Okładkę nowej płyty Dave’a Gahana i Soulsavers „Angels & Ghosts” zdobi kolaż złożony ze zdjęć twarzy wokalisty. Nałożone na siebie fotografie, autorstwa córki Gahana Stelli Rose, przedstawiają Dave’a wrzeszczącego w różne strony świata. Jakby jego muzyczna jaźń była, co najmniej, rozdwojona.

Muzycznie Gahan ma przynajmniej trzy oblicza: depeszowe, solowe i z Soulsavers. Pierwsze z nich znamy od ponad 30 lat. Solowo udziela się od ponad 10 (nagrał dwie płyty: „Paper Monsters” i „Hourglass”), a z projektem Richa Machina od 2012 roku. Wtedy ukazała się ich pierwsza płyta „The Light the Dead See”. W wywiadach Dave podkreśla, że pozadepeszowe projekty są dla niego równie ważne co praca z Martinem Gore’em i Andrew Fletcherem. Inspirują go i napędzają, może w nich spełniać swoje muzyczne marzenia. W niedawnej rozmowie dla Yahoo! Music powiedział: „Praca poza Depeche Mode jest dla mnie ogromnym wyzwaniem, ale też spełnieniem. Kiedy po nagraniach poza DM wracam do pracy z Martinem, czuję większą pewność siebie, mam wrażenie, że mogę więcej”.

Album „Angels & Ghosts” nie jest tak zróżnicowany i rockowy jak „Hourglass”. To płyta wyciszona, intymna, bez singlowych fajerwerków. Materiał stworzyli wspólnie Soulsavers i Gahan, ale to bezapelacyjnie wokalista jest największą wartością tego albumu. Jeszcze bardziej pozostawia w cieniu Soulsavers na scenie. Obecnie jest z nimi na sześciokoncertowej, wyprzedanej momentalnie minitrasie. Już zagrali w Los Angeles, Nowym Jorku i Londynie. Dzisiaj (30.10) czeka na nich Berlin (koncert będzie transmitowany na żywo na stronie www.electronicbeats.net od godziny 20.00), a później Paryż i Mediolan. W każdym z tych miast muzycy na swój koncert wybrali klimatyczne, niespecjalnie duże miejsca. W Nowym Jorku gościli w szczególnej dla fanów jazzu (grali tu chociażby Dizzy Gillespie i Charlie Parker) sali Town Hall. W Londynie wybrali Shepherd’s Bush Empire, miejsce z ponadstuletnią historią, które pamięta m.in. koncerty Rolling Stones i występy samego Charliego Chaplina. W Shepherds Bush Empire koncert odbył się w ostatni poniedziałek. Sporymi brawami hala wypełniła się jeszcze przed pierwszą piosenką. Fani rozpoznali bowiem wchodzącego na balkon kolegę Dave’a z Depeche Mode, Andrew Fletchera. Kiedy kilkuosobowy Soulsavers, a przede wszystkim sam Gahan w eleganckiej czerwonej marynarce, wyszli na scenę, publika przywitała ich entuzjastycznie. Fani zgromadzeni tuż przy scenie i na balkonach najpierw usłyszeli numer z poprzedniej płyty Soulsavers, a później niemal cały materiał z „Angels & Ghosts”. Publiczność z każdą piosenką żywiej reagowała na to, co dzieje się na scenie. Doskonale radził sobie trzyosobowy chórek, instrumentaliści stali jakby nieco speszeni samym Dave’em, jego charyzmą i sposobem bycia na scenie. Ten bowiem natychmiast zawładnął publiką.

Muzyczna kulminacja występu solidnie wynagrodziła mało spektakularną pierwszą część koncertu. Gahan wraz z zespołem wykonali dwa numery z solowych płyt Dave’a oraz dwie kompozycje z płyty depeszów sprzed ponad 20 lat „Songs of Faith and Devotion”. Najpierw, jakby na potwierdzenie samych słów Gahana, który twierdzi, że obecnie jest w najlepszym dla siebie muzycznym punkcie, pokazał swoje ogromne możliwości wokalne w przejmującym „Condemnation”, a potem ostatecznie rozpalił publikę przebojem „Walking in My Shoes”. W okolicznych pubach jeszcze przez wiele godzin fani śpiewali zarówno piosenki depeszów, jak i Soulsavers, jakby chcąc, żeby ten koncertowy wieczór trwał dużo dłużej niż kilkadziesiąt minut. Na scenie Dave z jednej strony pokazał, że brakowało mu intymności, bardziej bezpośredniego kontaktu z fanami od tego, jaki ma podczas wielkiej machiny koncertowej DM. Z drugiej wychodziło z niego koncertowe zwierzę i rozsadzał salę swoim scenicznym szaleństwem.

Na płycie tak dużego dysonansu między nim a Soulsavers, jaki było widać na scenie, nie ma. Jego wokal gra pierwsze skrzypce, ale Rich i pozostali muzycy idą równą ścieżką. Szczególnie słychać to w „Don’t Cry”, singlowym „All of This and Nothing” czy „Tempted”. Na przepełnionym soulem, bluesem i gospelowym klimatem albumie Dave porusza tematy związane z wiarą i miłością. Słychać, że to bardzo osobista płyta, na której miał szansę otworzyć się dużo bardziej niż na albumach DM. W wywiadach Dave słusznie zauważa, że tej płyty warto słuchać w całości. Nie ma singlowych przebojów, wydaje się mniej przystępna niż jej poprzednik „The Light the Dead See”. Trzeba się w niej zanurzyć, zarówno w muzyce, jak i tekstach. „Angels & Ghosts” to jego spotkanie, jak sam przekonuje, z aniołami, które podpowiadają nam, co mamy w życiu robić (zazwyczaj i tak robimy inaczej), oraz z duchami, upiorami, które reprezentują nasze wspomnienia, przeżycia. A swoimi przeżyciami Gahan mógłby obdarzyć kilka muzycznych gwiazd, ma już przecież za sobą szczyty list przebojów, śmierć kliniczną, uzależnienie, wielkie przeboje, ciężką chorobę. Teraz się ustatkował. Zapewne także stąd ten wyciszony materiał. Być może muzycznie bardziej poszaleje z DM. Zarówno Dave, jak i Gore przekonują, że już myślą o kolejnym albumie zespołu. Na razie Gahan wzrusza swoimi tekstami i zniewala wokalem na „Aniołach i duchach”.

Dave Gahan & Soulsavers | Angels & Ghosts | Sony Music
Członkowie DM z własnymi pomysłami

Każdy członek Depeche Mode (dotyczy to również tych, którzy grali w kapeli przed laty) miał swoje muzyczne przygody poza DM. Współzałożyciel Vince Clarke zrobił karierę z Yazoo i Erasure, współpracował z Martynem Ware’em (The Human League i Heaven 17) czy ostatnio Jeanem-Michelem Jarre’em (o tym na stronie obok). Alan Wilder odnalazł się poza DM w projekcie Recoil. Z aktualnego składu najbardziej aktywny poza Depeche Mode jest Martin Gore, choć Andrew Fletcher, nie ma co ukrywać najmniej udzielający się muzycznie członek DM, też podejmuje próby. Głównie polegają one na didżejskich setach. Zresztą właśnie jest na didżejskiej minitrasie. Cztery lata temu pojawił się za konsoletą w Warszawie. W 2002 roku Fletch powołał też do życia własny label, Toast Hawaii (od nazwy ulubionego rodzaju tosta), ale poza kontraktem z electropopowym londyńskim zespołem Client (Fletch współprodukował ich drugą płytę „City”, a Gore gościnnie na niej zaśpiewał), jego wytwórnia nie może pochwalić się niczym znaczącym. Za to od wielu lat poza Depeche Mode doskonale muzycznie radzi sobie Martin Gore. Już w 1989 roku wydał swoją pierwszą epkę „Counterfeit” z coverami swoich utworów innych wykonawców, m.in. Sparks. Potem było „Counterfeit 2” również z coverami oraz wydane kilka miesięcy temu „MG” z jego własnym materiałem. Poza tym trzy lata temu Gore wypuścił wspólny album z Vince’em Clarkiem „Ssss”. Współpracował także m.in. z Nitzer Ebb i Gwen Stefani. Po tym, z jaką pasją opowiadał mi w wywiadzie o swojej ostatniej ambientowej płycie „MG”, można się spodziewać, że to nie był jego ostatni „wyskok” poza Depeche Mode.
WP