W rankingu najbardziej rozpoznawalnych w Polsce artystów biedny Tom dumnie zajmuje pozycję gdzieś pomiędzy 1860, a 1870 miejscem. I trochę to niesprawiedliwe, bo facet w swoim dorobku ma osiągnięcia, które powinny sprawić, że powinniśmy się nim interesować, a nawet zachwycać. Bo najważniejszym faktem jest to, że nagrywa ładne piosenki.

Pojawił się na rynku trzy lata temu, kiedy to szturmem zdobył szczyt listy najlepiej sprzedawanych płyt w Wielkiej Brytanii. Tak, tej Wielkiej Brytanii.„Long Way Down” było jednym z najbardziej gorąco omawianych albumów 2013 roku. Anglicy, wyczuleni na ładne melodie, ładne piosenki, takie, które maja potencjał, by zostać na lata, w Odellu postrzegali wielką nadzieję rodzimego show-biznesu. Tom pojawiał się wszędzie – był w telewizjach śniadaniowych, grał wielkie i małe koncerty.

Wielokrotnie pojawił się też w Polsce. „Wiem, że nie muszę być wszędzie tak popularny jak w Anglii” – powiedział mi podczas rozmowy. I z pokorą, za każdym razem, kiedy wychodzi na scenę, gra tak, jakby całe szaleństwo z pierwszymi stronami gazet się nie wydarzyło.

Facet przy okazji ma ogromny dystans do siebie. W czasach, w których wszyscy lansują się zdjęciami z ekskluzywnych restauracji, selfiakami z innymi celebrytami, Odell na swym instagramie pokazuje okładki książek, które czyta, pozostając w ostrej kontrze do kultury obrazkowo-materialistycznej.

„Zawsze włóczyłem się ze źle dobranym tłumem” – śpiewa w tytułowym nagraniu, co doskonale pokazuje jego naturę. Przy okazji – w popowej, pod radio szytej kompozycji nie tyko pozwala sobie na krytykowanie współczesności w warstwie lirycznej. Daje sporą próbkę tego, jak się powinno pisać i aranżować nagrania. Jest miejsce na pływającą gitarę, na „gwizdek”, zabawę perkusjonaliami, a całość – w sposób w epoce beatów nie do pomyślania – prowadzi fortepian.

Na płycie „Wrong Crowd” Odell z łatwością przechodzi do refrenów, nie boi się melodyjności. Bark jego popularności w Polsce wynika jednak z tego, że robi to zbyt inteligentnie. Nie powtarza jednego słowa typu „work” do znudzenia, tylko proponuje konkretną treść. Nie daje się zwieść łatwości komponowania na przesterowanej elektronice – jest organiczny, choć nie akustyczny. I mimo, że rzeczonego jednego słowa nie zapętla w niezrozumiały onomatopeiczny bełkot, jego refreny zostają w głowie i każą do siebie wracać

Odell romansuje z gospel, nie boi się mocnych chórków. Z nagraniem „Concrete” spokojnie mógłby pojawić się na południowych stanach, gdzieś obok delty Missisipi. Niektórzy dostrzegają nawet w jego miłości do budowania kompozycji na fortepianowych brzmieniach dalekie nawiązania do Nicka Cave’a. Z tak ponuro nie jest, ale widać, że Odell z lekką nuta goryczy patrzy na świat i nie próbuje oszukiwać, że w życie liczy się tyko wielki, napompowany tyłek partnerki o imieniu (na przykład) Kim. Zamiast tego przywodzi, jak na przykład w „Still Getting Used to Being On My Own” klimat lat siedemdziesiątych, kiedy jeszcze liczyła się siła kompozycji i to, jaką charyzmę ma piosenkarz.
A Odell ma.