Simon pracował nad nowym krążkiem bez specjalnego pośpiechu - szkice kompozycji powstawały już ponad pięć lat temu, zaraz po ukazaniu się poprzedniej płyty „So Beautiful or So What”. I tak, jak to robił już wielokrotnie, wsłuchał się bardziej w dźwięki świata niż w dźwięki popkultury. Słyszymy tu tak niecodzienne instrumentarium, że nawet nie posiada ono swych nazw w języku polskim, jak dmuchane instrumenty używane przez pierwotne ludy Afryki. Simon czerpie garściami z muzyki Indian Ameryki Południowej, wsłuchuje się w gospel. Z drugiej strony, bez złamania koncepcji, współpracuje z cenionym włoskim DJ i producentem Clap! Clap!, który pomaga mu w aż trzech utworach ani na trochę nie pchając go w krainę komercji.

Jest też z nami bardzo szczery - w tytułowej melodii mówi, że obecnie jego słowa powodują, że wpada w pustkę, a muzyka jest jedynym językiem, jakim chciałby się porozumiewać ze światem. Ten język nie pozwala mu na uproszczenia, na pójścia na skróty. Simon dopracowuje, dopieszcza i nagrywa zdecydowanie najlepszą płytę od lat, jeśli nie od dekad. Paradoks tego sukcesu jest jednak taki, że w złotej erze songwriterów ich mistrz i guru, czyli Simon wznosi się na wyżyny nie dzięki prostym melodiom, ale dzięki eksperymentom i poszukiwaniom. Oczywiście w „Proof of Love” słychać, gdzie był jeszcze kilkanaście lat temu, ale to echa tego, z czego znamy twórcę.

Simon pozostaje z boku świadomie. ale to w sumie zdecydowanie ciekawsze niż odcinanie kuponów od sławy człowieka, który niegdyś nagrał to i owo z Artem Garfunkelem tudzież pojawił się w jednym z najśmieszniejszym teledysku świata. Oczywiście wciąż śmiejemy się z tego, jak Chevy Chase „odbiera” w klipie Simonowi rolę. Oczywiście, ten sam Paul Simon chwali niedawno wokalistę metalowego Disturbed za to, jak no nowo wykonał „Sound Of Silence”. Ale wszyscy oni - zapewne łącznie z komikiem Chasem - wiedzą, że dźwięki, które tworzy dziś Paul Simon to zupełnie inna kraina.

Ten nagrywa płytę nieradiową, nieinternetową, oderwaną od współczesnych rytmów. Choć to może banał, ale w wysokich Andach, czy na obrzeżach Sahary czas nie został zdominowany przez EDMowych DJów, a nuty jak brzmiał przed laty, tak brzmią teraz. Pokazanie tego wymaga ogromnego doświadczenia połączonego z twórczym geniuszem - miksu, który dostępny jest tylko dla największych naszych czasów. I tylko oni są w stanie romansować - jak w nagraniu „The Riverbank” z południem Ameryki Południowej bez nawet najmniejszej ucieczki w chwyty, które, choć są Simonowi dobrze znane, które na pewno ułatwiłyby dotarcie do masowego odbiorcy, oderwałyby od pierwotności, od szczerego przekazu, nurzałoby go w nudzie i powtarzalności show biznesowej sieczki.

Jak sam o sobie mówi w tytułowym nagraniu jest „obcym dla obcych”, pozostaje odludkiem, głęboką muzyczną awangardą. Mieć taką odwagę, taką muzyczną wyobraźnię i takie otwarcie na świat dźwięków w wieku 74 lat - tylko pozazdrościć!

Szacunek, panie Simon!