Skąd pomysł na takie podsumowanie w środku roku? Żyjemy szczęśliwie w czasach, w których wychodzi bardzo dużo, bardzo dobrych polskich płyt. Nawet te, które są średnio udane na poziomie kompozycyjnym, są często niezwykle dopracowane produkcyjnie i nagrywane w świetnych studiach nagraniowych.

Za mnogością wspaniałych tytułów nie nadąża ani TV ani radio. Tam zatrzymano się na poziomie muzyki z krainy pop, hip-hop kojarząc z Popkiem, no może czasem z Tede, jak powie coś kontrowersyjnego. Oczywiście telewizja romansuje ze światem hh, gwiazdy pojawiają się w reality show. Ale samej muzyki wciąż dziwnie brak.

Krzywdę zrobiłbym polskim artystom mówiąc, że poza tym, co w radiu granie kończy się na hh. Dzieje się w zasadzie w każdym gatunku. Największy kryzys przeżywa klasyczny rock, który jest albo tak źle nagrany (tak, wiem pisałem przed chwilą o studiach), albo jest odgrzewaniem pomysłów, przy całym szacunku dla Lady Pank i ich nowej wersji pierwszej płyty. Nie widać nikogo na horyzoncie, a otwarty wstręt mediów do wszystkiego co ma ostrzejszą gitarę zadania nie ułatwia.

Albumy umieszczone poniżej to wybór płyt najważniejszych, nie zawsze najlepszych. Trzeba brać pod uwagę ogromny wpływ na pokolenia młodych słuchaczy – na to, że wielu z artystów uczy ich jak kupić płytę (z VAT lub bez) lub pójść na koncert.

Porządek płyt jest alfabetyczny. Ale ukrywać nie będę, że zdecydowanie najlepsze, najmocniejsze i wreszcie najtrwalsze wrażenia pozostają po przesłuchaniu płyty Barbary Wrońskiej. To zdecydowanie w tym momencie płyta roku. Ale przed nami jeszcze sześć miesięcy – oby były tak samo udane, jak te poprzednie.

Afrojax „Nikt nie słucha tekstów”

Gorzkie wyznania Michała Hoffmanna nie każdemu przypadną do gustu. Nie każdy odnajdzie się też w tej krainie muzycznej. Były lider Afro Kolektywu ma do przekazania więcej niż jest w stanie spamiętać pokolenie Instagrama. Ale w świecie, w którym do komunikacji nie używa się emotikonów, przekaz wygląda tak.

Bokka „Life on planet B.”

Ludzie w maskach mają swój styl, mimo że na każdej płycie pokazują, że chcą go zmienić. Tym razem płyta jest bardziej spójna, co sprawia, że pozornie mniej na niej melodii do powtórzenia tu i teraz.

Bownik „Delfina”

Krótka, pełna życia płyta. Takie rytmy pulsują teraz w niejednym polskim klubie. Bownik tymczasowo ma problem w przebiciu się do rozgłośni radiowych mimo świetnej produkcji i przebojowych melodii. Czyżby problemem były piosenki z prawdziwym tekstem, a nie zbiorem onomatopei?

Kękę „To Tu”

Siedzi na chacie jak cesarz-król. I patrzy, jak łagodniejąc, chwaląc życie i rodzinę osiąga szczyty. Jeden z przykładów na to, ze dojrzałe treści w polskim hip-hopie zaczynają się przyjmować. Bez wątpienia jedna z dwóch-trzech najważniejszych postaci w rodzimym rapie.

Lao Che „Wiedza o społeczeństwie”

Dyskoteka z tekstem wydawała się zadaniem karkołomnym, ale się przyjęła. Zabawa słowem i rytmem w konwencji przebój za przebojem sprawia, że Lao Che znów, z kolejną płytą jest na szczycie. Ale skoro nawet oni bardziej bawią się tanecznymi rytmami niż gitarami, to znak, że z rockiem naprawdę źle.

Leski „Miłość. Strona B”

Kiedy druga płyta jest lepsza od debiutu to znak, że z artystą będziemy mieć do czynienia nieco dłużej niż przez kilka sezonów. Leski mruga okiem do kochających retro i slow life, materiał ukazuje się m.in. jako kaseta magnetofonowa. Ale co ważniejsze – w sposób nieoczywisty wchodzi w głowę i nakazuje przełożyć kasetę na drugą stronę. W czym też wielka zasługa producenta, Marcina Borsa.

Lunatic Soul „Under The Fragmented Sky”

Mariusz Duda pokazywał nie raz, że jego zainteresowania wykraczają daleko szerzej niż to, co pokazywał światu z Riverside, a charakterystyczne tworzenie pejzaży może mieć różne oblicza.

O.S.T.R. „W drodze do szczęścia”

Kochany i nienawidzony, wciąż jest na szczycie. Na album wylano wiadra z pomyjami, mówiąc, że Ostry się skończył. Każdemu muzykowi w Polsce życzymy takiego końca. Być może raper rzeczywiście niczym nie zaskoczył, być może jest pogodniejszy i cieszy się takim rzeczami, jak jazda autem, ale mówienie, że powinien skończyć jest dyskwalifikującym krytyka muzycznego błędem.

Pola Rise „Anywhere But Here”

Płyta wyczekana, nagrywana starannie i długo. I jak na razie kandydat do najbardziej niedocenionego krążka tego roku. Pola Rise obnaża to, jak mało jest w Polsce miejsc, z których takie granie mogło by promieniować dalej.

Pro8l3m „Ground Zero mixtape”

Fenomen zaowocował już ponad (łącznie) 50 tysiącami sprzedanych płyt oraz jedynką na Olisie. Jakkolwiek wielu polskim przedstawicielom sceny hh się to nie podoba, warto zauważyć, że i tu ten sukces bierze się z wyjścia poza swą scenę właśnie. A to jest możliwe tylko wtedy, kiedy muzyka broni się w oderwaniu od wewnątrzgatunkowych skojarzeń i rozgrywek.

Rasmentalism „Tango”

Kiedy nie trzeba już nikomu udowadniać swej pozycji, można skupić się na klimacie. To – znów – może się podobać (i podoba) na zewnątrz, zaś wewnątrz powoduje pojawianie się znaków zapytania. Niepotrzebnie. Gdyby posłuchać „Tanga” w oderwaniu od tego, co wcześniej, okazałoby się, że zachwycalibyśmy się świetnym muzycznie albumem.

Rosalie. „Flashback”

Spokojnie. Bądźmy cierpliwi i obserwujmy. Takie skarby docierają do świadomości bardzo długo. Ale gdy dotrą, zakorzeniają się na czas długi. Jeśli Rosalie. nie zmieni repertuaru nie będzie gwiazdą, która fascynuje masy. Ale wystarczy jej to, by sprzedawać trasy w Polsce i – prędzej czy później – zagranicą. Mentalnie, mimo że jest debiutantką, jest już do tego gotowa.

Taconafide „Soma 0,5 mg”

Mówi się o muzyce dla małolatów, co jest bardzo krzywdzące. Taconafide otwiera drzwi do wszystkich światów – gra ich Trójka, gra RMF, piszą o nich portaliska i pudelki. Sprzedają dziesiątki tysięcy płyt i mają tłumy na koncertach. W kategoriach najważniejszy album roku może się okazać, ze to będzie jedynka.

Tulia „Tulia”

Oczywiście wszyscy wiemy, że za chwilę okaże się, czy polski słuchacz będzie chciał Tulię na dłużej przytulić. Na teraz reakcje na muzykę w pewien sposób nieoczywistą są zaskakująco dobre. Triumf w Opolu nie był przypadkowy.

Uniatowski „Metamorphosis”

Tyle lat trzeba było czekać, żeby Sławek pokazał (mógł pokazać?) na płycie pełnię możliwości, ale warto było. Polska publiczność kocha wspaniałe głosy, kocha muzykę pop, która z jednej strony bezczelnie i odważnie flirtuje z estradą, zaś z drugiej ciekawie romansuje z jazzem. A jakby mało było tego, że ma świetny głos, to jeszcze wygląda tak, jak gwiazda sceny wyglądać powinna.

Barbara Wrońska „Dom z ognia”

Nowoczesność i tradycja. Ukłony w stronę lat 60tych i 70tych, jawny hołd dla Alibabek. Ale i pomysły i produkcja, które budzą zachwyty we wszystkich krainach. Album to doskonały, nie posiadający ani jednego niepotrzebnego dźwięku. O takich płytach mówi się klasyk w dniu premiery.

Krzysztof Zalewski „Zalewski śpiewa Niemena”

Nie będzie to hit komercyjny, ale warto posłuchać jak Zalewski odstawia charakterystyczne dla siebie pętelki (czy już pisałem, że „Początek” dla Męskiego Grania to cudo?) i kłania się tradycji. Niemena nie śpiewa się łatwo – Zalewski jednak pokazuje, że strukturę tamtych dźwięków rozumie i jest w stanie przenieść do naszej epoki.