MARCIN CICHOŃSKI: Co dla ciebie znaczy słowo przyjaźń?

SŁAWEK UNIATOWSKI: To jest niezmiernie ważne słowo. W życiu trzeba posiadać punkt zaczepienia - dla niektórych religia i Bóg to deska ratunku. Ja mam natomiast namacalny dowód wsparcia w postaci bliskiego mi człowieka. Mam przyjaciół, którym jestem wierny od wielu lat. Jest kilka takich osób, z którymi zawsze mogę rozmawiać. To daje siłę. Do takiej przyjaźni bardzo mocno nawiązuję na płycie.

Jesteś w pełni zadowolony z tego jak ona brzmi? Pytam bo bardzo sługo na nią czekałeś - możesz ją od "a do z" z przekonaniem podpisać „Sławek Uniatowski”.

Zdecydowanie! Płyta „Metamorphosis” jest całkowicie moja – jest na niej trzynaście moich kompozycji. „Każdemu wolno kochać” oraz „Blisko” stworzyłem, gdy miałem 21 czy 22 lata. Ale te piosenki cały czas mi się podobają, bo są prawdziwe. W szufladzie mam materiał na następną płytę, ale nieustannie piszę, by nie spocząć na laurach. Trzeba odświeżać swój talent – muszę sprawdzać, czy nie słabnę w komponowaniu. Wracając - tak, mogę się pod płytą podpisać i podpisałem się. Co prawda album nazywa się Uniatowski „Metamorphosis”, a nie Sławek Uniatowski. Jako że czasem jestem człowiekiem pedantycznym - bardzo lubię, gdy wszystko ma swój ład i skład – stwierdziłem, że to zestawienie Uniatowski „Metamorphosis” będzie przede wszystkim ładniej wyglądało. A skąd u ciebie takie pytanie?

Powiedziałeś mi kiedyś, że było kilka płyt, z których nie byłeś zadowolony. I one ostatecznie się nie ukazały.

Tak, było kilka takich płyt. To nie były moje kompozycje, ale poniekąd byłem zmuszony do ich nagrania. Zobowiązywał mnie do tego kontrakt, ale… ja tego nie chciałem. Nie spodobało mi się to. Chciałem nagrywać jazz, ale powiedziano mi, że jazz będę mógł sobie nagrywać przy czwartej lub piątej płycie.

Wspomniałeś o pedantycznej naturze. Słuchając „Metamorphosis” miałem wrażenie, że materiał był dopieszczany, dopracowywany długo.

Płyta powstawała na przestrzeni roku, ale nie dlatego, że tak długo pracowaliśmy w studiu. Szlifowaliśmy ją, a trwało to tyle miesięcy, bo wszyscy artyści, którzy grają na płycie, są rozchwytywanymi muzykami sesyjnymi, są zajęci – jeżdżą po świecie i grają w najróżniejszych składach. Kolejna płyta na pewno powstanie szybciej. Nauczeni doświadczeniem wiemy, jak do tego podejść, by wszystko lepiej spiąć, by się nie rozdrabniać.

Mam takie wrażenie, że jesteś bardziej zwierzęciem scenicznym – estrada to twe naturalne otoczenie, czujesz się naturalnie. A lubisz studio i pracę w nim?

Bardzo lubię nagrywać w studiu, ale nie przepadam za słuchawkami na uszach. Wolę słyszeć wszystko naturalnie dookoła. Koncerty to rzeczywiście coś, co bardzo lubię. A czy jestem zwierzęciem scenicznym? Z zespołem Sparky Spanks graliśmy najróżniejsze covery, również taneczne. Wtedy rzeczywiście rozhulałem się na scenie, strasznie mi się to spodobało. „Metamorphosis” nie jest takie. Na koncertach, kiedy gramy materiał, siedzę spokojnie na hokerze. Także dlatego, że jestem bardzo wysoki. Reszta chłopaków jest zdecydowanie niższa ode mnie – ja mam ponad dwa metry wzrostu, oni mniej - wygląda to dziwnie. Żeby to wypośrodkować siedzę i udaję, że jestem ich wzrostu. (śmiech) Wygląda to ładnie w obrazku – znów odzywa się mój pewnego rodzaju pedantyzm i zamiłowanie do szczegółów.

Kiedy wpiszemy na YouTube Sławek Uniatowski, to oprócz twych nagrań pojawia się dużo wykonań Zbyszka Wodeckiego. Za kilka dni, 23 maja, pojawisz się na płycie „Dobrze, że jesteś”.

Zbyszek chciał nagrać po latach płytę taką, jaką czuł. Pomagał mu w tym Rafał Stępień, z którym też robiliśmy moje „Metamorphosis”. Zbyszkowi nagranie całej płyty zajęłoby dwie, może trzy godziny. Wchodził do studia, śpiewał raz, dwa razy i na tym koniec. On grał koncerty, non stop śpiewał – tak dochodzi się do perfekcji, człowiek nie myśli o tym, że śpiewa, nie myśli o tekście. To był cały Zbyszek, jego profesjonalizm. Tak więc przed rokiem powiedział: „Wyjdę ze szpitala to machniemy to raz, dwa, trzy i będzie gotowe”. Jak wiemy, nie wyszedł ze szpitala. Po jakimś czasie Rafał razem z Kasią Wodecką stwierdzili, że ta płyta musi wyjść, że trzeba zamknąć pewien rozdział. Zbyszek też będzie na tej płycie – piosenka, którą ja wykonuję to „Nie ma jak Bacharach”. Pojawi się tam akcent „zbyszkowy”. On w niej nie śpiewa, ale słychać, jak odbiera telefon – zarejestrowane to zostało jeszcze podczas nagrywania demówki. Kiedy pierwszy raz tego posłuchałem, bardzo się wzruszyłem, tak pięknie to brzmi. A Zbyszek razem z Andrzejem Zauchą są moimi największymi idolami. Mam dwa obrazy w domu – na jednym formatu ponad metr na metr jest Andrzej Zaucha, na drugim Zbyszek Wodecki. Wiszą tak sobie u mnie, gdy na nich spojrzę, robi mi się miło.

Jakie emocje towarzyszą temu, że ta płyta się jednak ukaże?

Bardzo fajną rzeczą jest to, że znajdzie się na niej wielu artystów bliskich Zbyszkowi: Kuba Badach, Kayah, Beata Przybytek. Ja też tam będę. Na „Dobrze, że jesteś” znajdą się kompozycje, które Zbyszek kochał – dwie czy trzy starsze, a reszta to nowe utwory, które leżały w szufladzie i nigdy nie były zarejestrowane. Bardzo się cieszymy, że możemy zamknąć ten rozdział i spełnić jego wolę – myślę, że by sobie tego życzył. Wydaje mi się, że warto jest pielęgnować tradycję. Tym bardziej, że nie ma w Polsce takich wokalistów jak Zbyszek. Takich ludzi, którzy faktycznie jeździli po Polsce – jednego dnia grał w jakiejś małej wiosce, drugiego w kolejnej. Zbyszek był taki, że nie odmawiał koncertów. Jak ktoś go namawiał „Panie Zbyszku, no proszę…”, to mówił, że sprawdzi termin. Miał taki rozpadający się kalendarzyk, w którym wszystko notował. Czasami się mylił, potem przepisywał i jednak się łapał. I jak tylko mógł – jechał. Wydanie tej płyty to podkreślenie pamięci o Wodeckim. Moja piosenka odnosi się do starych lat. W tekście pana Andrzeja Kuryło jest nawiązanie do tamtych czasów, do Burta Bacharacha. U niego były zawsze puzony, takie bardzo charakterystyczne trąbki, a Zbyszek taki sznyt bardzo kochał. Bardzo cieszę się z tej piosenki, bo jest bardzo „zbyszkowa”. Zbyszek nagrał tam tylko linię melodyczną, pod którą ja się podpiąłem i dodałem coś od siebie.

Kiedy mówiłeś o swoich mistrzach oraz kiedy słucha się twego repertuaru, ma się wrażenie, że przesiąknąłeś muzyką, która w Polsce nie jest najpopularniejsza. W „Honolulu” klimat artystów, których przywołałeś – Zauchę i Wodeckiego – jest bardzo mocno wyczuwalny. Nie boisz się, że to nie jest ten czas i nie to miejsce na taki rodzaj grania?

Śpiewając, nie myślę, że chcę być podobny do Zbyszka czy do Andrzeja, czy do Ryszarda Rynkowskiego, Staszka Soyki albo Andrzeja Dąbrowskiego. Ale ludzie to wychwytują. I wychwytują dobre przykłady. To, że w nowoczesnej muzyce znajdzie się wokal, który się z kimś kojarzy – wiesz, dla mnie jest istotne, że ktoś zauważa nie rzeczy, które są identyczne, tylko charakterystyczny głos. Nie idę specjalnie z nurtem retro. Wszystko to, co robię, jest naturalne. Nie silę się, żeby coś było bardzo nowoczesne albo bardzo stare. Najważniejsze jest, by nam się podobało i żeby podobało się ludziom.

Powrócę – to nie jest najpopularniejszy gatunek, rodzaj grania, a mimo wszystko to robisz. To jest lekcja z tych trzynastu ostatnich lat, by nie iść na kompromisy i zrobić to, co się dokładnie chce?

 Mogłem kiedyś pójść na kompromis i tego nie zrobiłem. Po co miałbym to robić? Nie byłoby mi to na rękę i nie byłbym sobą. Najważniejsze, aby dać sobie przyjemność, być z siebie zadowolonym i żeby ludzie się cieszyli. Odzew na „Metamorphosis” jest bardzo dobry - myślę, że ludzie potrzebują takiego rodzaju grania. Dlatego, że takiej muzyki nie ma. Od lat słyszę od znajomych i nieznajomych – ja też taką muzykę kocham, szkoda, że nikt tak nie gra. A przez to, że nikt jej nie gra, nie jest popularna.

Muzyka nie powinna się mieścić w jakiejś skali czasowej, powinna być przyjemna. Powinna cieszyć, bawić albo rozczulać. Można się przy niej zakochać, można jej słuchać w aucie albo do snu. Muzyka to jest szerokie spektrum i nie powinno się jej kategoryzować. Nie wiem, czy wiesz, ale robiłem też techno i house. Razem z moim przyjacielem nagraliśmy sporo numerów, które sprzedaliśmy za granicę. Czasem sam chodzę do lokali, gdzie gra się rave, drum’n’bass i dubstepy. Uwielbiam to, ale lubię też heavy metal – sam widzisz, że nie mam ograniczeń. Natomiast mój głos najlepiej brzmi w klimatach, o których mówiłeś. Mimo to nie zamykam się. A może nagram kiedyś coś z Quebonafide?