratuluję na ślubie, bo nie uważam, że jest czego – tego, że zrobili melanż za hajs starych na 200 osób? Jak robimy koncert na 1200 osób to nikt z kwiatami i ze łzami w oczach mi nie gratuluje. Pogratulować mogę tej parce za 10 lat.

Było tak, że dociążał cię sam wydźwięk słowa rodzina? I czy nie bałeś się, że zabierze Tego Typa Mesa z życia Piotra Szmidta?

Może na początku mego związku trochę byłem w tym pogubiony. Ale teraz… Wiesz, jak masz przy sobie kobietę, która nie suszy ci głowy, że zapiłeś gdzieś tam w barze… Bo ja czasem lubię zapić w jakimś barze, lubię w ten sposób zrzucać napięcie, potem resetując je kacem. Jeżeli znajdziesz kobietę, która to rozumie, to możesz połączyć Tego Typa Mesa z Piotrem Szmidtem. I z życiem - nazwijmy to - rodzinnym.

Często dostajesz info, że jesteś zbyt poważny i smucisz? I że może trzeba było pozostać przy tej tęsknocie za dresem?

Że smucę, to dużo uwag nie mam. Dużo dostaję informacji, że przekombinowałem, albo że coś jest zbyt skomplikowane. Co ja na to? Myślę, że… trudno! Jeżeli ktoś ma inne poczucie humoru niż ja albo przeszedł przez ostatnie lata trumpizacji i ulegania populizmom totalnie nietknięty i z niemuśniętą wrażliwością, to po prostu znaczy, że nie było nam dane się zrozumieć.

Szerokim echem poniosła się kiedyś twa wypowiedź o kulturze i jej konsumentach. O wpływie komedii romantycznych autorstwa Ilony Łepkowskiej na postrzeganie tego, co się tworzy. Jak teraz oceniasz relację Polaków względem kultury?

Najtrudniejszym wątkiem jest praca w państwowych mediach i pobieranie państwowych grantów. Wcześniej mówiłem, że państwo to my, nasze podatki, że nie możemy nie widzieć tego związku. Z jednej strony - czemu nie wziąć państwowego grantu, żeby zrobić coś wartościowego? Z drugiej strony - czy jeżeli będzie to z państwowych pieniędzy, to czy nie zostanie to np. przez Jacka Kurskiego zaprzęgnięte do walki o to, żeby TVP była jeszcze bardziej TVP Info? Puszczone pomiędzy dwoma filmami, które wprawiają takiego twórcę, który wziął te granty, w obrzydzenie? Są to ciężkiej wagi dylematy moralne. Myślę, że mogą być też dużą nauką dla tych, którzy tak jak ja postrzegali zawsze jakąkolwiek pracę w instytucjach PZPR jako rzecz, która totalnie nie może się przydarzyć w szanującej się rodzinie. Bo ja osób, które były zatrudnione nawet na najniższych szczeblach partii, nie miałem.

Szczęściarz.

Szczęściarz, ale myślę, że ludzie też czuli, że dostaliby łomot od pozostałej części rodziny. Dopiero teraz możemy się mierzyć z tym, jak trudno jest żyć pod butem megachujowej władzy i lawirować tak, by mieć czyste sumienie. Nie można się wylogować z systemu - podatki trzeba płacić, ubezpieczenie zdrowotne trzeba mieć.

No właśnie - a już umiemy głosować portfelem?

Myślę, że kardaszjanizacja życia postępuje. Jak zaczynam o tym mówić, to znów mam ochotę nagrać wkurwioną piosenkę. Bo zaczyna przeważać ocena, że to jest [Kim Kardashian] jednak kobieta sukcesu. Ja mówię, że nie. To jest kobieta sukcesu finansowego. Natomiast jest to k…a. Jest w niej element kupczenia ciałem. Kariera jej i wszystkich jej sióstr nie zaczęła się od wybiegów, a od chujowego porno. Nie było tam jej poglądów na temat tego, że kobiety mogą być otwarte i seksualnie wyzwolone, żadnego uzasadnienia czy kontekstu. I trochę tak mamy teraz z popkulturą: skoro tyle osób coś obejrzało, to oni wszyscy nie mogą się mylić - na zasadzie: tyle much nie może się mylić, więc gówno jest smaczne. Nie akceptuję takiego podejścia do kultury. Żenuje mnie to. To konformizm na zasadzie „coś w tym musi być”. Nie, niczego w tym nie ma.