Najgorszą koncertową zarazą ostatnich lat jest "robienie jakiegoś hałasu". Artyści, by porwać tłum, wykrzykują: make some noise, narzucają klaskanie, tworzą kompozycje tak, by obowiązkowo znalazło się w nich miejsce na chóralnie wyśpiewywane ooooooooo. Zaraza ta ogarnia nawet tych, którzy przez lata stali trochę z boku.

Są na szczęście typy, które z boku na zawsze pozostaną. Można oczywiście powiedzieć, że jak się ma w repertuarze tyle hitów co Kazik, to ciepłe przyjęcie jest gwarantowane. Jednak nowe pokolenia nie tylko nie muszą znać tekstów nagrań sprzed ćwierć wieku ("Spalam się"), nie muszą znać kontekstu powstania nagrania "Biały Gibson" (przeokrutny pastisz zespołu Ira - Kuba Płucisz, na ów czas gitarzysta i lider formacji, próbował wyjść z tarczą, mówiąc mi w wywiadzie, że nie przejmuje się sprawą, bo Kazik atakuje tylko wielkich), nie muszą nawet pamiętać, kim jest Andrzej Gołota, ani po co "Łysy jechał do Moskwy".

Dlatego podczas "Ostatniego koncertu w mieście" Kazik co nie co tłumaczy, coś w swoim stylu dopowiada, czasem przerywa, by zespół mógł za trzecim razem we właściwym tempie rozpoczynać nagranie. Wszystko jest zdepatosowane, obdarte z nadęcia, bez wprowadzeń mających na celu podgrzanie atmosfery. Choć i ona była ważna - ale w wymiarze tego, co jest między muzykami: chemii, przepływu energii, zrozumienia. Jeśli jakiś muzyk będzie chciał wycierać sobie usta tymi słowami, powinien zobaczyć wcześniej, jak doskonale rozumieją się muzycy w tym projekcie.

Kazimierz Staszewski już teraz subtelnie sugeruje, że ten ostatni koncert to trochę blef - ze sceny delikatnie wspomina pół żartem, pół serio o reaktywacji, od dawna wiadomo też, że koncert nagrany w lutym nie będzie naprawdę ostatnim. Zespół zagra jeszcze w Cieszanowie, podczas rozgrywanego tam festiwalu. Tam będzie miał jednak miejsce ostatni koncert w wiosce, co samo w sobie wygląda jak kpina z szumnych pożegnań światowych weteranów rocka, czego doświadczyła formacja Scorpions, brutalnie wykpiona podczas koncertu. Jak? - wszystko jest na płycie i na DVD.

Jeśli Kazik rzeczywiście zakończy działalność sceniczną i wydawniczą z KNŻ, to najbardziej będzie brakowało mi błyskotliwych skojarzeń i porównań, publicystyki rymowanej, z której stał się słynny i która, jak frazy z "Artystów" czy "Taty dilera", weszła - jako osobne byty i symbole - do kultury i popkultury. Bo przecież każdy z nas widzi na Facebooku i Instagramie, że naprawdę wszyscy artyści to prostytutki, choć niejeden z nich to dobry chłopak był i mało pił.

Po kilkukrotnym wysłuchaniu w głowie najbardziej zostają "Plamy na słońcu" -  tekstowa kontynuacja "12 groszy". I w sumie mam takie same, jak Kazik, nadzieje: i teraz zasadniczo, ważna rzecz/ Czy doczekam Ligę Mistrzów wygra Legia albo Lech - jak dla mnie mógłby zwyciężyć nawet Radomiak, ale bardziej boję się, że aktualne będzie inne zdanie z tej samej pieśni: Gdyby nie słupek, gdyby nie poprzeczka/ Gdyby się nie przewrócił, byłaby rzecz wielka. O cholera, znów się zacznie. Wielkimi krokami nadchodzi Euro 2016...

Kazik Na Żywo, "Ostatni koncert w mieście"
SP RECORDS