Podczas tegorocznej Eurowizji Szwedzi zrobili coś, by całą Europę - może tylko poza Wielką Brytanią - wpędzić w kompleksy. W czasie, w którym podliczano głosy Szwedzi zaprezentowali mniej więcej 4-minutowy film, podczas którego pokazała się cała, wielka moc tamtejszej sceny muzycznej. Nie zabrakło i Roxette, którzy debiutowali co prawda dokładnie trzydzieści lat temu, ale to na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych rozłożyli świat na łopatki płytami „Look Sharp!” oraz „Joyride”.

W trzy dekady po debiucie zespół prezentuje światu album „Good Karma”, a jego tytuł jest - jak w rzadko którym przypadku - nie tylko nośnym, łatwym do zapamiętania hasłem, który łatwo rzucić ekspedientowi w jednym z ostatnich istniejących sklepów płytowych, mówiąc „daj mi panie, dobrą karmę”. To jednocześnie mantra, zaklęcie, które ma trzymać przy życiu walczącą z rakiem mózgu i jego następstwami Marie Fredriksson, wokalistkę zespołu. To walka z nowotworem sprawia, że zespół nie jest w stanie zaplanować dłuższej trasy koncertowej, a fani boją się kliknąć w jakikolwiek materiał zaczynający się od imienia i nazwiska sympatycznej Szwedki.

Pojawienie się nowej płyty jest jednak bardzo pozytywnym sygnałem nie tylko jeśli spojrzymy na okoliczności pozamuzyczne. Fani zespołu zyskają materiał z piosenkami, za jakie od lat Roxette znają i kochają. Co ważne - nie ma ckliwych piosenek o chorobie i przemijaniu, nie ma brania nas na litość. W żadnej mierze nie ma tu sugerowania, że to już ten ostatni raz, a jutro się rozstajemy. Jest chęć pokazania walki, tego, że wszystko jeszcze przed nami.

Część z piosenek w polskich rozgłośniach radiowych powinna zrobić karierę (o ile oczywiście programatorzy playlist będą mieli na tyle cojones grandes by przełamać męczącą już modę na nieznośną ciężkość bitu). Otwierające „Why Dontcha?” i następujące po nim „It Just Happens” to nagrania uszyte tak, by przypomnieć Europejczykom przy czym niegdyś tańczyli, by rozbujać tłumy na koncertach. Pokazują też, jak wielką rolę odgrywają pozornie zapomniane elementy nagrań jak zabawa zwrotka ciszej - refren głośniej, pogłosy, chórki, nabijanie rytmu perkusjonaliami imitującymi brawa.

Nie wszystko jest oczywiście udane. Być może to podprogowe odbieranie muzyki, ale więcej ciepła płynie z nagrań, w których prym wiedzie Marie. „You Can’t Do This To Me Anymore” dłuży się nieprawdopodobnie, a uśmiechanie się do młodszych słuchaczy poprzez wkładanie na siłę elementów elektroniki, które mają unowocześnić, choć są już passe, delikatnie mówiąc nie brzmi dobrze.

I słuchając takiego nagrania można oczywiście stwierdzić, że Roxette zatrzymali się na etapie grania piosenek sprzed dekad, a nawet, że nie udało im się wyjść naprzeciw muzyce XXI wieku. Cóż, wolę cieszenie się z dobrze znanych rejonów niż walenie na oślep lub wyważanie otwartych drzwi przesterowaną postprodukcją. Roxette nie będzie robić rewolucji ani wzywać na muzyczne barykady. Oni priorytety mają określone gdzie indziej. „Good Karma” nie przynosi rewolucji, nie jest też najlepszym dziełem w historii duetu, ale wymaganie od Szwedów ścigania się z piosenkami, nad którymi nie wiedzieć czemu pracuje nawet do dziesięciu producentów to tak, jakby najlepszemu motocykliście kazać na siłę wygrywać zawody z karkami ścigającymi się w nocy pod marketem na ćwierć mili.

Roxette dają jedenaście fajnie skomponowanych piosenek. Warto posłuchać, by przypomnieć jak to ginące zjawisko brzmi.