Jedenasty krążek w dorobku Stinga – "The Last Ship" to zapowiedź musicalu, który ma mieć premierę na Broadwayu w przyszłym roku. Będzie to opowieść o upadku przemysłu stoczniowego w Newcastle, czyli rodzinnych stronach Gordona Matthew Thomasa Sumnera. Siłą rzeczy więc nie brakuje w tej opowieści wątków biograficznych. Jeżeli mielibyśmy stworzyć listę pięciu rzeczy, których Sting powinien się wstydzić i tych słusznie napawających go dumą, to "The Last Ship" można przypasować do... obu kategorii.

Do listy dumy pasują wokale, jakie pojawiają się na najnowszej płycie. O tym, że Sting ma wyjątkowy głos, wiadomo nie od dziś, ale tutaj daje arcyciekawy pokaz wokalnego aktorstwa. Co prawda pojawiał się już w kinie, ale tak aktorsko jeszcze nie śpiewał. Na "The Last Ship" potrafi zaśpiewać, jakby był okrętowym zagrzewaczem do abordażu, niemal melodeklamować jak najlepszy opowiadacz morskich legend i podśpiewywać w klimacie zadymionych portowych tawern.

Sting jest zresztą mistrzem dopasowywania swojego wokalu do otoczenia. Wcześniej pokazał to chociażby w piosenkach, które znalazły się na soundtracku do filmu "Leaving Las Vegas" Mike'a Figgisa. Jazzujące kompozycje z jego udziałem to najbardziej przejmujące fragmenty płyty. Brytyjczyk nie gorzej potrafi sobie radzić, kiedy trzeba wesprzeć wokalnie innego artystę. Jego dośpiewy w megaprzeboju Dire Straits "Money for Nothing" z 1985 roku to na pewno jeden z lepszych przykładów, jak kilka wersów zaśpiewanych przez gościa może podnieść wartość i tak już genialnej kompozycji.

Bezapelacyjnie do listy dumy Stinga należy dopisać zespół The Police, który wraz z Andy Summersem i Stewartem Copelandem założył w 1977 roku. Gdyby nie oni, nie słuchalibyśmy dzisiaj takich klasyków jak "Roxanne" czy "Walking on the Moon".

A czego można pozazdrościć Stingowi poza sceną, oczywiście nie licząc pieniędzy? Córki, który trzy lata temu swoim projektem I Blame Coco i krążkiem "The Constant" pozytywnie zaskoczyła muzyczny świat. To jedna z najlepszych electrorockowych mieszanek tamtego roku.

Tworzenie listy wstydu też można zacząć od krążka "The Last Ship", a precyzyjniej od jego warstwy muzycznej. Niestety rządzi na nim wygładzony, smętny styl, co prawda co pewien czas podkręcany folkowym, celtyckim, morskim klimatem, ale też jakby lekko przygaszonym. Szkoda, że Sting nie poszedł tu na całość w obraną stronę, jakby bał się zaryzykować ostateczną ucieczką od mdławego, wtórnego grania, którym karmi nas w ostatnich latach.

Jego najbardziej jaskrawym przejawem był "Symphonicities" sprzed trzech lat. Największe przeboje Sting zagrał tu z Royal Philharmonic Concert Orchestra. Niestety całość jest mdła jak tygodniowy budyń i poza sentymentalnymi oraz finansowymi walorami trudno dostrzec sens tego nagrania. Nie mniej muzyk pogubił się w romansie z XVI-wiecznymi pieśniami Johna Dowlanda, które zaprezentował na krążku "Songs from Labirynth" z 2006 roku.

Poza płytą "The Last Ship" na obu listach powinien znaleźć się zespół The Police. W tej części za sprawą reaktywacji kapeli w latach 2007–2008. Takie powroty sprzed lat zawsze wiążą się tylko z jednym, kasą (w tym przypadku chodzi o sumę ponad 340 milionów dolarów). Umiejętność zamknięcia pewnego rozdziału w swoim życiu to chyba najtrudniejsza ze sztuk.

Z mniej muzycznego poletka do tej listy trzeba dołożyć koncert dla córki uzbeckiego dyktatora Islama Karimova. Sting twierdził nawet, że myślał, że jego gażę dwóch milionów funtów sponsorował Unicef. Jak widać, genialny wokal nie zawsze idzie w parze ze zdrowym rozsądkiem.