W tym roku obchodzi pan jubileusz 40-lecia pracy twórczej. Przywiązuje pan wagę do rocznic?

Jacek Cygan: Nie. Dotychczas pojęcie jubileuszu było mi kompletnie obce, ale dostałem propozycję zagrania serii koncertów w różnych miastach Polski i postanowiłem wymyślić jakąś "okoliczność łagodzącą". Stwierdziłem, że właśnie teraz mija 40 lat od czasu, gdy w moim życiu - człowieka piszącego - zaszły znamienne wydarzenia. Właśnie czterdzieści lat temu w przeciągu roku otrzymałem pierwszą w życiu nagrodę za tekst piosenki oraz doświadczyłem, co to znaczy, gdy "twoja" piosenka jest intensywnie grana w stacjach radiowych. W 1977 r. otrzymałem nagrodę Programu III Polskiego Radia za tekst piosenki "Rozmowa przy ściemnionych światłach", którą napisałem razem z Elżbietą Adamiak. Natomiast w lutym 1978 r. moja piosenka, w której Grażyna Łobaszewska śpiewała: "Całkiem spokojnie wypiję trzecią kawę", pojawiła się w radiu.

Jak to się stało, że pan, autor tekstów piosenek, a zatem człowiek drugiego planu, nagle wychodzi na scenę?

Te koncerty wypączkowały ze spektaklu "Cygan w Polskim. Życie jest piosenką". Dyrektor Teatru Polskiego pan Andrzej Seweryn zaproponował, żebym u niego przygotował spektakl ze swoich piosenek. Zawarliśmy umowę, że będę mógł wybrać aktorów z ekipy Teatru Polskiego. Zapytał, jakich aktorów bym chciał. Odparłem, że Andrzeja Seweryna, a on na to, że nie umie śpiewać. Ostatecznie stwierdził, że razem będziemy się uczyć śpiewu. Jestem dumny, że moje piosenki w Teatrze Polskim wykonują tak wspaniali artyści, jak Joanna Trzepiecińska, Lidia Sadowa, Szymon Kuśmider, Krzysztof Kwiatkowski i oczywiście Andrzej Seweryn. I jestem dumny, że w moich jubileuszowych koncertach wspomagają mnie Elżbieta Adamiak, Kamila Klimczak, Olga Szomańska, Jerzy Filar, Andrzej Seweryn, Grzegorz Skawiński, Jacek Wójcicki i "mój" znakomity zespół "Kameleon Quintet" pod dyrekcją Radka Labahuy.

Publiczność często mówi panu, jakie znaczenie mają dla niej pana piosenki?

Publiczność jest fantastyczna. W zeszłym tygodniu podczas koncertu inaugurującego rok kulturalny na Ursynowie na widowni było prawie tysiąc osób. Na końcu wstali, bili brawo i w pewnym momencie zaczęli mi śpiewać "Sto lat". To bardzo wzruszające, gdy przez cały koncert widać, jak piosenki trafiają do ludzi. A po koncercie przychodzili, by powiedzieć, że np. poznali się przy piosence "Dotyk", a "Czas nas uczy pogody" pomógł im, gdy byli w szpitalu.

Najpiękniejsze dla pana chwile to te, gdy widzi wzruszenie publiczności, czy kiedy wykonawcy zdobywają nagrody, jak np. Edyta Górniak w konkursie Eurowizji za utwór "To nie ja byłam Ewą"?

Zawsze najważniejszy jest moment, kiedy artysta po raz pierwszy śpiewa piosenkę. To jest decydujące. Taką samą moc miało, gdy Edyta Geppert zaśpiewała pierwszy raz w Opolu "Jaka róża taki cierń", a ja siedziałem oniemiały w amfiteatrze; gdy przeżywałem przed telewizorem, jak Ryszard Rynkowski w mokrym kapeluszu śpiewał pierwszy raz "Wypijmy za błędy", i kiedy Andrzej Zaucha w środku nocy w studiu na Myśliwieckiej nagrywał "C’est la vie". To niesamowity moment przenikania energii artysty i autora. A skoro pyta mnie pani o nagrody, to oczywiście pobyt na Eurowizji w Dublinie w 1994 r. i drugie miejsce Edyty Górniak leży w mojej szufladce sentymentów na ważnym miejscu. Bardzo to przeżyłem, ale emocje towarzyszyły mi także ostatnio w Opolu, kiedy zespół Perfect otrzymał w 2015 roku SuperJedynkę za SuperPrzebój "Wszystko ma swój czas". Tę piosenkę napisałem z Darkiem Kozakiewiczem. Wieczór zakończył się śmiesznie, gdy pewien młody dziennikarz powiedział: "Panie Jacku, rzadko się zdarza, by ktoś w pana wieku otrzymał SuperJedynkę za SuperPrzebój". Można powiedzieć – miła uwaga.

Wspomniał pan kiedyś, że każdą piosenkę pisze tak, jakby robił to po raz pierwszy w życiu. Jak od 40 lat udaje się nie popadać w monotonię?

Na ogół piszę teksty do gotowej muzyki i dla konkretnego wykonawcy. To hamulec bezpieczeństwa, który chroni mnie przed rutyną. Każdy wykonawca jest inny. Poprzez muzykę, czyli to, co jest w dźwiękach i przez wizerunek wykonawcy, który mam w głowie, stwarzam w myślach jego rólkę na scenie. Te piosenki są różne, bo chcę, żeby moje słowa przylegały do psychiki wykonawcy, do jego tzw. emploi. Dotknęła pani czułej struny, bo czasami zastanawiam się, na ile wystarczy mi pomysłów. Nie mam przecież pewności, że zawsze będzie mi wychodziło, że zawsze będę miał coś do powiedzenia. Może tak się stać, że w pewnym momencie powiem sobie: "nie, już wystarczy". Oczywiście, odpukać.

Mówił pan też, że aby napisać tekst dla artysty, trzeba się z nim zaprzyjaźnić. To proces długotrwały, a pisanie na zamówienie wiąże się często z krótkimi terminami. Jak to pogodzić?

Nie współpracuję z wieloma artystami, zwłaszcza nowymi. Oczywiście, są w tej grupie wykonawcy, z którymi napisałem najwięcej piosenek i których najbardziej czuję. To m.in. Jurek Filar, z którym kiedyś założyłem zespół Nasza Basia Kochana oraz Ryszard Rynkowski, którego osobowość, możliwości wokalne i kompozytorskie najbardziej odcisnęły się w moim życiu. Z Jurkiem zacząłem od "Całkiem spokojnie wypiję trzecią kawę", a z Ryszardem od "Wypijmy za błędy". To ten sam świat męskiej liryki, w której jest bardzo wiele ze mnie. Często na spotkaniach autorskich ludzie pytają: "o kim jest ta piosenka"? Sądzę, że "Czego może chcieć od życia taki gość jak ja?" jest tak samo o Ryszardzie, jak i o mnie.

Ale pisanie tekstów za zamówienie nie zawsze zostawia przestrzeń na ukazywanie własnych emocji. Jak pan sobie z tym radzi?

Oczywiście, można zapytać, czy mężczyzna, który napisał "Jestem kobietą", przekazuje własne emocje. To dobre pytanie. Ja odpowiem, że tak. W tej piosence dla Edyty Górniak zawarłem wszystko, co wiedziałem o kobietach, więc jest tam cząstka mnie. Jeśli mówimy o wolności to moi kompozytorzy i wspaniali wokaliści zawsze zostawiali mi tę przestrzeń bardzo dużą. Było zaledwie kilka przypadków, kiedy mi mówili, żebym coś zmienił, albo że nie widzą się w tym tekście. To było dla mnie całkowicie zrozumiałe, bo nigdy nie uważałem się za nieomylnego. Dzisiaj, przy okazji tego jubileuszu, bardzo im za tę wolność dziękuję.

Z nowymi wykonawcami łatwo znajduje pan wspólny mianownik?

Nie zdarzyło mi się odmówić wykonawcy dlatego, że nie chciałem go poznać. Tylko często zgłaszają się do mnie osoby, które uważają, że nasza współpraca będzie gwarantem sukcesu. Mówię im, że nie warto tak myśleć, bo piosenka to praca zespołowa. Aby odniosła sukces, musi być spełnionych wiele warunków. Kiedy ktoś przesyła mi swoje trzy piosenki po angielsku, a jedną po polsku i widzę, że nic po polsku nie wyraża, to wiem, że nasza współpraca jest pozbawiona sensu. Tłumaczę ludziom, że szalenie trudno osiągnąć taki efekt, że śpiewa się emocjami. Niektórzy się z tym rodzą, a inni do tego dojrzewają lub dochodzą ciężką pracą. Bardzo cenię ten dar i sądzę, że publiczność także podlega temu czarowi.

Miewa pan trudne momenty?

Tak. Czasami obiecuję sobie, że już w tym tygodniu skończę tekst, a nie mogę, bo jeszcze mi się on nie podoba. Wtedy pojawia się myśl, że to przecież prosta piosenka, powinienem ją napisać w tydzień, góra dwa, a ja się męczę miesiąc. Inna przyczyna frustracji, której podlegają prawie wszyscy artyści - nie tylko z mojego pokolenia - bierze się ze współpracy z mediami. Zwłaszcza gdy dowiadujemy się, że stacje radiowe uznały nasze nowe piosenki za "nieradiowe". Mieliśmy taką sytuację z Ryszardem Rynkowskim i przy ostatniej płycie "Zachwyt". Jak to? Całe życie pisaliśmy radiowe, a teraz piszemy "nieradiowe"? Nie chodzi o to, że te piosenki są złe, bo ludzie chętnie by ich posłuchali. Po prostu ktoś w stacjach podjął decyzję, że wszystkie utwory muszą być podobną do siebie muzyczną papką. Proszę mnie źle nie zrozumieć, tu nie chodzi o mnie, bo miałem już masę przebojów. Chodzi o to, że w ten sposób zubażamy nasz rynek muzyczny, krzywdzimy piosenki i nie dajemy im szansy, by zaistniały. Każdy kraj powinien dbać o różnorodność oferty. We Włoszech, kiedy dobiegająca 80-tki Mina nagra płytę, wszystkie stacje radiowe puszczają jej piosenki. Gdy u nas wykonawca z tego pokolenia - lub nawet młodszego - nagra płytę to nikt tego nie puszcza, chociaż jest to twórca bardzo zasłużony i lubiany przez ludzi. To mnie najbardziej martwi.

Zamiłowanie do poezji wyniósł pan z domu?

Trudno mi określić ten punkt w życiu, kiedy zacząłem czytać wiersze. Pamiętam natomiast epizod, gdy jako uczeń szkoły podstawowej brałem udział w wojewódzkich eliminacjach do konkursu recytatorskiego. Gdy wyszedłem na scenę Pałacu Młodzieży w Katowicach, miałem przed sobą ogromne jury. Zdążyłem jedynie ukłonić się i powiedzieć tytuł "Elegia o śmierci Ludwika Waryńskiego", gdy otworzyły się drzwi i kelnerzy wnieśli kawę i ciasto. Reszty już mogłem nie mówić, choć oczywiście recytowałem, ale i tak było słychać przede wszystkim: "kawa", "dwie kostki cukru", "dla mnie sernik". Obdzielanie jurorów trwało dokładnie tyle, ile mówiłem wiersz.

Wydaje mi się, że dojście do poezji jest kwestią wybitnie indywidualną. Nikt nikogo nie zmusi, by czytał Miłosza. Tego trzeba chcieć. Ostatnio jeden z przyjaciół zwierzył mi się, że nie układa mu się z poezją. Obiecałem mu, że jak mnie następnym razem zaprosi na kolację to przyniosę mu wspaniały wybór wierszy Czesława Miłosza, dokonany przez Jerzego Illga, "Jak powinno być w niebie", gdzie zaznaczę moje ulubione. Nie wiem tylko, czy po tym wyznaniu mnie zaprosi. Czekam na zaproszenie.

Jednym z pana ulubionych poetów jest Andrzej Bursa. W utworze "Intymnie" sparafrazował pan cytat z jego wiersza "Nasze ognisko". Czyja jeszcze twórczość towarzyszy panu w życiu?

Jednym z moich ukochanych poetów jest Josif Brodski. Moja książka "Życie jest piosenką" zaczyna się od cytatu z jego książki pt. "Znak wodny". Towarzyszy mi także twórczość Wisławy Szymborskiej, Czesława Miłosza, Tadeusza Różewicza, Stanisława Grochowiaka, Ewy Lipskiej czy Urszuli Kozioł. Sięgam też do utworów klasyków, jak Szekspir, Słowacki i Mickiewicz. Niedawno napisałem sztukę, która będzie miała premierę w marcu 2019 r. w Teatrze STU. W spektaklu dwie aktorki, które mają zagrać w "Hamlecie", spotykają się w garderobie. Jedna ma wcielić się w rolę Gertrudy, a druga – Ofelii. Dzieli je całe pokolenie doświadczeń i nagle dowiadujemy się, że w ich życiu prywatnym wydarzyło się coś podobnego, jak w "Hamlecie". Ich realne życie zaczyna rywalizować z życiem w dramacie Szekspira. Mam nadzieję, że ten spektakl, wyreżyserowany przez Krzysztofa Jasińskiego, sprawi radość widzom.

Co jeszcze przed panem?

Coś, na co czekam, to album z moimi kolędami i pastorałkami. Ma się nazywać "BIAŁANIE". Przez ponad trzydzieści lat pisałem takie piosenki i śpiewali je najwięksi polscy artyści, m.in. Seweryn Krajewski, Grażyna Łobaszewska, Edyta Geppert, Edyta Górniak, Ryszard Rynkowski czy zespół Varius Manx. Do znanych utworów dołączę piosenki okołoświąteczne, które napisałem w ostatnich latach. Tytułową piosenką będzie utwór "Białanie", który nagra Sebastian Karpiel-Bułecka z zespołem Zakopower. Świąteczne utwory nagrają także Józef Skrzek, Igor Herbut i Kasia Cerekwicka. Ten album będzie elementem mojego jubileuszu. Ma się ukazać na gwiazdkę.

Pisanie wciąż pana bawi?

Chciałbym wciąż oddawać w słowie to, co czuję i zapisywać to tak, jak jeszcze nikt tego nie zrobił. Tak sobie nieskromnie zakładam. Rozmawiamy w siedzibie ZAIKS-u, a byłem jedną z osób, która przed laty wprowadzała do Stowarzyszenia śp. Grzegorza Ciechowskiego. On powtarzał, że pomysły na teksty piosenek krążą nad nami tylko nie wiadomo, na kogo spadną. Grzesiu mówił, że jest szczęśliwy, gdy spadają na niego. Mogę powiedzieć to samo. Marzę, żeby te pomysły przynajmniej czasami spadały na mnie. Wiele osób zaczyna od piosenki, a później ucieka w większe formy. Czasami też tak robię, piszę wiersze, opowiadania, sztuki teatralne. Ale z wiekiem coraz bardziej doceniam urodę zwyczajnych piosenek. Bywa, że moje piosenki napadają mnie w nocy. To uciążliwe, bo nie mogę się od nich uwolnić, ale tłumaczę sobie, że w ten sposób spłacam dług. Te piosenki przyniosły mi wiele radości, a teraz muszę pocierpieć i zamiast spać, śpiewam je w myślach. Jakoś to wytrzymam. To będzie moje dziękuję.

Rozmawiała Daria Porycka/PAP